22 września 2026

Alkohol podrożeje? Rząd chce wyższych podatków w cenie wódki, piwa i wina. Producenci: „od tego nie będziemy pili mniej”. A od czego będziemy?

Alkohol podrożeje? Rząd chce wyższych podatków w cenie wódki, piwa i wina. Producenci: „od tego nie będziemy pili mniej”. A od czego będziemy?

Alkohol podrożeje? Państwo od lat próbuje pogodzić dwie sprzeczne rzeczy: z jednej strony czerpie z alkoholu miliardy złotych podatków, z drugiej musi potem finansować leczenie, ratownictwo, policję, sądy, opiekę społeczną i wszystkie te mniej widoczne koszty, które pojawiają się wtedy, gdy picie przestaje być „prywatną sprawą” konsumenta. Rząd znów chce podwyższyć podatki wliczone w cenę alkoholu. Powinny być jak najwyższe czy nie ma to sensu? A może inaczej ograniczyć dostęp do alkoholu?

Dziś rząd przyjął projekt ustawy podwyższającej akcyzę na alkohol. To drugie podejście do tego pomysłu: poprzednią wersję, uchwaloną przez Sejm w listopadzie 2025 r., zawetował prezydent Karol Nawrocki. Stąd też wracający spór o akcyzę jest bardzo ciekawy. Rząd i część posłów chcą większego podniesienia stawek akcyzy na alkohol niż wynikałoby to z dotychczasowych ustaleń (tzw. mapy akcyzowej). Branża spirytusowa odpowiada: to zły pomysł, bo legalna sprzedaż alkoholu już spada, wpływy budżetowe są niższe od założeń, a szara strefa rośnie.

Zobacz również:

W tej argumentacji jest kawałek prawdy. Ale nawet jeśli budżet z akcyzy dostaje kilkanaście miliardów złotych rocznie, to koszty społeczne i ekonomiczne picia alkoholu są wielokrotnie wyższe. Z punktu widzenia państwa alkohol nie jest podatkową żyłą złota. Jest raczej produktem, który wystawia państwu wysoki rachunek.

Droższy alkohol: co ma się tak właściwie zmienić?

Zacznijmy od tego, co właściwie ma się zmienić. Wcześniejszy projekt rządu zakładał dwa kroki: wzrost stawek o 15% w 2026 r. i o kolejne 10% w 2027 r. Weto zabiło ten harmonogram, ale nie zabiło celu. Nowy projekt prowadzi dokładnie do tych samych stawek — tyle że jednym skokiem – od 1 stycznia 2027 r. wzrost akcyzy o 20,5% wobec stawki akcyzowej, którą płacimy w cenie alkoholu dziś.

W cenie detalicznej alkoholu mogłoby to oznaczać, że zapłacimy ok. 12% więcej za półlitrową butelkę wódki, jakieś 4,4% więcej za butelkę piwa i ok. 1,7% więcej za butelkę wina. Jednocześnie w budżecie ma znaleźć się o 1,4 mld zł więcej, które ma finansować ochronę zdrowia.

Proponowany wzrost akcyzy jest większy niż wynikało to z pierwotnej mapy akcyzowej, która zakładała coroczne podwyżki po 5%. Rząd tłumaczy ten ruch koniecznością obrony zdrowia publicznego i potrzebą dodatkowego finansowania ochrony zdrowia. W komunikatach Ministerstwa Finansów pojawia się też argument, że alkohol w Polsce pozostaje relatywnie tani na tle większości krajów Unii Europejskiej, a więc jego ekonomiczna dostępność jest zbyt wysoka.

Branża spirytusowa odpowiada, że kolejne podwyżki podatków w cenach alkoholu nie dadzą budżetowi większych pieniędzy, bo jego legalna sprzedaż już spada. Według przywoływanych przez producentów alkoholu danych oficjalna sprzedaż wyrobów spirytusowych w latach 2021–2024 spadła o 15%, a w 2025 r. o kolejne kilka procent. Przedstawiciele sektora alkoholowego przekonują, że wcześniejsze podwyżki akcyzy nie przyniosły oczekiwanych efektów fiskalnych.

