Czy można usprawiedliwić piratów? Dlaczego w ogóle ktokolwiek ma płacić za treści, które są dostępne w internecie? Co odróżnia tych, którzy chcą płacić, od niepłacących? Dlaczego za jedne treści gotowi jesteśmy zapłacić, a za inne nie? Czy chętnie przyznajemy się do tego, że korzystamy z treści bez płacenia? Jak oceniamy piractwo? I czy jest możliwe, że piractwo wcale nie szkodzi twórcom w tak dużym stopniu, jak wydaje się na pierwszy rzut oka?
Co wiemy o skali piractwa w Polsce? Wciąż jest masowe? Zmieniało się w czasie? Jak ściganie plików z książkami bez opłat odbija się na ich sprzedaży? Co wynika z eksperymentu GRAPE z udziałem „50 twarzy Greya”? Jakie są powody piractwa książkowego? Zbyt wysoka cena? Za długi czas oczekiwania na dostawę?
- Tak Duńczycy przygotowują się na kryzys? Bank centralny wydał nowe zalecenie dotyczące form płatności w sklepach [POWERED BY EURONET]
- Przesiadka na mniejszego konia da zarobić? Akcje polskich małych i średnich spółek mogą przejąć pałeczkę hossy od gigantów [POWERED BY UNIQA TFI]
- Jest nowy ETF oparty na polskich indeksach akcji! I to… dwóch naraz! Czy to ma sens? TFI PZU chce ściągnąć polskie pieniądze na polską giełdę [POWERED BY PZU]
A jeśli wydawcy książek nie mają co narzekać? Jeśli pirackie korzystanie z publikacji książkowych podbije sprzedaż, bo rozpropaguje autora i tematykę. Pod względem handlowym odpowiedzi nie są jasne. Warto zbadać efekty. Ktoś to już zrobił. O tym m.in. dziś w „Subiektywnie o Finansach”. Żeby było jasne: nie popieramy piractwa, nie popieramy kradzieży. Natomiast okazuje się, że cyfrowe piractwo w polskich warunkach często wcale nie jest uznawane przez ludzi za kradzież.
Pirat w domowym zaciszu, przy biurku i na kanapie
Do niedawna sprawa byłaby prosta. Chcieliście przeczytać książkę? Musieliście ją kupić, wypożyczyć z biblioteki, pożyczyć od znajomych. To było w czasach, kiedy książka była tylko przedmiotem. Co się dzieje wtedy, kiedy stała się plikiem i kiedy ten plik można – kiedy się mocniej postaramy – ściągnąć bez opłaty, chociaż wiemy, że zasadniczo za tego typu treści trzeba zapłacić? To problem bardziej moralny czy ekonomiczny? Książka to przecież towar, który zawsze ma swoją cenę i swoje koszty wytworzenia.
Produkt, który można sobie ściągnąć z serwisu jako plik, to nie jest jednak to samo, co książka papierowa. Ale czy darmowe ściąganie jest tak samo naganne, jak kradzież książki? Niektórzy mogą ściągnąć książkę, i powiedzieć po dziesięciu stronach: „fajne, chcę wesprzeć tego autora”. I jednak kupić tę książkę. Albo ktoś może ściągnąć książkę i powiedzieć koledze, że jest fajna. Następnie ten kolega może kupi tę książkę i zapłaci za nią.
Jest tu wiele mechanizmów i wzorców zachowań, które mogą działać. One powodują, że substytucja nie jest pełna. Ci, którzy uprawiają piractwo, być może i tak nie kupiliby książki, gdyby musieli wyłożyć na nią pieniądze? Ale nawet takie osoby mogą mieć jakiś pośredni, mały, pozytywny wpływ na sprzedaż danego tytułu. Jaki może być łączny efekt piractwa książek w sieci?
——————————
Rozmawiali o tym ekonomiści – Joanna Tyrowicz z think-tanku GRAPE wraz z Michałem Krawczykiem z Uniwersytetu Warszawskiego – możecie odsłuchać tej rozmowy, klikając w ten link. A poniżej krótki fragment rozmowy.
Dlaczego ekonomiści zajmują się piractwem?
