„Rządząca” na warszawskim rynku energetycznym firma Innogy wreszcie rozsyła klientom „docelowy” cennik 2019 r. Będą niższe ceny i to z wyrównaniem od stycznia. Ale czy na tyle niższe, by to była atrakcyjna oferta w porównaniu do konkurencyjnego Lumi, czyli nowej marki PGE?
Jak pamiętacie, pod koniec zeszłego roku rząd uchwalił prawo „mrożące” ceny prądu. Opisywaliśmy tę telenowelę krok po kroku. Najpierw była zapowiedź tego dziwacznego ruchu, potem na tory wjechał ekspres legislacyjny, które odpowiednie przepisy uchwalił. Sprawdziło się jednak porzekadło, że gdy się człowiek spieszy, to się diabeł cieszy, bo pytań do ustawy było tak dużo, że od razu trzeba było robić nowelizację.
- Tak Duńczycy przygotowują się na kryzys? Bank centralny wydał nowe zalecenie dotyczące form płatności w sklepach [POWERED BY EURONET]
- Przesiadka na mniejszego konia da zarobić? Akcje polskich małych i średnich spółek mogą przejąć pałeczkę hossy od gigantów [POWERED BY UNIQA TFI]
- Jest nowy ETF oparty na polskich indeksach akcji! I to… dwóch naraz! Czy to ma sens? TFI PZU chce ściągnąć polskie pieniądze na polską giełdę [POWERED BY PZU]
Stanęło na tym, że rząd zmniejszył akcyzę na energię elektryczną z 20 do 5 zł za MWh, obniżył też o 95% opłatę przejściową płaconą przez odbiorców energii elektrycznej w rachunkach. Ustalił wreszcie sztywne ceny dla 19 mln odbiorców – mają wrócić do poziomu z 30 czerwca 2018 r. Różnicę między rynkową ceną zakupu prądu przez firmy energetyczne, a ceną dla odbiorcy końcowego ma pokrywać Fundusz Wypłaty Różnicy Ceny, zasilony 80% z pieniędzy ze sprzedaży przez rząd tzw. uprawnień do emisji CO2.
Zapytaliśmy firmy sprzedające prąd co zamierzają robić w nowych okolicznościach przyrody.A one wyczekiwały na obrót wydarzeń. Dopiero teraz klienci niezależnych od rządu firm (tych, które nie muszą pokazywać taryf do zatwierdzenia w Urzędzie Regulacji Energetyki) dostają zaktualizowane cenniki. Największą prywatną firmą, która jest jednocześnie tzw. sprzedawcą z urzędu dla całej Warszawy, jest Innogy Polska. Jej klienci dostają właśnie listy z informacją o cenach energii na 2019 r. Ile zapłacą?
Innogy zmarnowało tony papieru, żeby było tak jak było
Innogy sporo namieszała jeśli chodzi o swoje cenniki. Mający niemieckiego właściciela sprzedawca prądu jeszcze w grudniu rozesłał do swoich klientów informacje o nowych cenach energii na 2019 r. Powstał chaos, bo klienci siedzieli przed telewizorem i słuchali premiera, który mówił, że ceny prądu nie wzrosną, a w rękach mieli już list z nową, wyższą taryfę od stycznia!
Cena w taryfie całodobowej G11 miała wynieść 38,19 gr. za kWh. Dla porównania po staremu było to 33,97 gr, czyli o dobre 4 grosze mniej. Do tego wzrosła o 2,41 zł do 7,69 zł miesięczna opłata handlowa. W skali roku podwyżki miały więc wynieść (w przypadku rodziny, które zużywa przeciętnie 2500 kWh rocznie) jakieś 130-140 zł.