Powodem jest szara strefa, która — według szacunków IPAG — mogła wygenerować utratę wpływów akcyzowych rzędu 1,8 mld zł w 2025 r. No i tego argumentu, niestety, nie można zbyć machnięciem ręki. Jeżeli państwo podnosi podatki, ale nie potrafi pilnować legalnego rynku, to część popytu rzeczywiście może przenieść się poza oficjalny obieg. A to szkodzi wszystkim.

Tyle że argument pt. „wyższa akcyza zwiększy szarą strefę” jest w gruncie rzeczy argumentem przeciwko słabemu państwu, a nie przeciwko samej akcyzie. Jeżeli legalna butelka drożeje, a nielegalna produkcja, przemyt i sprzedaż internetowo-bagażnikowa działają bez realnego ryzyka, to oczywiście część konsumentów wybierze tańszy, nielegalny kanał. Tyle że to nie jest dowód na to, że podatku nie należy podnosić.

To dowód na to, że podwyżce powinny towarzyszyć egzekucja prawa, kontrole, skuteczna walka z nielegalnym obrotem, monitoring sprzedaży internetowej, ograniczenie patologii w małych opakowaniach i realne sankcje dla tych, którzy handlują alkoholem poza systemem. Państwo, które boi się podnieść akcyzę, bo nie umie zwalczyć szarej strefy, przyznaje de facto, że przestępcy ustawiają mu politykę podatkową. Z drugiej strony, branża spirytusowa chcąc maksymalizować sprzedaż i sprzeciwiając się akcyzie, nieświadomie apeluje o to, by państwo wzięło się do roboty.

Kto ma rację? Czy droższy alkohol faktycznie zwiększa szarą strefę?

Jeżeli legalna butelka drożeje, a nielegalna produkcja, przemyt i sprzedaż internetowo-bagażnikowa działają bez realnego ryzyka, to oczywiście część konsumentów wybierze tańszy, nielegalny kanał. Tyle że to nie jest dowód na to, że podatku nie należy podnosić. To dowód na to, że podwyżce powinny towarzyszyć egzekucja prawa, kontrole, skuteczna walka z nielegalnym obrotem, monitoring sprzedaży internetowej, ograniczenie patologii.

Branża spirytusowa chcąc maksymalizować sprzedaż i sprzeciwiając się akcyzie, nieświadomie apeluje o to, by państwo wzięło się do roboty. Jednak trzeba przyznać rację producentom, że w alkoholach mocnych udział podatków w cenie jest bardzo wysoki, a różnica między produktem legalnym i nielegalnym staje się dla części konsumentów odczuwalna.

Tyle że państwo nie powinno patrzeć wyłącznie na krótkoterminowy przychód z akcyzy. Bo rachunek za alkohol nie kończy się w kasie sklepu i w deklaracji podatkowej producenta. On wraca w szpitalach, poradniach, karetkach, izbach przyjęć, policji, sądach, wypadkach drogowych, przemocy domowej, absencji w pracy, rentach, przedwczesnych zgonach, utraconej produktywności i rozbitych rodzinach. To są koszty rozproszone i często niewidoczne. I są wielokrotnie większe niż dochody z akcyzy.

Najczęściej przywoływanym rządowo-publicznym punktem odniesienia pozostaje raport PARPA/KCPU, który szacował społeczne i ekonomiczne koszty spożywania alkoholu w Polsce na 93,3 mld zł rocznie według danych za 2020 r. Aż 84 mld zł rocznie to koszt przedwczesnych zgonów spowodowanych nadużywaniem alkoholu. Tymczasem wpływy z akcyzy od napojów alkoholowych wynosiły 13,4 mld zł. To pokazuje proporcję, której w debacie branżowej często nie widać.

Akcyza nie „utrzymuje” państwa. Ona pokrywa tylko niewielką część rachunku, który państwo, gospodarka i podatnicy płacą za konsekwencje picia. Są też nowsze, choć metodologicznie szersze szacunki. W 2025 r. pojawiły się wyliczenia (analiza Bartłomieja Szulca przedstawionej w projekcie Onetu „Prawdziwa cena alkoholu”) wskazujące, że społeczne i ekonomiczne koszty nadmiernego spożywania alkoholu mogły sięgać ok. 185–186 mld zł rocznie.

