Gospodarka rośnie, rąk do pracy… ubywa. Liczba pracujących w Polsce spadła poniżej 15 milionów! Polska osiągnęła moment, który ekonomiści zapowiadali od lat – liczba pracujących zaczęła spadać mimo solidnie rosnącej gospodarki. To może oznaczać, że Polska wchodzi w epokę trwałego niedoboru pracy. W takiej sytuacji wzrost gospodarczy będzie coraz częściej zależał nie od liczby pracowników, lecz od ich produktywności, nasycenia pracy technologią i automatyzacją
To zmiana, która wpłynie nie tylko na przedsiębiorców. Będzie decydowała o tempie wzrostu wynagrodzeń, wysokości inflacji, możliwościach rozwoju firm, a w dłuższej perspektywie także o poziomie życia Polaków. Dziś, przy niemal pełnym zatrudnieniu, problemem staje się brak ludzi do pracy. Stopa bezrobocia rejestrowanego spadła z ponad 20% na początku XXI wieku do około 5% obecnie, a w wielu branżach firmy nie pytają już, jak znaleźć klientów, lecz jak znaleźć pracowników.
- Kupić, wynająć, wyleasingować? Samochód coraz częściej jest usługą, a nie własnością. „Klient chce płacić ratę i mieć święty spokój” [POWERED BY BNP PARIBAS]
- Polak z bankiem na wakacjach. Czego oczekujemy od banku w czasie wypoczynku, jaka może być rola AI w planowaniu wyjazdów? [POWERED BY VISA]
- Dwa nowe ETF-y śledzące polski rynek obligacji, czyli trzecia droga dla posiadaczy kapitału inwestujących w polski dług. Komu to się opłaci i ile można zarobić? [POWERED BY PZU]
Paradoks polega na tym, że polska gospodarka notuje niezłe tempo wzrostu mimo malejącej liczby pracujących. To zjawisko jeszcze kilkanaście lat temu wydawało się mało prawdopodobne. To może być początek wielkiej zmiany, która przyspieszy inwestycje w automatyzację, robotyzację i wykorzystanie sztucznej inteligencji. Przez lata łatwiej było polskim firmom zatrudnić kolejnego pracownika niż inwestować w kosztowną automatyzację.
Dziś ta kalkulacja może być nieaktualna, a kurczące się zasoby pracy mogą stać się katalizatorem korzystnej transformacji. Polska przez trzy dekady budowała przewagę konkurencyjną dzięki dużej podaży stosunkowo taniej pracy. Ten model zaczyna się wyczerpywać. W kolejnych latach o przewadze firm coraz częściej zdecydują nie koszty zatrudnienia, lecz produktywność, poziom technologii i zdolność do zastępowania pracy kapitałem.
Liczba pracujących spada. Sezonowe wahnięcie czy trend?
Styczniowy odczyt GUS można potraktować jako zwykłe sezonowe wahnięcie w danych. Początek roku od lat oznacza bowiem wygasanie części umów i spadek zatrudnienia w niektórych branżach. Tym razem jednak liczba pracujących spadła poniżej granicy, która ma znaczenie symboliczne.
W gospodarce narodowej pracowało w styczniu niecałe 15 mln osób, a spadek widoczny jest nie tylko w porównaniu z grudniem, lecz także z analogicznym miesiącem ubiegłego roku. To sygnał, że za sezonowością kryje się znacznie silniejszy i trwalszy trend związany ze słabnącą demografią. Po raz ostatni liczba pracujących znajdowała się poniżej tego poziomu w czasie pandemii. Wcześniej ta granica została przekroczona dopiero pod koniec drugiej dekady XXI wieku, po wielu latach wzrostu zatrudnienia.
Badanie GUS na temat zatrudnienia należy do najbardziej kompleksowych źródeł informacji o rynku pracy, ponieważ opiera się na danych z ZUS i administracji skarbowej, obejmując praktycznie wszystkich pracujących w gospodarce narodowej. Nowe dane pokazują, że w styczniu liczba pracujących wyniosła 14 988 300 osób, czyli o 0,4% mniej niż rok wcześniej. O ile miesięczny spadek można tłumaczyć sezonowością, o tyle ujemna dynamika roczna sugeruje, że na rynku pracy coraz wyraźniej zaznaczają się skutki niekorzystnych zmian demograficznych.

