Kto by nie chciał takiej pracy: inwestować w akcje cudze pieniądze, zawsze „wygrywać” i dostawać za to premię? Magiczna platforma inwestycyjna, w której inwestuje się „firmowe” pieniądze, które mnożą się jak króliki – to kolejna propozycja krążąca obecnie po sieci. Doświadczenie nie jest wymagane, rekrutacja krótka, a obietnice zarobków działają na wyobraźnię. To nawet 600 euro dziennie. Od tej przyjemnej i nieskomplikowanej pracy można stracić swoje oszczędności
Facebook i inne platformy społecznościowe w ostatnich tygodniach zostały zalane reklamami obiecującymi łatwą, lekką i wysokopłatną pracę: wystarczy wypełnić zgłoszenie, mieć komputer z dostępem do internetu i dwie, trzy godziny dziennie. To kolejny wariant spośród niezliczonych prób okradania nas z pieniędzy metodą „na inwestycję”. O ile jednak tradycyjnie są to mniej złożone sposoby – klikasz w reklamę z premierem albo prezydentem, którzy ogłaszają, że właśnie zarobili dużo pieniędzy i że Ty też możesz, wypełniasz formularz i czekasz na telefon z informacją, gdzie przelać pieniądze – o tyle w tym przypadku gra jest długa i pomysłowa.
- Tak Duńczycy przygotowują się na kryzys? Bank centralny wydał nowe zalecenie dotyczące form płatności w sklepach [POWERED BY EURONET]
- Przesiadka na mniejszego konia da zarobić? Akcje polskich małych i średnich spółek mogą przejąć pałeczkę hossy od gigantów [POWERED BY UNIQA TFI]
- Jest nowy ETF oparty na polskich indeksach akcji! I to… dwóch naraz! Czy to ma sens? TFI PZU chce ściągnąć polskie pieniądze na polską giełdę [POWERED BY PZU]
Aby wziąć udział w „rekrutacji” do pracy za 600 euro dziennie, należy wypełnić kwestionariusz i wpisać tylko kilka danych: imię, nazwisko, e-mail, numer telefonu (i tu powinna się zapalić żółta lampka – podawanie numeru telefonu przypadkowym osobom nie jest bezpieczne, bo mogą na ten telefon przesyłać SMS-em linki z wirusami). Z osobą, która jednak podała swoje dane, kontaktuje się „menedżer ds. zasobów ludzkich”.
Menedżer (wow, każdy kandydat do wysoko płatnej pracy po spotkaniu z menedżerem wie, że jego szanse rosną) przedstawia się banalnym, angielskim imieniem i nazwiskiem: „John Taylor” czy „George Simons”. Komunikacja odbywa się za pośrednictwem trudniejszego do namierzenia niż GSM internetowego komunikatora Whatsapp. Rozmówca posługuje się z reguły językiem polskim, choć często z wyraźnym wschodnim akcentem.
Na czym ma polegać zarabianie? Chodzi o kupowanie i sprzedawanie akcji, kontraktów terminowych i opcji na Giełdzie Papierów Wartościowych. Operacje, jak tłumaczy rozmówca, mają charakter tzw. day tradingu, czyli odbywają się dwa razy dziennie (rano i wieczorem). Zysk z handlu nie jest kluczowy. Liczy się obrót. Poszukująca pracowników spółka jest, jak przekonuje rozmówca, jedynie pośrednikiem. Zleceniodawcą głównym ma być giełda wymagająca utrzymania płynności handlu poszczególnymi papierami.
Brzmi wiarygodnie, prawda? Co ciekawe, na giełdach rzeczywiście są tzw. animatorzy handlu, którzy mają za zadanie wspomagać płynność (czyli stanowić drugą stronę rynku, gdy chwilowo brakuje kupujących lub sprzedających). Ale funkcja animatora nie polega na kupowaniu akcji rano i sprzedawaniu wieczorem. Wchodzi do akcji tylko wtedy, gdy jest potrzebny. No i taka działalność animatora nie wymaga handlowania z wielu kont maklerskich.