A może… zabronić sprzedaży alkoholu w niektórych godzinach?

Dlatego stawianie sprawy wyłącznie tak, że podwyżka akcyzy zmniejszy wpływy budżetowe jest o wiele za wąskie. Raczej chodzi o to, czy polityka alkoholowa zmniejszy łączny rachunek, który płacimy jako społeczeństwo? Dodatkowe 1,4 mld zł z akcyzy to ok. 1,5% kosztów oszacowanych przez PARPA i mniej niż 1% według nowszego szacunku kosztów używania alkoholu.

Akcyza to nie źródło finansowania zdrowia, a na narzędzie motywujące do zmiany zachowań. Chyba dużo mniej skuteczne, niż ewentualny całkowity zakaz reklamowania alkoholu i jego sprzedawania w sklepach w godz. 22.00-6.00. Taki projekt również miał trafić pod obrady Sejmu, ale… nie trafił. Jednak gdyby wzrost akcyzy realnie obniżył konsumpcję alkoholu, długoterminowy efekt ekonomiczny mógłby być dla państwa znacznie lepszy niż chwilowy spadek wpływów z podatku.

„Ustawa zakazująca publikowania reklam alkoholu i jego sprzedaży między godz. 22:00 a godz. 6:00 była w planie głosowań Sejmu na miniony piątek. Nad ustawą prace trwały przez kilka miesięcy. W efekcie projekt wyszedł z komisji sejmowej jednogłośnie. Totalna zgoda ponad podziałami. I nagle, kilka godzin przed głosowaniem, PSL „interweniuje” i ustawa znika z planu głosowań. Tysiące tragedii i miliardowe koszty społeczno-gospodarcze spowodowane nadużywaniem alkoholu idą w kąt”.

– zaalarmowała na platformach społecznościowych znana krytyczka rządu, minister Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz. Oczekiwania społeczne są takie, że ponad 60% Polaków jest za zakazem reklam artykułów zawierających alkohol. Ale dla producentów np. piwa mogłaby to być katastrofa, bo wydają tony pieniędzy na reklamy piwa „zero” sprzedawanego pod identyczną marką, co stojącego obok piwa z alkoholem. A sprzedaż piwa w Polsce spada.

Droższy alkohol: lepiej pić piwo?

Problem w tym, że akcyzę nalicza się od litra spirytusu zawartego w butelce, więc im mocniejszy trunek, tym wyższy podatek — proporcjonalnie, co do kropli.Przy piwie miarą jest to, jak mocne piwo z niej powstanie. Związek z zawartością alkoholu jest, ale znacznie luźniejszy. A przy winie, cydrze i napojach fermentowanych państwo nie mierzy alkoholu w ogóle. Liczy litry płynu. Butelka wina o mocy 8% i butelka o mocy 15% „płacą” dokładnie tę samą akcyzę.

W konsekwencji planowana podwyżka wprowadzona przez rząd tylko podwyższa nierówności. Już pokazuję na liczbach. Po zmianie opodatkowania litr czystego alkoholu w wódce będzie obłożony akcyzą w wysokości ok. 101 zł. Ten sam litr, tylko wypity w piwie — ok. 33 zł. W winie — ok. 23 zł. Organizm nie zauważy różnicy, budżet i tak zapłaci za skutki, a państwo wciąż wysyła sygnał cenowy: ten alkohol jest tańszy, pij go spokojnie.

Dziś różnica między wódką a piwem to ok. 56 zł na litrze czystego alkoholu. Po podwyżce urośnie do ok. 68 zł. Jeżeli celem naprawdę jest zdrowie publiczne, a nie tylko dosypanie pieniędzy do budżetu, to zmiana powinna zacząć się od pytania, ile podatku płaci gram etanolu — niezależnie od tego, w jakiej butelce się znajduje. Tego pytania w projekcie nie ma.

