W bankach powinien panować ład i porządek, gdyż są tam nasze pieniądze. To oczywista oczywistość i nikt nawet nie chcę myśleć, że w którymś banku mogą pod tym względem występować jakieś niedociągnięcia. Np. takie, że przychodzi facet do banku i bierze kredyt na swoją żonę, z którą właśnie się rozwodzi. Po to w banku są procedury, weryfikacja tożsamości, przepisy i konieczność osobistego podpisania umowy przez klienta, żeby takie rzeczy nie mogły się wydarzyć. A jednak się wydarzyły. Moja czytelniczka przez kilka lat walczyła o to, by windykatorzy i komornicy przestali ścigać ją za długi zaciągnięte bez jej zgody i wiedzy. Myślicie, że bank jej pomógł w tej walce? W najlepszym razie można powiedzieć, że zachowywał chłodną obojętność. Wszystko zmieniło się dopiero po tym, gdy do akcji wkroczyła subiektywność. Przypadek? Nie sądzę.

Ta historia burzy krew w żyłach, więc sugeruję, by zapoznawać się z nią trzymając się mocno poręczy fotela. Pani Martyna, posiadaczka konta w jednym z bardzo dużych polskich banków, na początku 2011 r. stała się też posiadaczką kredytu o wartości 43.500 zł. Stała się nią zaocznie i wbrew własnej woli. Do oddziału banku udał się w jej zastępstwie ukochany mąż. Złożył wniosek o wspólny kredyt, podał wszystkie potrzebne dane osobowe (swoje i żony), przyniósł swoje zaświadczenie o dochodach i umówił się na podpisanie umowy. Na tę „uroczystość” przyszedł sam, mówiąc pracownicy banku, że żona właśnie miała wypadek i że jest w szpitalu. Zadeklarował, że zawiezie jej umowę do podpisu i już za godzinkę jest z powrotem. Ba, połączył się nawet telefonicznie z jakąś kobietą, która porozmawiała z pracownicą banku i potwierdziła, że okoliczności są wyjątkowe i byłoby dobrze, gdyby bank poszedł jej na rękę.

Jak się pewnie domyślacie, ani żona nie była w szpitalu, ani nikt do niej nie dzwonił. Szanowny mąż potrzebował wkręcić pracownika banku, by na chwilę wydano mu umowę i by mógł podpisać się na niej (oraz na oświadczaniu o egzekucji) zamiast żony. A więc po prostu sfałszować jej podpis. Poszło mu o tyle łatwo, że był wówczas pracownikiem Ministerstwa Finansów, a więc uchodził w oczach pracownicy banku za niezwykle wiarygodną osobę. Ówczesna małżonka dowiedziała się o tym, że jest stroną jakiejś umowy kredytowej dopiero po półtora roku, gdy było już po rozwodzie. Dowiedziała się od windykatora, który przysłał jej ostateczne wezwanie do zapłaty. Były mąż oczywiście kredytu nie spłacał. Wyjechał z kraju, a bank oczywiście nie miał czasu, by zająć się szukaniem wiatru w polu, tylko zabrał się za egzekucję długu z współkredytobiorcy.

„Natychmiast udałam się do banku wskazanego w piśmie i opowiedziałam o zaistniałej sytuacji. Odesłano mnie do oddziału w którym została podpisana umowa. Tam już czekała na mnie dyrektorka banku i menager ds. klienta. Pokazałam pismo od komornika. Wyjaśniłam, że nigdy nie zaciągałam kredytu i nigdy wcześniej nie byłam w tym banku. Pani dyrektor oznajmiła mi, że wie, iż w banku nie byłam, bo nie mogłam w nim być, ponieważ mój mąż powiedział, że leżałam w szpitalu. Poprosiłam o wgląd do umowy”

– opowiada mi pani Martyna. Wgląd uzyskała, ale tylko jeszcze bardziej się zdenerwowała. Dokumentacja kredytowa była niekompletna, zawierała wiele braków w miejscach, gdzie powinny być podpisy żony i pracownika banku. Natomiast tam, gdzie podpisy żony były, oczywiście miały się nijak do rzeczywistych wzorów podpisów, które nieszczęsna kobieta złożyła w banku przy okazji zakładania tam konta. No, ale skoro pracownik banku wydaje współkredytobiorcy umowę celem jej zdalnego podpisania przez drugiego współkredytobiorcę, to tym bardziej nie będzie się zajmował sprawdzaniem podobieństwa tego podpisu do oryginału. Jak zaufanie to zaufanie ;-).

