Podczas, gdy my dusimy się w smogu i nie jesteśmy w stanie wyprodukować ze słońca, wody i wiatru nawet 15% energii potrzebnej w kraju, Szwedzi testują system „energetycznych wysp”, czyli wsi i miasteczek, które w ogóle nie muszą być podłączone do sieci energetycznej, bo prąd „organizują” sobie same. Bajka? Nie, rzeczywistość
Polska bohatersko walczy, by choć 15% produkowanej u nas energii elektrycznej pochodziło ze źródeł odnawialnych, czyli wiatru, słońca, czy wody. Generalnie kochamy węgiel – modernizujemy i budujemy nowe elektrownie węglowe, choć już nie jesteśmy już w stanie zasilić ich rodzimym surowcem (coraz więcej węgla sprowadzamy z Rosji). W domach z lubością używamy kotłów opalanych jakimś byle-miałem lub po prostu śmieciami.
- Osiem najważniejszych dylematów inwestycyjnych na najbliższą dekadę [POWERED BY CITIBANK HANDLOWY]
- Agenci AI, czyli rewolucja. Nie tylko w zakupach, ale też w płatnościach. Jak to zmienia przyszłość handlu? [POWERED BY VISA]
- Które spółki z branży oprogramowania nie przegrają z AI? Analitycy zrobili stress-testy. Czy po spadku wartości o 30% są już okazje inwestycyjne? [POWERED BY SAXOBANK]
Jednocześnie wycinamy w pień projekty budowy wiatraków produkujących zieloną energię, bo górnicy ich nie lubią, a Naród skarży się, że zasłaniają mu widok. W efekcie dusimy się smogiem ze spalanego węgla, w wolnych chwilach opracowując programy wyprodukowania miliona aut elektrycznych.
W skali globalnej to nasze zbiorowe samobójstwo nie ma większego znaczenia – nie jesteśmy największym trucicielem świata i to nie z naszego powodu Ziemia za kilkadziesiąt lat zamieni się w pustynię. Ale fakt, że do tego czasu będziemy intensywnie umierać od smogu to już jest nasz lokalny problem. Problem, który bierze się stąd:

Czytaj też: Rząd myśli o nowym programie Energia +. 5 mln mikroelektrowni na naszych dachach?
Czytaj też: Czy jesteśmy skazani na drogi prąd? I kto odpowiada za to, że zmierzamy do klimatycznej katastrofy?
Projekt nie dla miłośników węgla. To cóż, że ze Szwecji?
Sprawa jest tym smutniejsza, że są już na świecie miejsca, które testują absolutną energetyczną samowystarczalność wyłącznie w oparciu o odnawialne źródła energii. Takim miejscem jest szwedzka miejscowość Simris, gdzie sprawdzają właśnie taki koncept – zasilanie mieszkańców wyłącznie z energii pochodzącej z paneli słonecznych i wiatraków, wspomaganych akumulatorami magazynującymi nadwyżki i spalarnią bioodpadów. W miarę możliwości bez korzystania z prądu z sieci krajowej.
O projekcie Simris opowiedział mi Justyn Depo, czytelnik „Subiektywnie o finansach”, którego poznałem przy okazji wspomagania go w walce z bankiem i firmą ubezpieczeniową. Ale świat zna go przede wszystkim z projektów medialnych i telekomunikacyjnych (m.in. wprowadzał do Polski Tele2 oraz zakładał Radiostację).
Pan Justyn kawałek życia spędził w Szwecji, pracując dla skandynawskich firm telekomunikacyjnych i projektów telewizyjnych. A że na „Subiektywnie o finansach” czasem piszemy o zdrowym klimacie, to ostatnio zwrócił moją uwagę na projekt ekologiczno-energetyczny, na który my tu w Polsce poczekamy jeszcze chyba dziesięciolecia. I zapłodnił mnie wiedzą na ten temat, którą z kolei ja przekazuję Wam.