Zmiany nie dotyczą wszystkich sektorów gospodarki w jednakowym stopniu. Największy spadek liczby pracujących w porównaniu z rokiem ubiegłym odnotowano w rolnictwie, leśnictwie i rybołówstwie (o 4,4%), a także w handlu (o 2,6%) i przetwórstwie przemysłowym (o 1,6%). To właśnie przemysł i handel należą do największych pracodawców w Polsce, dlatego nawet niewielkie procentowo spadki przekładają się na dziesiątki tysięcy miejsc pracy.
Jednocześnie są sektory, które nadal zwiększają zatrudnienie. Najszybciej rosła liczba pracujących w administracji publicznej (o 2,4%), edukacji (o 2,1%) oraz ochronie zdrowia i pomocy społecznej (o 1,5%). Pokazuje to, że polski rynek pracy coraz wyraźniej dzieli się na dwie części: prywatną gospodarkę, która odczuwa skutki kurczących się zasobów pracy, oraz usługi publiczne, gdzie zatrudnienie nadal rośnie.
Szczególnie istotne jest to, że największym pracodawcą w Polsce pozostaje przetwórstwo przemysłowe. W tej branży pracuje ponad 2,7 mln osób, czyli 18,1% wszystkich pracujących w gospodarce narodowej. To oznacza, że właśnie przemysł będzie jedną z branż, które najsilniej odczują skutki kurczących się zasobów pracy.
Koniec wzrostu opartego na liczbie pracowników?
Jak to możliwe, że pracowników ubywa, a PKB rośnie? Według prognoz ekonomistów w 2026 roku polska gospodarka ma urosnąć o około 3,5%. Nie jest to najwyższe tempo rozwoju w ostatnich trzech dekadach, ale wciąż oznacza solidny wzrost. Coraz wyraźniej widać jednak, że rozwój gospodarczy zaczyna opierać się na innych fundamentach niż jeszcze kilkanaście lat temu. Wzrost może pochodzić nie z większej liczby pracowników, lecz z większej produktywności.
Jeszcze kilkanaście lat temu taki obraz wydawał się mało prawdopodobny. W latach szybkiego rozwoju po wejściu Polski do Unii Europejskiej przedsiębiorstwa rosły przede wszystkim dzięki zwiększaniu zatrudnienia. Nowe inwestycje oznaczały nowe miejsca pracy, a wzrost produkcji szedł w parze z rosnącą liczbą pracowników. Dziś ten mechanizm zaczyna działać coraz słabiej, bo zasoby pracy przestają rosnąć.
Nie oznacza to jednak, że polska gospodarka przestanie się rozwijać. Oznacza raczej zmianę modelu wzrostu. Coraz większa część produkcji będzie musiała powstawać dzięki lepszej organizacji pracy, inwestycjom oraz wzrostowi wydajności. To proces, który wcześniej przeszły m.in. Niemcy, Japonia czy Korea Południowa, gdzie starzenie się społeczeństwa wymusiło szukanie nowych źródeł wzrostu gospodarczego.
Ekonomiści od dawna wskazują, że wzrost gospodarczy opiera się na trzech filarach: pracy, kapitale i produktywności. Polska przez wiele lat korzystała przede wszystkim z rosnącej liczby pracowników. Dziś coraz większe znaczenie będą miały dwa pozostałe czynniki – inwestycje oraz wzrost wydajności pracy.
Dla firm oznacza to zmianę sposobu myślenia o inwestycjach. Przez wiele lat łatwiej było zatrudnić kolejnego pracownika niż kupić robota przemysłowego, wdrożyć nowy system informatyczny czy zautomatyzować produkcję. W warunkach malejącej podaży pracy ta kalkulacja zaczyna się zmieniać. Coraz częściej to inwestycje w technologię będą tańsze i bardziej opłacalne niż poszukiwanie kolejnych pracowników.