„Prosiłam, by dyrektorka oddziału wstrzymała przeciwko mnie egzekucję komorniczą. Powiedziała, że niestety nie może tego zrobić i że mi współczuje. Na policji złożyłam zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa. Wszczęto dochodzenie pod kątem podrobienia mojego podpisu na umowie kredytowej. Policja wezwała bank do wydania oryginału umowy i wszelkiej dokumentacji związanej z kredytem. Bank początkowo zasłaniał się tajemnicą bankową. Powołano grafologa”

– opowiada pani Martyna. Ekspertyza z lutego 2015 r. potwierdziła, że podpisy na umowie nie należą do mojej czytelniczki. I że jest duże prawdopodobieństwo, że zostały sfałszowane przez byłego męża, chociaż nie można sprawdzić tego jednoznacznie (brak wystarczającego materiału porównawczego). Sprawę umorzono z powodu niewykrycia sprawcy. Pani Martyna twierdzi, że bankowcy w tej sprawie nie poddali się biernie biegowi wydarzeń, lecz nawet posuęli się do sfałszowania jednego z dokumentów. Zmieniono imię i nazwisko jednej z osób, która reprezentowała bank podczas zawarcia umowy. Pani Martyna na bieżąco robiła ksero z akt i twierdzi, że dysponuje w tej sprawie dowodami. Fakt: gdybym w taki sposób dał ciała przy podpisywaniu umowy kredytowej to też chciałbym z niej potem zniknąć ;-).

„Po umorzeniu sprawy dotyczącej sfałszowania podpisu złożyłam kolejne zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa. Oskarżyłam bank i mojego byłego męża o to, że wspólnie zawarli umowę kredytową na moje dane, a długiem bezprawnie bank obciążył mnie i do dnia dzisiejszego uporczywie traktuje mnie jak dłużnika, nasyłając na mnie komornika. Komornik zajął mi nawet zwrot kosztów sądowych jakie zasądzono mi od męża za sprawę rozwodową. Sama wychowuję dziecko, nie mogę normalnie funkcjonować i pracować, bo jestem dłużnikiem banku. Nie wiem co powinnam zrobić, bo nie ufam już nikomu. Proszę o jakąkolwiek poradę. Z góry bardzo dziękuję

– napisała pani Martyna. Szlag mnie trafił, więc natychmiast pobiegłem do banku i zadałem tylko dwa proste pytania: 1. Jak to możliwe, że bank wydaje klientowi umowę kredytową i pozwala na jej zdalne podpisanie przez współmałżonka (nie mając możliwości sprawdzenia autentyczności podpisu). 2. Dlaczego bank nadal windykuje klientkę, skoro wiadomo, że jest ofiarą wyłudzenia? Bank oczywiście zasłonił się tajemnicą bankową i odesłał mnie z kwitkiem. Uruchomiłem więc prywatne znajomości – mam takie „kontakty operacyjne” w większości banków, których używam w sytuacjach szczególnie trudnych i gardłowych.

Nie jestem pewien, czy nie zaszkodziłbym człowiekowi, który wprowadził sprawę na „szybką ścieżkę” i to jest jedyny powód, dla którego na razie jeszcze nie podam nazwy banku, który tak koszmarnie dał ciała. W każdym razie udało się pomóc. Tydzień temu dostałem informację, że bank definitywnie zakończył postępowanie windykacyjne wobec pani Martyny (podobno było od 2013 r. zawieszone, choć komornik przecież grasował na rachunkach pani Martyny) i wysłał do BIK prośbę o usunięcie informacji o jej długu. Nie rozumiem dlaczego nie zostało to zrobione w 2015 r., gdy sąd stwierdził fałszerstwo podpisu. Albo jeszcze wcześniej, gdy okazało się, że pracownicy banku dali się oszukać jak dzieci.

Najwięcej tekstów poświęconych sprawom konsumentów znajdziecie w „Subiektywnie o finansach”:

C69g9hPWoAAOfj43