3 kwietnia 2017

Co i jak mieć, gdy świat drży w posadach? Pięć zasad lokowania oszczędności na niespokojne czasy

Gdy świat wszedł w wyjątkowo niespokojne czasy, władzę w wielu krajach zdobyli ludzie nieobliczalni lub tacy, którzy – wszystko na to wskazuje – nie są miłośnikami demokracji, czas ogłosić dla naszych pieniędzy stan wyjątkowy. A więc zastosować kilka sposobów rozproszenia ryzyka, które spowodują, że oszczędności będą przygotowane na ewentualne, nieoczekiwane turbulencje.

PO PIERWSZE: „CASH IS KING”

Pierwszą zasadą lokowania oszczędności w erze niepewności jest posiadanie większego, niż zwykle bufora bezpieczeństwa. W swoich prywatnych inwestycjach stosuję zasadę, że co najmniej 20% moich pieniędzy (i jednocześnie przynajmniej równowartość 9-miesięcznych dochodów) musi być dostępna od ręki, z dnia na dzień.

Kosztem niższych stóp zwrotu z oszczędności – wiadomo, że pieniądze ulokowane w płynnych instrumentach finansowych nie profitują tak, jak te zablokowane na dłużej – mam pewność, że w razie czego – a w niestabilnych czasach prawdopodobieństwo wystąpienia jakiegoś „w razie czego” jest większe, niż w czasie pobytu na spokojnych wodach – będę mógł skorzystać z bufora płynności.

To „w razie czego” nie musi być niczym strasznym. To może być np. okazja kupienia czegoś za połowę wartości (bo ktoś mniej rozsądny nie miał rezerwy płynności i musi wyprzedawać swoje aktywa), dokupienia czegoś więcej po okazyjnej cenie, ulokowania oszczędności na ekstraordynaryjnych warunkach.

Gdzie trzymam takie „podręczne” pieniądze, które przeznaczam na „łapanie okazji”? Krótkoterminowy depozyt bankowy, konto oszczędnościowe, fundusz rynku pieniężnego (od biedy może być też fundusz gotówkowy). Kto ma większe oszczędności – powinien zadbać o solidny bufor płynności. Kto ma mniejsze – niech po prostu je zwiększa, bo im większą kwotą będzie dysponował, tym większą jej część będzie mógł spożytkować na jakieś działania.

PO DRUGIE: BANK NIEJEDNO MA IMIĘ

Jeśli mam pieniądze w banku, to dzielę je na kilka porcji i każdą lokuję na inny okres. Wygląda na to, że w najbliższym czasie stopy procentowe pozostaną niskie, zaś inflacja się „obudzi”. Z jednej strony wpłyną na nią pieniądze wydawane przez beneficjentów programów socjalnych rządu, z drugiej strony – wzrosną globalne ceny energii i ropy naftowej (a to składnik kosztów wszystkich towarów i usług).

Warto też pamiętać, że mając pieniądze ulokowane na krótko łatwiej będzie korzystać z okazji, które się nadarzą (ewentualnie zerwanie depozytu i rezygnacja z odsetek nie będą tak bolały). To czas, w którym trzeba obstawiać różne scenariusze i podzielić oszczędności na dwie, trzy części, lokując je na różny termin i na różny procent.

W bankach ostatnio często promują zamienniki dla depozytów, tzw. produkty strukturyzowane. To taki pakiet, który składa się z obligacji (90-95% pieniędzy) i opcji giełdowej obstawiającej jakiś scenariusz (5-10% pieniędzy). Jeśli zakładany scenariusz się spełni, opcja wygrywa i klient zarabia mniej więcej trzy razy tyle, ile na depozycie. Jeśli się nie spełni – dostaje z powrotem swoje pieniądze (opcja jest bezwartościowa, ale z oprocentowania obligacji udaje się „wycisnąć” wystarczającą kasę, by klient mógł odzyskać 100% wpłaconych pieniędzy.

Branie udziału w takich „zabawach” może nie być złym pomyslem pod warunkiem, że inwestycja nie jest bardzo długa (najlepiej niech trwa góra półtora roku) i w tym czasie daje kilka szans na „wygraną” (czyli sprawdzenie czy warunek „wygranej” się spełnił odbywa się kilka razy i wystarczy jeden pozytywny odczyt, by lokata zakończyła się z zyskiem).

Tego typu produkty dobrze nadają się do „obstawiania” przeciwnego scenariusza niż ten, który zakładamy. Jeśli np. „umoczyłem” pieniądze na długoterminowej lokacie o stałym oprocentowaniu, to mogę kupić „strukturę” wygrywającą w przypadku wzrostu WIBOR-u. To co stracę na utraconych odsetkach odzyskam z produktu strukturyzowanego.