Natomiast John czy George przekonuje, że handel musi odbywać się z wielu kont maklerskich (stąd rekrutacja), żeby giełda nie wykryła tego podtrzymywania obrotu. To kolejny absurd, bo płynność obrotu jest w interesie giełdy. Rekruter nie daje wielu szczegółów. Mówi, że każda praca ma swoje „zaplecze”, know-how czy wewnętrzne tajemnice. Oszust opowiada natomiast o swoich osiągnięciach zawodowych i prywatnych. Zapewnia, że pracując w ten sposób, dorobił się kilku mieszkań w stolicach europejskich, bo jego praca wymaga częstego podróżowania pomiędzy parkietami Unii Europejskiej.
W procederze wykorzystywane są też bardziej subtelne, działające na ogólnoludzkie instynkty, sztuczki: gdy w sidła wpadnie kobieta, jej rozmówcą, czyli naganiającym, „szefem”, zostanie mężczyzna o niskim, wzbudzającym zaufanie, szacunek i bezpieczeństwo głosie. Gdy na reklamę nabierze się facet, zgłosi się do niego rozbrykana, ale rzekomo osiągająca ponadprzeciętne zyski na giełdzie „pani makler”. W tle rozmowy słychać „szum werbalny” sali maklerskiej. Do komunikacji z ofiarami używany jest przez oszustów syntezator mowy, za pomocą którego można wygenerować dowolny głos.
Ofiara otrzymuje adres internetowy tzw. platformy transakcyjnej (na przykład Intenfix, która to nazwa figuruje w rejestrze ostrzeżeń Komisji Nadzoru Finansowego). Po wpisaniu podanej przez naciągaczy ścieżki dostępu oczom kandydata ukazuje się przypominająca profesjonalną platformę handlu na giełdzie strona www, z listą spółek, walut, metali szlachetnych, surowców, kontraktów terminowych i innych instrumentów będących przedmiotem rzeczywistego obrotu na giełdzie.
W kolejnym kroku ofiara proszona jest o zainstalowanie na swoim komputerze pozwalającej na zdalny dostęp aplikacji (AnyDesk, QuickSupport czy TeamViewer). Po podaniu kodu dostępu oszust prowadzi ofiarę już jak po sznurku (czy może raczej „śladem kursora”). Po zalogowaniu się na swoje konto w aplikacji ofiara znajduje w elektronicznym, przypisanym do swojego konta portfelu wirtualne pieniądze (najpierw kilkaset złotych, potem coraz więcej).
Następnie „opiekun” wskazuje jej najciekawsze, najlepiej rokujące danego dnia akcje i wyjaśnia swój wybór (np. „spółka X ogłosi dzisiaj znakomite wyniki finansowe, warto więc się nią zainteresować”). Tłumacząc mechanizm działania platformy, oszust prosi o zainwestowanie udostępnionych w portfelu pieniędzy. Okazuje się, że wskazania „opiekuna” są przysłowiowym strzałem w dziesiątkę: wybrane akcje rzeczywiście kończą notowania na plusie, co budzi zaufanie ofiary i rozbudza jej wyobraźnię.
Damian Dajewski, detektyw, prawnik, biegły sądowy, prezes specjalizującej się w tropieniu cyberprzestępców spółki Safe Idea mówi, z czego to wynika. Otóż w trakcie „sesji” prezentowane są rzeczywiste notowania, ale opóźnione o… 24 godziny. Oszuści doskonale znają więc notowania zarówno startowe, jak i końcowe. Nic więc dziwnego, że osiągają „ponadprzeciętne wyniki”.
