25 marca 2017

Jak kupować na raty zero procent?

[et_pb_section bb_built=”1″ admin_label=”section”][et_pb_row admin_label=”row”][et_pb_column type=”4_4″][et_pb_text admin_label=”Tekst”]

Kupując sprzęt elektroniczny, czy droższe AGD już w zasadzie domyślnie wybieramy zakup na raty – zwłaszcza, że na wywieszkach cenowych widać jak na dłoni, że to nic nie kosztuje: np. piszą tam „2499 zł lub 30 rat zero procent po 83,3 zł”. Albo: „1200 zł lub 10 rat po 120 zł”. Czy można się dziwić, że kupując sprzęt za więcej, niż kilka stówek, niemal zawsze kupujemy go na raty? Nic to dodatkowo nie kosztuje, a zaoszczędzone pieniądze możemy przeznaczyć na inne świąteczne zakupy. Nie twierdzę, że raty zero procent zawsze są złe. Ale warto poznać lepiej zasady ich działania, żeby nie dać się nabrać.

CZY KOSZT RAT JEST WLICZONY W CENĘ TOWARU?
Załóżmy, że raty są rzeczywiście zero procent. Żadnych kantów, ani haczyków. Kto za nie zapłaci? Nie ma darmowych pieniędzy, więc oprocentowanie tego kredytu ktoś musi pokryć. Możliwe są dwa scenariusze. Pierwszy, lepszy dla klienta, zakłada, że sklep zamawia bardzo dużo jakiegoś towaru u producenta (dzięki temu otrzymuje duży rabat). Załóżmy, że rabat na zakup towaru jest większy, niż koszt, który ponosi sklep z tytułu odroczonej płatności (czyli, jak to mówią ekonomiści, koszt pieniądza w czasie) i w dodatku na tyle duży, że cena towaru w sklepie wciąż jest niższa od cen w innych sklepach. Wtedy biznes może się spiąć i to niekoniecznie kosztem klienta. Ale jest i prostszy model biznesowy – po prostu wliczyć „prawdziwą” cenę rat w cenę towaru. Gdyby dany towar nie miał opcji sprzedaży na raty – kosztowałby 2000 zł. A ponieważ w cenie trzeba „schować” cenę kredytu, ten sam towar kosztuje 2400 zł. Sklep nie wystawia innej ceny dla klientów „nieratowych”, bo wszyscy i tak wybierają raty (myśląc, że są „za darmo”). Inne sklepy mają podobną politykę, więc sklep „z ratami” nie jest droższy od innych. Mój pomysł? Nigdy nie kupujemy nic na raty przy pierwszej wizycie w sklepie. Cenę towaru porównujemy z cenami w internecie i sprawdzamy o ile taniej można byłoby kupić tę samą rzecz.bez rat.

RATY SĄ PO TO, ŻEBYŚ KUPIŁ WIĘCEJ LUB DROŻEJ
Sklepy wprowadziły sprzedaż ratalną m.in. dlatego, że klient, który może zabrać do domu jakiś towar płacąc tylko niewielką część jego wartości, chętniej kupi też coś innego – czy to w ramach klasycznego cross-sellingu (np. telewizor w komplecie z sound barem), czy to po prostu z czystej rozrzutności. Sklep dzięki temu zwiększa obroty, a jeśli ma niezbyt uczciwe podejście do rat, to jeszcze nic go taka polityka nie kosztuje (bo to klient i tak zapłaci cenę kredytu). Wniosek? W miarę możliwości staraj się nie kupować na raty czegoś, czego i tak nie kupiłbyś za gotówkę (bo np. nie byłoby cię stać). Np. jeśli widzisz w sklepie telewizor za 7000 zł, to nie wybieraj go kosztem telewizora za 4000 zł tylko dlatego, że rata wygląda zachęcająco. Pamiętaj, że cenę towaru – niezależnie od tego czy raty są zero procent, czy też nie – będziesz musiał i tak zapłacić. Owszem, jeszcze nie dziś, ale prędzej lub później będziesz musiał sobie czegoś odmówić, żeby zapłacić kolejne raty. Moja podstawowa zasada jeśli chodzi o kredyty konsumpcyjne – także te ratalne – jest następująca: do każdej tego typu pożyczki buduję biznesplan, próbując znaleźć dodatkowe dochody, które pozwolą pokryć choćby część rat. Jeśli mam w perspektywie jakieś dodatkowe dochody, niekiedy pozwalam sobie na takie pożyczki. Jeśli spodziewam się „chudych miesięcy”, jestem bardzo ostrożny.

JAKICH RAT „ZERO PROCENT” POWINIENEŚ UNIKAĆ?
W sklepach coraz więcej jest rat, które rzeczywiście są zeroprocentowe (zgodnie z poprzednim punktem – ich cena jest po prostu wliczona w cenę towaru). Ale wciąż sporo jest takich ofert, które są najeżone pułapkami. Jakich rat „zero procent” unikam? Takich, które są na zero pod warunkiem, iż spłacę je w ciągu np. pół roku (czasem daty płatności są specjalnie ustawione tak, żebym nie zmieścił się w terminie i żeby naliczono mi jednak procenty). Takich, które zmuszają mnie do jednoczesnego wzięcia karty kredytowej (przeważnie w warunkach karty są „zaszyte” jakieś warunki, których nie wypełnienie oznacza dodatkowe koszty). Takich, które zmuszają mnie do zapłacenia prowizji lub składki ubezpieczenia. To wyciąganie pieniędzy z drugiej kieszeni klienta i złodziejstwo. Takich, które są byłyby zerowe, gdyby bank się zgodził. Część sklepów ma z bankiem taki układ, iż to bank decyduje któremu klientowi pozwoli pożyczyć „za zero”, a któremu naliczy oprocentowanie. Oczywiście zwykle okazuje się, że albo bank każdemu klientowi odpowiada, iż „niestety, panu raty za zero się nie należą”, albo sklep komunikuje klientowi taką odpowiedź, bo np. ma procent od liczby „płatnych” klientów, których przyniesie bankowi. Pamiętajmy – w uczciwych ratach zero procent RRSO zawsze będzie wynosić zero lub prawie zero. Jeśli z formularza informacyjnego, który w sklepie muszą ci udostępnić, wynika coś innego – trzymaj się od takich rat jak najdalej!

[/et_pb_text][/et_pb_column][/et_pb_row][/et_pb_section]

Możliwość komentowania jest wyłączona.

Subiektywny newsletter

Bądźmy w kontakcie! Zapisz się na newsletter, a raz na jakiś czas wyślę ci powiadomienie o najważniejszych tematach dla twojego portfela. Otrzymasz też zestaw pożytecznych e-booków. Dla subskrybentów newslettera przygotowuję też specjalne wydarzenia (np. webinaria) oraz rankingi. Nie pożałujesz!

Zamknij
social-facebook social-feed social-google social-twitter social-instagram social-youtube social-linkedin social-rss