Michał Krawczyk: Jest to zjawisko, które dotyczy znacznej większości użytkowników internetu, którzy kiedykolwiek, cokolwiek ściągnęli albo oglądali na serwisie nieautoryzowanym. To jest znacząca część z nas, a wielu z nas konsumuje w ten sposób dużo treści. Kluczowym pytaniem czy wątpliwością jest to, dlaczego ktokolwiek płacić za treści. Skoro w internecie wszystko jest za darmo. Prowadzimy badania na ten temat od 2011 r.
Co wiemy na temat skali tego zjawiska? Jak różni się sytuacja w 2011 r. i obecna?
W niedawnym badaniu wyszło, że to jest skala rzędu kilkunastu dostępów do treści za pomocą nieautoryzowanych kanałów w skali miesiąca na użytkownika internetu.
Czyli jedna osoba kilkanaście razy w miesiącu korzysta z internetu w ten sposób?
Tak, ale to jest skrajnie niehomogeniczne, to znaczy – są osoby, które ściągają miesięcznie tysiące plików, a są takie, które nie robią tego prawie wcale. Przy czym może się pojawiać pytanie, czy wszyscy ściągający treści bez płacenia się do tego przyznają, bo przecież piractwo jest obciążone stygmatyzacją. Jedno z pierwszych naszych badań to było sprawdzenie, czy rzeczywiście ludzie mówią co innego, kiedy troszczą się o swoją własną samoocenę i potencjalnie w oczach badacza, a co innego, kiedy są mobilizowani do tego, żeby ujawnić prawdę.
Zaskakujące dla nas było to, że odsetek osób, które się przyznają do pozyskiwania treści ze źródeł nieautoryzowanych, nie różnił się zasadniczo w tych dwóch grupach. Czyli ludzie nie bardzo internalizują poczucie stygmatyzacji. Niezależnie od tego, czy mogli powiedzieć cokolwiek, czyli nas oszukać, czy byli zachęcani do tego, żeby powiedzieć prawdę, to był z grubsza bardzo podobny odsetek.
I też trzeba podkreślić, że bierze się to być może częściowo z tego, że samo pozyskiwanie treści ze źródeł nieautoryzowanych nie jest nielegalne ani w Polsce, ani w Unii Europejskiej. Nielegalne jest dystrybuowanie treści, do których nie mamy majątkowych praw autorskich, a nie samo ich pozyskiwanie.
Czy to oznacza, że ludzie bez problemu przyznawali się do rzeczy, które uznawali za niemoralne, czy też może po prostu nie uznawali ich za niemoralne?
Zdecydowana większość ludzi nie kupuje narracji, że piractwo jest kradzieżą i uważa, że to jest taka drobna rzecz zupełnie nieznacząca jak użycie czyjegoś ołówka, który leży na stole. Nikomu nie dzieje się krzywda, prawda?
Czy ma znaczenie to, czy treść ma postać materialną, jest drukowana książką, czy niematerialną, jest zapisem cyfrowym, który pobieramy?
To, co najsilniej wpływa na ocenę moralną postępowania związanego z pozyskiwaniem treści w sposób nieautoryzowany, czyli bez zgody tego, kto je udostępnia, to jest ten wymiar fizyczności. W przypadku obrotu cyfrowego, kopiowania czegoś z internetu, czy pobierania czegoś z internetu, nie zabieram tego fizycznie. Nie uszczuplam żadnego zasobu. Ta sytuacja dla wielu osób nie wiąże się z sankcją moralną.
Co dokładnie sprawdziliście w badaniu i jakie były wasze obserwacje?
Przeprowadziliśmy kilka badań. Eksperyment książkowy był największym z nich. To badanie terenowe, które przeprowadziliśmy 10 lat temu, ale niedawno udało je opublikować. Badanie polegało na współpracy z grupą dużych wydawców w Polsce. Chodziło o to, żeby sprawdzić wpływ piractwa na sprzedaż legalną.