Co dzieje się dalej? Pewnie się już domyślacie. Szybko okazuje się, co budzi nieskrywany entuzjazm ofiary, że na platformie można inwestować z udziałem „opiekuna” nie tylko firmowe środki, ale także własne. Trzeba tylko wcześniej zasilić konto na platformie przelewem bankowym ze swojego rachunku. Ofiara otrzymuje od „opiekuna” numer rachunku bankowego w Luksemburgu, Lichtensteinie, Litwie lub Cyprze oraz nazwę i adres odbiorcy (m.in. Critto Technologies albo podobna nazwa).
Policjanci nie są w stanie namierzyć odbiorcy takiego przelewu. Teoretycznie mogą poprosić o pomoc w ramach umów międzynarodowych lokalną policję, ale ta rzadko jest skłonna do współpracy. „Inwestycje” rozwijają się powoli, co także budzi zaufanie ofiary. Dzienne zyski są jednak na tyle wysokie, że zachwycona ofiara sama nalega, aby jak najszybciej inwestować pieniądze „pod korek”.
Oszuści jednak wolą stosować tzw. taktykę salami: wartość kolejnych „inwestycji” zwiększają powoli, by dopiero po około tygodniu, dwóch, osiągnąć pułap całkowitego wyczyszczenia konta bankowego ofiary. Wtedy dochodzi do „nieporozumienia” i „opiekun” zrywa kontakt z ofiarą. Ale to jeszcze nie koniec. Gdy ofiara orientuje się, że padła ofiarą oszustwa, zaczyna szukać pomocy: zawiadamia policję, ale też stara się podjąć działania we własnym zakresie.
Bywa, że trafia wtedy na reklamy udzielających pomocy w takich sprawach kancelarii prawnych i detektywistycznych (zdarza się, że dzwoni do niej niespodziewany, nieumówiony pracownik takiej instytucji). Przytłoczona nieszczęściem ofiara rzadko spodziewa się, że to kolejna pułapka. „Prawnicy” lub „detektywi”, także mówiący po polsku z wyraźnym, wschodnim akcentem, obiecują pomoc.
W rzeczywistości, jak tłumaczy detektyw Dajewski, zbierają jedynie dane, wysyłają umowę i po ewentualnym otrzymaniu kolejnych pieniędzy tym razem za pomoc prawną i dochodzeniową, także zrywają kontakt. Dwa razy oszukana ofiara traci zazwyczaj w tym momencie motywację do walki o odzyskanie pieniędzy. A policjantom – do których czasem zgłasza się ofiara – nie mają wiedzy, czasu, pieniędzy i kadr, aby pracować nad tak skomplikowanym, nietypowym z ich punktu widzenia, przestępstwem.
Myślicie, że to niemożliwe, żeby dać się nabrać? Znam osobiście osobę, która padła ofiarą takiego oszustwa. Pamiętajcie, że nie ma darmowych obiadów. Ani genialnych sposobów na inwestowanie. Czy gdyby ci „menedżerowie” czy „maklerzy” potrafili tak inwestować, że zawsze zarabialiby na tym pieniądze, to zajmowaliby się pracą dla „giełdy”? Chyba raczej siedzieliby na egzotycznej plaży i popijali drinki z palemką.
Wyłudzeń pieniędzy metodą „na inwestycję” będzie coraz więcej i będą coraz bardziej wyrafinowane. Ale zawsze będą bazować na starym jak świat mechanizmie – chciwości. Pozostaje ufać zdrowemu rozsądkowi, własnemu doświadczeniu, być może intuicji.
——————————-
CZYTAJ O CYBERBEZPIECZEŃSTWIE:
———————————-
ZOBACZ EXPRESS FINANSOWY I CIEKAWE ROZMOWY:
„Subiektywnie o Finansach” jest też na Youtubie. Rozmowy z ciekawymi ludźmi o Waszych (i ich) pieniądzach, a poza tym komentarze i wideofelietony poświęcone finansom oraz poradniki i zapisy edukacyjnych webinarów. Koniecznie subskrybuj kanał „Subiektywnie o Finansach” na platformie Youtube
zdjęcie tytułowe: Pixabay