Szczególną rolę może odegrać sztuczna inteligencja. Nie zastąpi ona wszystkich pracowników ani nie rozwiąże problemów demograficznych, ale może zwiększyć wydajność pracy w administracji, usługach, logistyce, finansach czy przemyśle. Podobnie robotyzacja pozwoli wykonywać część zadań, do których coraz trudniej znaleźć ludzi. Niedobór pracy może więc okazać się nie tylko wyzwaniem, ale również impulsem do modernizacji polskiej gospodarki.
Największa próba czeka przemysł
Polski przemysł od kilku lat znajduje się pod rosnącą presją. Z jednej strony musi konkurować z tańszą produkcją z Azji i inwestować w transformację energetyczną, z drugiej strony coraz trudniej znajduje ludzi do pracy. Jeszcze kilkanaście lat temu przedsiębiorstwa mogły rozwijać produkcję przede wszystkim poprzez zwiększanie zatrudnienia. Dziś coraz częściej jedynym sposobem zwiększenia produkcji staje się automatyzacja, robotyzacja i poprawa wydajności pracy.
Pracowników najbardziej zabraknie w fabrykach. Polska często jest postrzegana jako gospodarka usługowa, jednak dane GUS pokazują zupełnie inny obraz. Największym pracodawcą pozostaje przetwórstwo przemysłowe, w którym pracuje ponad 2,7 mln osób. To właśnie tam koncentruje się również największa grupa cudzoziemców zatrudnionych w Polsce. Oznacza to, że przemysł już dziś odczuwa skutki kurczących się zasobów pracy i w największym stopniu korzysta z zagranicznych pracowników.
To właśnie w fabrykach najszybciej będzie rosło znaczenie automatyzacji i robotyzacji. Nie dlatego, że przedsiębiorcy chcą zastępować ludzi maszynami, ale dlatego, że coraz częściej nie będą mieli kogo zatrudnić. W tym sensie niedobór pracowników może stać się impulsem do modernizacji całej gospodarki. Firmy, które pierwsze zwiększą wydajność dzięki nowym technologiom, zyskają przewagę konkurencyjną w warunkach kurczącej się podaży pracy.
Sytuację ratują cudzoziemcy i seniorzy! Potęgą mikrofirmy
Kurczące się zasoby pracy już teraz są częściowo uzupełniane przez dwie grupy pracowników: cudzoziemców oraz osoby, które osiągnęły wiek emerytalny. Według najnowszych danych GUS w gospodarce narodowej pracuje niemal 694 tys. cudzoziemców oraz ponad 757 tys. emerytów i rencistów. Łącznie to niemal 1,5 mln osób, bez których wiele branż miałoby poważne trudności z utrzymaniem normalnej działalności.
Cudzoziemcy zatrudnieni są głównie w przemyśle, transporcie, budownictwie, handlu oraz gastronomii, czyli sektorach od lat zmagających się z niedoborem pracowników. Z kolei pracujący emeryci najczęściej są aktywni w handlu, ochronie zdrowia, edukacji i przemyśle. To pokazuje, że polski rynek pracy już dziś korzysta z rezerw, które jeszcze kilkanaście lat temu miały znacznie mniejsze znaczenie. Problem w tym, że te możliwości mogą się stopniowo wyczerpywać.
Ekonomiści narzekają na słabszą aktywność zawodową wśród kobiet, ale w niektórych działach gospodarki pracują głównie kobiety. To przypadek edukacji i ochrony zdrowia, gdzie około 80% to kobiety. Kobiety stanowią też ponad połowę pracowników handlu i administracji. Wiele sektorów produkcyjnych wymaga pracy mężczyzn, jeśli wiąże się z większym wysiłkiem fizycznym, jednak przy automatyzacji i robotyzacji procesów przemysłowych coraz większą rolę będą odgrywały wiedza i umiejętność obsługi urządzeń.
Z danych GUS wynika też, że w ochronie zdrowia pracuje 195 tys. osób – lekarzy i pielęgniarek – samozatrudnionych na ogólną liczbę 1 mln pracujących w tym sektorze osób. Oznacza to, że niemal co piąta osoba pracująca w ochronie zdrowia prowadzi działalność gospodarczą lub pracuje na własny rachunek. To pokazuje, jak dużą rolę odgrywają kontrakty i samozatrudnienie w tym sektorze. Pisaliśmy też o tym tu w „Subiektywnie o Finansach”.