Słoneczny Ole „obraził” się na prąd z węgla i z atomu. Co z tego wynikło dla jego sąsiadów?
Projekt Simris to idea Ola Jönssona, zwanego w Szwecji „Sol-Ola” (Słoneczny Ole), znanego działacza ekologicznego i radykalnego przeciwnika broni jądrowej i energetyki nuklearnej. Jego firma Österlenvind AB już w 1993 r. i 1996 r. zbudowała dwie turbiny wiatrowe o łącznej mocy 725 kW. Kiedy wojsko nie pozwoliło mu zbudować trzeciej, bo przesłaniałaby widok na Bornholm, Ola zaczął projektować budowę ogromnej instalacji ogniw słonecznych. W maju 2013 r. w Simris ruszyło jedno z większych skupisk paneli słonecznych w kraju, o powierzchni 1 ha.

Produkowanie energii z wiatru i słońca to dzisiaj już żadna nowość – w Polsce też mamy prosumentów, którzy z jednej strony produkują energię i dostarczają ją do sieci, a z drugiej strony „tankują” prąd z sieci, płacąc tylko za różnicę pomiędzy prądem dostarczonym, a skonsumowanym. Ale w Simris kombinują coś zupełnie innego – pomysł, by być energetyczną wyspą, w 100% niezależną od prądu z sieci.
To eksperyment energetyczny niespotykany w Europie, którego głównodowodzącym jest dziś niemiecki koncern energetyczny E.ON (projekt nazywa się InterFlex).
Dziś w Simris działa ponad 100 turbin wiatrowych, które pracują głównie w pochmurne, wietrzne dni (miejscowość leży na południu Szwecji, na północ od Bornholmu). Kiedy jest słonecznie, pracują z kolei panele słoneczne, które są umieszczone w rzędach poniżej elektrowni wiatrowych. Oba centra produkcji energii łącznie stanowią bazę zasilania w prąd dla 150 gospodarstw domowych.
Simris: odłączyć się od krajowej sieci energetycznej i przetrwać
Na czym polega eksperyment? Co kilka tygodni Simris jest odłączane od krajowej sieci energetycznej i staje się całkowicie samowystarczalne. Społeczność Simris zamienia się w swego rodzaju „wyspę energetyczną”, opierająca się na prywatnych elektrowniach wiatrowych i słonecznych (część mieszkańców jest udziałowcami spółki, która jest właścicielem elektrowni) oraz na ogromnej baterii do magazynowania energii (800 kW) zainstalowanej przez E.ON i zapasowym generatorze prądu.

Mieszkańcy mają też panele słoneczne zainstalowane – w ramach tego samego projektu – na dachach domów, a także lokalne baterie do przechowywania energii w mikrosystemach. Mają też możliwość przełączania się na korzystanie ze „standardowej” sieci energetycznej, mogą też sprzedawać do niej nadprodukcję energii. Za pomocą aplikacji na smartfony mogą tez kontrolować koszty zużywanej przez siebie energii.
Projekt będzie realizowany do końca 2019 r. i nie ma na celu wyłącznie tesotwanie „wysp energetycznych”, ale też zarządzanie popytem na energię, magazynowaniem energii, synergiami między nośnikami energii i systemem pojazdów elektrycznych.
Wiatraki, panele, bateria i generator na bioodpady. I wystarczy
Idealnym – z punktu widzenia twórców projektu – scenariuszem byłoby ciągłe działanie sieci Simris w trybie „wyspowym”, bez użycia generatora zapasowego i oczywiście bez korzystania z sieci krajowej. Ostatnie udane testy to trzy dni działania „wyspy” bez polegania na generatorze – wyłącznie na energii z wiatru i słońca oraz z rezerw z baterii. Problemem jest pojemność baterii, która w zimie działa tylko przez około półtorej godziny zanim staje się potrzebny generator lub – przy większym zapotrzebowaniu – prąd z sieci krajowej.