Oczywiście różne napoje mają różne wzorce konsumpcji, różne tempo picia i różny kontekst społeczny, ale z punktu widzenia szkody zdrowotnej liczy się ilość czystego alkoholu. Branża spirytusowa uważa, że piwo odpowiada za największą część konsumowanego czystego alkoholu, a „płaci” proporcjonalnie znacznie mniej akcyzy niż alkohole mocne. Według danych przywoływanych przez producentów alkoholu piwo ma odpowiadać za ok. 54% spożywanego czystego alkoholu, ale generować tylko ok. 25% wpływów z akcyzy alkoholowej.

Wpływy budżetowe a finansowanie zdrowia w Polsce. Jak to działa?

Potrzebujemy nie tylko wyższej albo niższej akcyzy, ale i całej polityki alkoholowej. Podatek jest ważny, bo cena wpływa na konsumpcję. WHO od lat zalicza politykę cenową i podatkową do najskuteczniejszych narzędzi ograniczania szkód alkoholowych. Ale podatek bez egzekucji prawa może wypchnąć część rynku do szarej strefy.

Wyższy podatek bez ograniczenia dostępności alkoholu – a więc zakaz reklamowania oraz ograniczenia w sprzedaży – może być połowicznym rozwiązaniem. Jeśli alkohol nadal można kupić niemal wszędzie i o każdej porze, to wzrost opodatkowania nie pomoże. Podatek bez edukacji nie zmieni z kolei kultury picia. Podatek bez leczenia uzależnień zostawi osoby chore same sobie, tylko z chudszym portfelem.

Branża spirytusowa ma interes w tym, by bronić legalnej sprzedaży wódki i sprzeciwiać się podwyżkom podatków. Nie ma w tym nic zaskakującego. Jej argumenty mówiące o ryzyku rozwoju szarej strefy i nierównym traktowaniu kategorii alkoholu trzeba traktować poważnie, bo część z nich jest merytoryczna. Ale nie można pozwolić, by interes producentów wódki zdominował debatę o zdrowiu publicznym. Trzeba patrzeć szerzej: na bilans zdrowia, bezpieczeństwa, rodzin, systemu ochrony zdrowia i produktywności całej gospodarki.

Politycznie ta rozgrywka toczy się dziś nie w Sejmie, tylko w Pałacu Prezydenckim. Donald Tusk zaapelował do prezydenta, by nową wersję podpisał i nie ulegał lobbingowi, wprost sugerując, kto jest zainteresowany zablokowaniem podwyżki – producenci wódki, którzy rozpijają społeczeństwo i prowadzą do strat sięgających rocznie 180 mld zł. To jedna trzecia całości pieniędzy, które państwo zbiera z podatków.

CZYTAJ TEŻ:

wyższe podatki

Droższy alkohol w Polsce: czy to dobra droga?

W tej dyskusji wszyscy mają trochę racji, ale nikt nie mówi całej prawdy. Branża ma rację, że wyższa akcyza przy słabej egzekucji może nakarmić szarą strefę. Rząd ma rację, że alkohol jest problemem zdrowotnym i powinien być mniej dostępny ekonomicznie. Eksperci zdrowia publicznego mają rację, że największy rachunek płacimy nie przy kasie, lecz w szpitalach, rodzinach i gospodarce.

A podatnik? Podatnik powinien domagać się nie tylko wyższych albo niższych stawek, ale sensownego systemu, który z jednej strony ogranicza realny dostęp do alkoholu, z drugiej strony pokazuje ludziom, że nadużywanie alkoholu to zło, a z trzeciej – podwyższa cenę tego nadużywania. Nie ma co udawać, że akcyza załatwi wszystko.

CZYTAJ TEŻ:

wino inwestycyjne

zdjęcie tytułowe: Coleur/Pixabay

Subscribe
Powiadom o
0 komentarzy
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze

Subiektywny newsletter

Bądźmy w kontakcie! Zapisz się na newsletter, a raz na jakiś czas wyślę ci powiadomienie o najważniejszych tematach dla twojego portfela. Otrzymasz też zestaw pożytecznych e-booków. Dla subskrybentów newslettera przygotowuję też specjalne wydarzenia (np. webinaria) oraz rankingi. Nie pożałujesz!

Kontrast

Rozmiar tekstu