Polska jest krajem przedsiębiorców. Choć najwięksi pracodawcy zatrudniają setki tysięcy osób, polski rynek pracy pozostaje wyjątkowo przedsiębiorczy. Ponad 3,1 mln osób pracuje na własny rachunek lub pomaga w prowadzeniu rodzinnej działalności gospodarczej. Oznacza to, że co piąty pracujący nie jest pracownikiem najemnym. Szczególnie wyraźnie widać to w rolnictwie, budownictwie oraz działalności profesjonalnej, naukowej i technicznej.
Jednocześnie niemal 4 mln osób pracuje w mikrofirmach zatrudniających do pięciu osób. To pokazuje charakterystyczną cechę polskiej gospodarki. Z jednej strony opiera się ona na dużych zakładach przemysłowych i międzynarodowych koncernach, z drugiej – na milionach małych rodzinnych firm czy JDG (jednoosobowa działalność gospodarcza). To właśnie najmniejszym przedsiębiorstwom najtrudniej będzie zastąpić brakujących pracowników inwestycjami w automatyzację.
Liczba pracujących spada. Potrzeba mniej rąk, więcej technologii
Polska wchodzi w nowy etap rozwoju gospodarczego. Przez ostatnie trzy dekady przewagą konkurencyjną była duża liczba dostępnych pracowników i relatywnie niskie koszty pracy. Ten model stopniowo się wyczerpuje. W najbliższych latach o sukcesie przedsiębiorstw będzie decydowała nie zdolność do zatrudniania kolejnych osób, lecz umiejętność zwiększania wydajności dzięki inwestycjom, nowym technologiom i lepszej organizacji pracy.
To oznacza zmianę nie tylko dla firm. W warunkach niedoboru pracowników mogą rosnąć wynagrodzenia, ale jednocześnie przedsiębiorstwa będą coraz silniej inwestowały w automatyzację, robotyzację i sztuczną inteligencję. Polska stanie przed tymi samymi wyzwaniami, z którymi od lat mierzą się starzejące się gospodarki Europy Zachodniej czy Japonii. O tym, czy utrzyma szybkie tempo rozwoju, zdecyduje przede wszystkim wzrost produktywności.
Przez większą część ostatnich trzydziestu lat Polska walczyła z bezrobociem. W kolejnych dekadach znacznie większym wyzwaniem może okazać się nie brak miejsc pracy, lecz brak ludzi do pracy. Symboliczna granica 15 milionów pracujących może się więc okazać nie tylko ciekawostką statystyczną, ale początkiem jednej z największych zmian na polskim rynku pracy od czasu transformacji gospodarczej w latach 90. XX wieku.
Dla przeciętnego pracownika oznacza to przede wszystkim zmianę pozycji na rynku pracy. W zawodach, w których zaczyna brakować rąk do pracy, łatwiej będzie negocjować wyższe wynagrodzenia lub zmieniać pracodawcę. Jednocześnie coraz większe znaczenie będą miały kwalifikacje, umiejętność korzystania z nowych technologii i gotowość do ciągłego uczenia. W gospodarce, w której ludzi do pracy jest coraz mniej, największym kapitałem stają się ich kompetencje.
CZYTAJ TEŻ:
——————————
ZAPISZ SIĘ NA NASZE NEWSLETTERY:
>>> W każdy weekend sam Samcik podsumowuje tydzień wokół Twojego portfela. Co wydarzenia ostatnich dni oznaczają dla Twoich pieniędzy? Jakie powinieneś wyciągnąć wnioski dla oszczędności? Kliknij i się zapisz.
>>> Newsletter „Subiektywnie o Świ(e)cie i Technologiach” będziesz dostawać na swoją skrzynkę e-mail w każdy czwartek bladym świtem. Będzie to podsumowanie najważniejszych rzeczy, o których musisz wiedzieć ze świata wielkich finansów, banków centralnych, najpotężniejszych korporacji oraz nowych technologii. Kliknij i się zapisz.
———————————
Źródło zdjęcia: Timon Studler/Unsplash