Mieliśmy grupę tytułów książkowych, spośród których wylosowaliśmy połowę i tylko dla tej połowy sprawdzaliśmy pobrania przy pomocy serwisu plagiat.pl, który miał do tego stosowne narzędzie techniczne. Losowo połowa książek była chroniona przed piractwem, a połowa – nie. Eksperyment polegał na tym, że oznaczyliśmy książki, które będą dostępne w nieautoryzowany sposób, a inny zasób został pozbawiony tej możliwości.
To, co chcieliśmy sprawdzić, to – czy jeśli obejmiemy ochroną część książek przed darmowym ścignięciem, to faktycznie zobaczymy lepsze wyniki sprzedażowe, bo współpraca z wydawcami polegała nie tylko na tym, że oni nam dali tytuły, ale również dostarczyli nam bieżące dane sprzedażowe dotyczące tych tytułów. Przy czym oni nie wiedzieli, które tytuły z ich oferty my chronimy, a których nie chronimy.
Czy to była jakaś specyficzna literatura?
To były wszystkie książki, które wydawcy zechcieli nam powierzyć do tego eksperymentu, prawie 300 tytułów reprezentujących różne segmenty rynku. Mieliśmy nawet „50 twarzy Greya”. Ta książka miała większą sprzedaż chyba niż cała reszta razem wzięta. Mieliśmy też podręczniki, poradniki typu – jak żyć, literaturę fantasy, science fiction, taka mieszanka. Co się trafiło.
Podzieliliśmy książki na dwie grupy podobne do siebie pod względem tematyki. Uszeregowaliśmy je parami podobnymi do siebie. I w obrębie jednej pary, jeden tytuł był chroniony przed ściągnięciem, a drugi – nie. Ale ten tytuł nadal był dostępny w wersji pirackiej. Co się stało po roku? No, po roku stało się to, że dostaliśmy dana sprzedażowe i okazało się, że ten efekt eksperymentalny jest niewielki.
Okazało się, że ochrona jest skuteczna w tym sensie, że te tytuły, które były chronione rzeczywiście były znacznie mniej dostępne. Nasza eksperymentalna ochrona była więc skuteczna, ale nie była skuteczna, w tym sensie, że ta ochrona, którą otrzymała losowo wybrana grupa książek w bardzo małym stopniu przełożyła się na sprzedaż.
Ten efekt to było zaledwie kilka procent i on nie był istotny statystycznie. Istotne jest to, że badanie nie potwierdziło przekonania wydawców, że piractwo im okrutnie szkodzi i że ma bardzo duży negatywny wpływ na sprzedaż.
Czyli po prostu książki, które były niedostępne w wersjach nieautoryzowanych, nie sprzedawały się lepiej od tych oficjalnych?
Minimalnie lepiej. Tylko minimalnie lepiej. Ale statystycznie – raczej bez znaczenia.
——————————————
Pozostałą część rozmowy znajdziecie na naszym kanale podcastowym, a także na naszym kanale YouTube. Zapraszamy też do podcastów z cyklu „Tłoczone z danych”.
Wnioski z tej rozmowy? Piractwo możemy ocenić jednoznacznie negatywnie pod względem moralnym, ale pod względem bardziej handlowym nie musi ono mieć charakteru tylko negatywnego. Korzystanie, bezpłatne, z książek może nawet zwiększać sprzedaż, poszerzając rynek odbiorców zainteresowanych autorami czy tematami. Ośrodek GRAPE przeprowadził eksperyment książkowy. Jak na wyniki zareagowali wydawcy książek? Czy piractwo wymusza na nich innowacje? Czyni kulturę bardziej dostępną? Odpowiedzi szuka: Michał Krawczyk z Uniwersytetu Warszawskiego w najnowszym odcinku podcastu GRAPE.
————————–
Niniejszy artykuł powstał w ramach niekomercyjnej współpracy „Subiektywnie o Finansach” z think-tankiem GRAPE dowodzonym przez prof. Joannę Tyrowicz. Współpraca ma na celu popularyzację wartościowych treści objaśniających działanie gospodarki i wyciskających ostatnie soki z danych. Podcasty „Tłoczone z Danych” znajdziecie pod tym linkiem.
Zobacz też najnowsze wideocasty:
Źródło zdjęcia: Pixabay