Ale teraz Innogy odkręca podwyżki, o których informowała klientów w grudniu. Klienci otrzymują listy, w których firma informuje, że będzie stosowała cennik z czerwca 2018 roku. Czyli ten sprzed grudniowej zmiany taryf. Czy rzeczywiście to tyle samo? Zarchiwizowaliśmy sobie plik z poprzednim cennikiem i porównaliśmy stawki – faktycznie zmian nie ma, możecie sobie obejrzeć plik tutaj. Ewentualnie można się też zabawić w grę „znajdź różnicę”:))

Klienci dostaną też razem z najbliższymi fakturami wyrównanie do niższych cen od stycznia. Jak widać, Warszawiacy – choć obsługuje ich niemiecka firma nie podlegająca bezpośrednim wpływom Urzędu Regulacji Energetyki – zaoszczędzą i to więcej, niż wspomniane wcześniej 140 zł rocznie (biorąc pod uwagę przeciętną rodzinę), bo ceny są obniżone, spadła akcyza i opłata przejściowa.
Ceny bez zmian, ale w tym roku zapłacimy mniej. O ile?
Ile zatem zaoszczędzimy? Stara stawka akcyzy wynosiła 20 zł za MWh, nowa jedynie 5 zł za MWh. Akcyzę dolicza się do ceny netto prądu i dopiero wtedy dodaje VAT. W 2018 r. rodzina, która zużywała 2500 MWh zapłaciła 50 zł akcyzy.
Liczymy jej oszczędności. Najpierw ustalmy punkt wyjścia. 2500 kWh x 27,62 gr./kWh (cena netto prądu) = 690,5 zł. Do tego trzeba dodać akcyzę, do ceny z akcyzą doliczyć VAT czyli: 690,5 zł + 50 zł akcyzy = 740,5 zł. 740,5 zł+170,3 zł (podatek VAT) = 910,8 zł brutto. Teraz dodajemy opłatę przejściową, która w ubiegłym roku wynosiła 8 zł miesięcznie, czyli w skali roku 96 zł. Mamy 1006 zł. Nie jest to pełen rachunek, bo są jeszcze inne składniki opłat za dystrybucję, ale ich do kalkulacji oszczędności nie potrzebujemy, bo się nie zmieniają.
Jak to będzie uwzględniając niższą akcyzę i opłatę przejściową? Liczymy jeszcze raz: 2500 kWh x 27,62 gr./kWh ceny netto = 690,5 zł. Ale akcyza jest już mniejsza i dodajemy tylko 12,5 zł (a nie 50 zł), czyli mamy 703 zł netto. Dodając 23% VAT-u dostaniemy 864,7 zł brutto. Do tego nowa, obniżona stawka opłaty przejściowej – wg taryfy Innogy Stoen Operator jest to 41 groszy miesięcznie, czyli 4,92 zł w ciągu całego roku. Czyli w sumie – 869,62 zł zamiast 1006 zł.
Oznacza to że, w przypadku naszej przykładowej rodziny rachunki za prąd nie tylko nie wzrosną o te 140 zł, o które miały pójść w górę według informacji rozesłanej w grudniu, ale wręcz spadną! Zaoszczędzi ona 91,08 zł na opłacie przejściowej i 46,1 zł na zakupie prądu dzięki niższej akcyzie. W sumie w portfelu czteroosobowej rodziny zostanie więcej o 137,18 zł. Jeśli doliczyć „niedoszłą” (dzięki ustawie) podwyżkę cen prądu – będzie to ok. 280 zł.
Czy w tej sytuacji warto zmieniać sprzedawcę prądu? Lumi kusi
Patrząc na rozsyłane właśnie do klientów informacje Innogy warto sprawdzić jak mają się „cofnięte” ceny z Innogy w porównaniu z propozycją firmy Lumi z grupy PGE, która bardzo mocno próbuje podbierać klientów „Niemcom”. Od 7 stycznia Lumi oferuje promocyjną stawkę za sprzedaż prądu w Warszawie z gwarancją cen na 36 miesięcy (gwarancja nie obejmuje jedynie sytuacji, w której w górę pójdzie VAT, akcyza, czy inne urzędowe opłaty).
Lumi w jednej z promocji („Prąd z bonusem”) sprzedaje prąd za 32 gr. za kWh i 4,99 zł opłaty miesięcznej. Czyli o 2 gr. taniej na każdym kilowacie i o 30 gr. taniej miesięcznie na opłacie handlowej porównując z taryfą Innogy z rozliczaniem sześciomiesięcznym. Do tego dostajemy jednorazowo 100 zł na zakupy albo na tankowanie. W tym przypadku rodzina zużywająca 2500 kWh rocznie na promocyjnej taryfie Lumi oszczędziłaby 54 zł.