Nie jetem generalnie fanem „struktur”, bo większość z nich to chłam nie dający wielkich szans na zarobek, ale cenię sobie różnorodność w przechowywaniu własnych pieniędzy, więc czasem się skuszę i na tego typu produkt. Ale bez napinki – jeśli nie mamy w bankach przynajmniej kilku solidnych lokat i obligacji skarbowych na dokładkę, to produkty strukturyzowane spokojnie możemy pominąć w naszych strategiach – to „zabawa” dla osób mających już podstawową „poduszkę finansową”.

PO TRZECIE: OBSTAWIAM RÓŻNE STREFY WALUTOWE

Każdy posiadacz ciut większych oszczędności powinien choćby stosunkowo niewielką część z nich uniezależnić od ryzyka spadku wartości złotego. Dlaczego? Chodzi o to, żeby w takiej sytuacji pieniądze realnie straciły na wartości jak najmniej. Spadek ceny złotego wobec euro, dolara czy innych solidnych walut to w mojej opinii drugie najważniejsze – obok inflacji – teoretyczne zagrożenie dla oszczędności trzymanych w banku.

Nie ma znaczenia ile nominalnie trzymamy na depozytach – znaczenie ma to ile możemy za te pieniądze kupić rzeczy, które są produkowane tylko za granicą. Elektronika, samochody, ropa naftowa ;-)… Kto pamięta czasy, gdy oszczędności trzymało się tylko w „zielonych”, wie o czym myślę. Nie twierdzę, broń Boże, że może nas czekać powtórka z rozrywki, czyli bankructwo kraju i hiperinflacja (choć zadłużenie Polski rośnie w rekordowym tempie i zbliża się już do biliona złotych).

Jeszcze kilka lat temu trzymanie pieniędzy w zagranicznych walutach zakrawało na głupotę – Polska rozwijała się szybko i to nasza waluta zyskiwała na wartości wobec innych. Ale dziś… jestem sobie w stanie, niestety, wyobrazić np. dolara za 5 zł. A euro po 5 zł? Też jestem w stanie, ale musiałbym mocno zamknąć oczy ;-).

Ten, kto – tak jak ja – widzi oczami wyobraźni różne opcje i scenariusze powinien choćby niewielką część oszczędności trzymać w innych strefach walutowych. Nie po to, żeby spekulować, zarobić na słabości złotego. Mam oszczędności długoterminowe i tak też podchodzę do ich bezpieczeństwa – chcę je zabezpieczyć przed utratą realnej wartości za 10 lat i więcej. Nie mam pojęcia czy wtedy złoty będzie coś wart (a być może właśnie dolar będzie „śmieciową” walutą”, a euro w ogóle już nie będzie istniało?).

Dlatego – patrząc co się dzieje na świecie i w kraju – staram się zabezpieczyć na każdą okoliczność. Oczywiście większość oszczędności trzymam w polskiej strefie walutowej – bo tu mieszkam i zarabiam – ale pewien procent mam w euro i dolarach.

W grę wchodzi oczywiście depozyt bankowy w obcej walucie (można go założyć w polskim banku), polski lub zagraniczny fundusz inwestujący w rządowe obligacje największych mocarstw (też notowany w euro lub dolarach), albo po prostu banknoty kupione w kantorze. Poniżej macie zmiany wartości euro (na niebiesko) i dolara (na różowo) w stosunku do złotego.

PO CZWARTE: BIORĘ RÓŻNE RODZAJE RYZYKA

Gdy wokół jest tak wiele niewiadomych, a mamy więcej niż kilka, kilkanaście tysięcy złotych przy duszy, polisą bezpieczeństwa jest takie ulokowanie oszczędności, by nie były wystawione tylko na jeden rodzaj ryzyka. Każdy kto w miarę regularnie czyta blog, wie że przy długoterminowym lokowaniu oszczędności pieniądze w banku nie uważam wcale za 100-procentowo bezpieczne.

Są podatne na inflację, dewaluację oraz nacjonalizację (któż może wykluczyć, że po skasowaniu pieniędzy w OFE, nałożeniu podatku na banki i podwyższeniu podatku dla bogatych jakiś populistyczny rząd nie wpadnie na pomysł opodatkowania depozytów?). Nie jestem fanem podejmowania wysokiego ryzyka, ale stosuję również drugi, konkurencyjny w stosunku do banku sposób lokowania kasy.