W skali roku – gdyby udało się zneutralizować czasowe wzrosty zapotrzebowania na prąd – Simris byłoby samowystarczalne. 150 gospodarstw domowych w tej miejscowości zużywa rocznie mniej więcej 2,1 Gwh energii. Wiatraki zapewniają moc 500 kW i produkują rocznie ok. 1,4 GWh prądu, czyli zapewniają 65% rocznego zapotrzebowania. Panele słoneczne mają 440 kW i produkują rocznie 0,45 Gwh energii, czyli 20% rocznego zużycia.
A dwa pozostałe elementy systemu? To generator na paliwo z bioodpadów ma moc 480 kW, a kontener z bateriami Samsunga może zmagazynować i dostarczyć 0,33 Gwh z nadwyżek produkcji energii w czasie, gdy „spożycie” jest mniejsze, niż produkcja.
Czy każdy może być Simrisem?
I co powiecie? Chciałoby się podziałać jak Szwedzi? W czasie, kiedy oni budowali te wszystkei cuda, zarówno sama inwestycja, jak i prąd z niej pochodzący, musiały być droższe, niż tradycyjna energia z sieci. Ale teraz, gdy energia odnawialna momentami jest już tańsza od tradycyjnej, wydaje się, że Szwedzi są bliscy wynalezienia perpetum mobile. A my, dzięki naszym światłym rządzącym, zamiast Simris mamy Ostrołękę i jej nowiuśkie, lśniące bloki węglowe.
Oczywiście: Simris jest inwestycją, która w sensie opłacalności jest z przyszłości. Nie wiem ile kosztowały panele i wiatraki, spalarnia i bateria oraz infrastruktura, która to wszystko łączy. I ile wynosiła wartość inwestycji w podziale na zaledwie 150 gospodarstw domowych. Wiadomo, że to musiały być ogromne pieniądze, być może nie gwarantujące zwrotu z inwestycji.
Choć może niekoniecznie. Koszty funkcjonowania sieci są niewielkie – zwłaszcza w porównaniu z kosztem węgla i działania tradycyjnej elektrowni na węgiel. Poza tym w projekcie typu Simris odpada koszt przesyłu energii na duże odległości i strat z tego wynikających. Połowa naszych rachunków za prąd to koszty jego dystrybucji. W Simris to im odpada od rachunku już na starcie. Jeśli w dodatku produkują energię tańszą, niż z węgla i mogą dostarczyć ją do sieci krajowej…
Ciekaw jestem tego bilansu, a nie znalazłem go w dostępnych mi źródłach. Zapewne są wśród moich czytelników osoby, które bylyby w stanie policzyć (albo po prostu mają taką wiedzę – piszcie!) czy Szwedzi zrobili sobie ektrawagancki i trwale nierentowny projekt czy też – wbrew pozorom – ta inwestycja może się zwrócić w skali lokalnej i w perspektywie kilkunastu, kilkudziesięciu lat. Czy każda „postępowa wioska” – po uzyskaniu finansowania na urzeźbienie systemu – będzie mogła być Simrisem na warunkach z grubsza rynkowych?
Czytaj też: Czy stoimy u progu rewolucji? Przez wysokie koszty emisji CO2 prąd ze słońca może być… tańszy niż z węgla!
Czytaj też: Chcesz mniej płacić za energię, ale nie wiesz jak się za to zabrać? Oto przewodnik w czterech krokach
Tutaj macie stronę systemu Simris pokazującą on-line, w czasie rzeczywistym, produkcję i zużycie oraz zapotrzebowanie na energię elektryczną w skali mikrosieci. Dane na górze strony pokazują ile prądu wyprodukowano i zużyto. Jesli produkcja jest większa, niż zużycie, wówczas najbardziej opłaca się uzywanie pralki, piekarnika, sprzętu energochłonnego. Obserwując te dane można sterować rachunkami za prąd. Jego nadprodukcja trafia do akumulatorów.