Oprócz tego Lumi ma jeszcze promocję, w której kilowatogodzina kosztuje 30 gr. i do tego płaci się 3,99 zł opłaty miesięcznej. Rzecz w tym, że tutaj gwarancja cen prądu obowiązuje tylko przez dwa lata i nie ma 100 zł bonusu na zakupy.
Nie można zapominać, że to promocja, a nie cena regularna – patrząc cennikowo przewaga Lumi topnieje. „W standardzie” firma oferuje prąd w cenie 36 gr. za kWh oraz 7,99 zł opłaty handlowej miesięcznie, czyli jest nawet droższa niż Innogy. Oczywiście, nie ma racjonalnego powodu żeby wybierać standardową stawkę, skoro można mieć tańszą, w promocji. Może się jednak okazać, że promocja nie potrwa wiecznie.
Tutaj: Michał Szafrański też pomaga oszczędzać na cenach prądu
Czy warto zmienić teraz sprzedawcę? To najtrudniejsze pytanie od 12 lat, czyli od kiedy w ogóle jest taka możliwość. W tym roku ceny są zamrożone, ale co będzie w roku następnym? To jest jedna, wielka niewiadoma – w końcu sama ustawa przewiduje swoje działanie jedynie w 2019 roku. Lumi kusi gwarancją niezmiennej ceny przez trzy lata. I to jest propozycja dla osób, które nie wierzą w cudowną moc centralnego sterowania gospodarką i w to, że rząd będzie w stanie „mrozić” ceny dłużej, niż przez rok.
Zanim zmienimy dostawcę prądu może warto poczekać, aż sytuacja się ustabilizuje. Musimy poznać całą paletę cen obowiązujących w różnych firmach pod rządami nowej ustawy. Przyda się też trafnie ocenić na ile prawdopodobne jest, że wybory wygra partia, która jest zwolennikiem trwania „zamrażarki cenowej”. Nie mamy też jeszcze pełnej informacji o tym ile to „mrożenie” będzie kosztowało w tym roku (a więc czy nie przekroczy możliwości budżetu na przyszły rok). Zbieramy dla Was informację i jak tylko będziemy w stanie dać pełen obraz – z pewnością go „namalujemy”.
Kiedy będzie taniej? A może taniej już było?
Prędzej czy później podwyżki energii wrócą do klientów ze zdwojoną siłą. Powód jest prosty – drożeją prawa do emisji CO2, które powstaje przy spalaniu węgla. A my tego węgla spalamy na potęgę – więcej niż sami jesteśmy w stanie wykopać z kopalni i musimy ratować się importem, głównie z Rosji.
Po kilku latach ignorowania Odnawialnych Źródeł Energii rząd zaczyna zmieniać front. Efekty nie będą widoczne w tym roku – stawką jest trwałe zbicie cen prądu w Polsce, to będzie możliwe tylko wtedy, gdy uniezależnimy się od węgla. W tym celu konsumenci mają dostać program Energia+, który ma wspierać budowę domowych instalacji fotowoltaicznych.
Po drugie, rząd godzi się z wiatrem – w tym roku ma być gotowa ustawa, które da podwaliny pod budowę kilkuset wysokich jak Pałac Kultury wiatraków na morzu o koszcie budowy porównywalnym z elektrownią atomową.
Po trzecie rząd godzi się z wiatrem nie tylko na morzu, ale też na lądzie. Już dziś uwzględniając finansowe wsparcie dla zielonej energii wiatraki produkują prąd taniej niż elektrownie węglowe. Wiatraki, które jeszcze nie dawno miały trafić na złom, czeka odrodzenie. Ministerstwo Energii opublikowało niedawno projekt nowelizacji ustawy o OZE, dzięki której ma powstać około 2,5 GW nowych wiatrakowych mocy na lądzie. Dziś jest to 5,8 GW.