To oczywiście posiadanie udziałów w kilku dużych, stabilnych, wiarygodnych firmach, które wypłacają rok w rok dywidendę, dzieląc się z właścicielami swoim zyskiem. Przy założeniu, że długoterminowo wartość samych akcji co najmniej utrzymuje tę samą wartość (nie ma powodu, by firma, która ma ustabilizowaną pozycję na rynku była coraz mniej warta), coroczne dywidendy mogą być ekwiwalentem depozytu bankowego.

Biorę oczywiście pod uwagę ryzyko, że spowolnienie polskiej gospodarki odbije się na poziomie dywidend w jednym czy drugim roku (i na poziomie notowań akcji), ale moje cele są inne, niż duży zysk w ciągu najbliższego roku – chcę długoterminowego przypływu pieniędzy z różnych źródeł. Jednym są odsetki od depozytów, drugim – kupony od obligacji, trzecim niech będą dywidendy od spółek giełdowych.

Jasne, że kupowanie akcji zawsze wiąże się z ryzykiem. Ale ich kupowanie na 20 lat wiąże się co najwyżej z ryzykiem, że się nie zarobi na zmianie kursów (przynajmniej tak było w przeszłości…). Ale jeśli rok w rok otrzymuję dywidendy, to akcje nie muszą rosnąć, wystarczy, że nie spadają.

Pożyczyć bankowi (depozyt), pożyczyć rządowi lub firmie (obligacje), stać się współwłaścicielem firmy i mieć udział w zyskach (dywidendy) – ryzyko wyschnięcia każdego z tych trzech źródeł zależy od różnych okoliczności, które dość rzadko (a jeśli już, to krótkoterminowo) występują łącznie. I o to chodzi: w niestabilnym świecie pokorne „oszczędzające” ciele dwie matki ssie :-). Albo i więcej.

Przychody z dywidendy są dla mnie zamiennikiem odsetek od bankowych depozytów i im bardziej dziwny staje się świat, tym bardziej pasuje mi takie zróżnicowanie moich lokat kapitału. Nie ograniczałbym się wyłącznie do polskich koncernów wypłacających dywidendy. Są fundusze inwestycyjne, które potrafią wybierać spółki tego typu – największe, najbardziej wiarygodne wielkie firmy – na całym świecie. W ostateczności można pójść do maklera i kupić sobie akcje McDonald’sa albo Coca-Coli – niektóre biura maklerskie oferują tego typu usługi.

Kto uważa, że Ameryka też może zbankrutować, może sobie kupić akcje flagowego koncernu z dowolnego innego kraju. Albo jakieś chińskie spółki – takie możliwości też już są. Na koniec jeszcze mam dla Was (to powyżej) wykres pokazujący jak wielkie znaczenie ma fakt, że spółka wypłaca rok w rok dywidendę. I ile w przeszłości się zarabiało, jeśli się tę dywidendę reinwestowało (choć oczywiście nie ma takiego obowiązku, tak jak nie trzeba dopisywać do kapitału wypłaconych przez bank odsetek).

To nie oznacza, że skierowanie pieniędzy na rynek kapitałowy nie wiąże się z ryzykiem. Czasy są niespokojne i nie można wykluczyć krachów (jeśli np. prezydent Trump zrobi wreszcie coś głupiego, a nie będzie tylko głupio gadał ;-)), nieszczęść i katastrof. Ale oba powyższe wykresy też nie przedstawiają wyłącznie idyllicznych czasów. W tym pierwszym zawierają się przecież dwie wojny światowe, a w drugim – jedna.

PO PIĄTE: CENIĘ BŁYSZCZĄCĄ ALTERNATYWĘ

Kolejnym aspektem lokowania pieniędzy w niepewnych czasach są kruszce szlachetne, takie jak złoto czy srebro. To tzw. inwestycje alternatywne, które mają zabezpieczać oszczędności przed inflacją (zaawansowani inwestorzy inwestują część pieniędzy również np. w obrazy, klasyczne samochody, nieruchomości, stare wino albo whisky).

Oczywiście tu też nie ma żadnej gwarancji zysku, bo choć ilość złota i srebra na świecie – w odróżnieniu od „wirtualnych” pieniędzy wypuszczanych przez banki – jest ograniczona, to ich cena rynkowa zależy w coraz większej części od spekulantów, funduszy inwestycyjnych, posiadaczy kontraktów terminowych. Zanim sztabka złota fizycznie zmieni właściciela, kilkadziesiąt razy zmienia się właściciel kontraktu terminowego na dostawę tego złota.

Stąd notowania złota i srebra nie są tak stabilne jak być powinny (powyżej macie ciekawy wykres porównujący zmianę cen złota – to ta niebieska linia – i srebra – różowa – w ostatnich 10 latach, liczoną w polskich złotych – nie w dolarach!). Nie zmienia to faktu, że mieć kawałek złota – w sztabce (najmniejsze kosztują tylko kilkaset złotych) albo w monecie bulionowej – to mieć coś, czego wartość nigdy nie spadnie do zera. A z papierowymi pieniędzmi, jak wiadomo, różnie bywa.

Dziś ceny złota nie są wysokie (bo inwestorzy-spekulanci spodziewają się wzrostu stóp procentowych w USA i wolą mieć pieniądze w amerykańskich bankach, niż w złocie). Gdy cena jednej uncji (nieco ponad 30 gramów) złota spadnie w okolice 1050-1000 dolarów, to zbliży się do kosztów wydobycia kruszcu. I to może być nie najgorszy moment, by uzupełnić swoje sposoby na lokowanie oszczędności także o ten.

Oczywiście nie mam zielonego pojęcia czy ceny złota pójdą w górę, bo dopiero jakiś potężny kryzys gospodarczy urealni wartość monet i sztabek. Oby ten kryzys nie nadszedł, ale strzeżonego… Jak wygląda dziś realna wartość kawałka złota, srebra i cen innych dóbr w stosunku do cen sprzed, powiedzmy, 40 lat? Zoto dość dobrze ochroniło wartość pieniądza. Gdyby kupić ilość złota pozwalającą kupić dom w 1971 r. i sprzedać to złoto dziś, można byłoby kupić za te pieniądze trzy domy. Nie wiadomo rzecz jasna czy tak będzie w przyszłości.

Inwestycje alternatywne to nie tylko złoto i srebro (oraz inne cuda, jak np. platyna). W perspektywie kilkunastu, kilkudziesięciu lat nie najgorszym pomysłem może być butelczyna starej whisky albo wina. Na wartości – ze względu na swoją rzadkość – zyskują najróżniejsze rzeczy. Ostatnio padł rekord na rynku sztuki współczesnej – obraz Romana Opałki sprzedano na aukcji za okrągłe 2 mln zł. Chodliwym towarem bywają stare monety – numizmaty – tzw. półportugal z 1622 r. został ostatnio sprzedany za 600.000 zł.

Z inwestycjami alternatywnymi jest ten problem, że koszty ich przechowywania są zwykle wysokie (nawet do „dużych” kilku procent rocznie), a ceny zależą od mody. Kiedyś zainwestowałem w skrzynkę wina z Bordeaux, ale okazało się, że modne są tymczasem wina z Włoch. Nie straciłem, ale i nie zarobiłem, a w dodatku wystawiłem się na różnice kursowe.

Moda lub jej brak, bardzo niska płynność (rzutująca na ceny) oraz brak jakiejkolwiek pewności czy dany towar będzie kiedyś chodliwy – to wady. Ale z drugiej strony w skali kilkudziesięciu lat coś, co już dziś jest rzadkie, kiedyś powinno być bardzo rzadkie – a więc i cenne.

Nie napisałem o wszystkich potencjalnych sposobach na lokowanie oszczędności. Dziś chciałem spojrzeć na inwestowanie przez pryzmat generalnych zasad, które powinny przyświecać każdemu, kto już ma oszczędności i chciałby nimi rozsądnie zarządzać w taki sposób, by za kilkanaście, kilkadziesiąt lat były więcej warte, niż dziś. I kto widzi co się dzieje na świecie.

Po 25 latach spokoju być może będziemy mieli teraz kilka, kilkanaście albo i więcej lat drgawek. Nasi rodzice nie mieli do wyboru takiej palety możliwości lokowania pieniędzy. Kto był w miarę ogarnięty finansowo, trzymał pieniądze nie tylko na książeczce mieszkaniowej, ale i w dolarach. Byli i tacy, którzy kupili złoto i część oszczędności zakopali w ogródku. Kiedy przyszła hiperinflacja wygrali ci, którzy postawili na dywersyfikację. Czego i Wam życzę ;-).

 

Możliwość komentowania jest wyłączona.

Subiektywny newsletter

Bądźmy w kontakcie! Zapisz się na newsletter, a raz na jakiś czas wyślę ci powiadomienie o najważniejszych tematach dla twojego portfela. Otrzymasz też zestaw pożytecznych e-booków. Dla subskrybentów newslettera przygotowuję też specjalne wydarzenia (np. webinaria) oraz rankingi. Nie pożałujesz!

Bądźmy w kontakcie! Zapisz się na newsletter, a raz na jakiś czas wyślę ci powiadomienie o najważniejszych tematach dla twojego portfela. Otrzymasz też zestaw pożytecznych e-booków. Dla subskrybentów newslettera przygotowuję też specjalne wydarzenia (np. webinaria) oraz rankingi. Nie pożałujesz!

Zamknij