Ostatnio otwiera się wiele nowych możliwości dla tych z Was, którzy już jakiś czas temu skonstatowali, że lokowanie oszczędności wyłącznie w banku nie jest dobrym pomysłem. Budując portfel upstrzony depozytami, obligacjami rządowymi i korporacyjnymi oraz funduszami inwestującymi w różnych stronach świata trudno nie myśleć o inwestowaniu pieniędzy w akcje spółek wchodzących na giełdę. Pierwsze emisje akcji nie zawsze są lubiane przez zawodowych inwestorów (trzeba na kilkanaście dni zamrozić pieniądze, a oni tego nie lubią), ale często bywają inwestycyjną okazją. Spółka-nowicjusz musi bowiem zaoferować lepszą cenę, niż konkurenci już obecni na giełdzie.

IPO czyli okazja za zakup akcji „z pierwszej ręki”

Za chwilę będziemy mogli stać się akcjonariuszami jednej z największych firm telekomunikacyjnych – Play. Ta oferta ma ruszyć w lipcu, a na razie – w ramach rozgrzewki – akcje przed debiutem na giełdzie sprzedaje GetBack, druga największa spółka windykacyjna w kraju (większy jest tylko Kruk). Wokół tej sprzedaży akcji jest dużo szumu medialnego, co oznacza, że sprzedającym bardzo zależy na sukcesie. Jest mnóstwo recenzji (często opłaconych przez samą spółkę, więc radzę podchodzić do nich z rezerwą), a internet zalały banery reklamujące GetBack. Czy warto ulokować swoje pieniądze w akcjach debiutanta i stać się udziałowcem windykacyjnego biznesu? Czas na decyzję o wzięciu udziału w pierwotnej emisji akcji jest tylko do poniedziałku, bo tego dnia spółka zamyka zapisy na akcje.

W tym roku na giełdę wchodziły tylko dwie nowe spółki, ale ostatnia z „nowalijek” budzi dobre skojarzenia. Pamiętacie sieć marketów Dino, która sprzedawała swoje akcje w kwietniu? Dla zwykłych inwestorów było przeznaczone tylko 5% akcji wartych 1,6 mld zł, więc zlecenia zostały mocno zredukowane – każdy kupił tylko 25% zamówionych akcji. Kupowaliśmy te udziały po 33,5 zł i już na debiucie można był zarobić 8%. A dziś – jeśli ktoś nie połakomił się na szybki zysk – jest jeszcze lepiej. Papiery Dino są notowane po 46 zł, czyli 35% wyżej, niż w ofercie publicznej.

Czytaj też: Jak zarobić na zakupach, czyli za ile warto kupić akcje Dino

Czytaj też: Mają centra handlowe i biurowce. Chcą wypłacać 7% dywidendy. Czy warto kupić ich akcje przed giełdowym debiutem?

Ale Dino to fajnie sformatowana sieć marketów, która jest w fazie intensywnego wzrostu. Jeśli nie pomyli się w wybieraniu lokalizacji dla nowych sklepów, to powielenie dotychczasowego sukcesu w większej skali powinno się udać. GetBack to inna para kaloszy – firma zajmująca się windykacją. Kupująca od banków i firm telekomunikacyjnych przeterminowane długi za ułamek ich wartości i próbująca wyegzekwować pieniądze od tych, którzy nie zapłacili. I jednocześnie zarządzająca cudzymi długami w zamian za prowizję od odzyskanych kwot. Ryzykowny biznes, którego rentowność łatwo zburzyć jedną nie trafioną inwestycją w złe długi (np. kupieniem od banku za drogo portfeli trudnych do odzyskania wierzytelności).

Czytaj też:  Best chce być the best, więc sprzedaje nam obligacje. Czy warto pożyczyć pieniądze windykatorom?

GetBack: gigant windykacji budowany na kredyt

GetBack sprzedaje nam 20 mln nowych akcji, zaś drugie tyle chcą odsprzedać dotychczasowi akcjonariusze (firma niedawno została sprzedana przez Idea Bank amerykańskim funduszom Abris). Kasa ma pójść m.in. na spłatę długów, które firma musiała zaciągnąć na zakup długów. No i oczywiście na kupowanie nowych pakietów wierzytelności. Cena akcji GetBack została wstępnie ustalona w przedziale 18,5-27 zł, co oznacza, że wartość oferty może wynieść od 750 mln zł do 1,1 mld zł. To mniej, niż w przypadku Dino, ale też sporo.

Dziś GetBack zarządza wierzytelnościami wartymi 20 mld zł. To połowa wartości portfeli zarządzanych przez lidera windykacji – Kruka. Oraz dwa razy tyle, ile mają „pod opieką” inni duzi gracze – Kredyt Inkaso oraz Best. W zeszłym roku z tych 20 mld zł GetBack odzyskał 335 mln zł, co nie jest złym wynikiem, choć np. Kruk miał lepszą skuteczność (odzyskał prawie miliard złotych, czyli trzy razy więcej). GetBack jest zyskownym przedsięwzięciem – w zeszłym roku miał 200 mln zł czystego zysku (w 2015 r. było 120 mln zł, zaś w 2014 r. – tylko 45 mln zł). To oznacza, że odzyskuje więcej pieniędzy, niż wydaje na zakupy pakietów długów.

Patrząc na skalę wzrostu biznesu GetBacka można się zastanawiać czy tak intensywny rozwój nie niesie za sobą wysokiego ryzyka, że ten kolos okaże się być dużym misiem na glinianych nogach. W przypadku biznesu windykacyjnego zawsze jest takie ryzyko, bo im więcej masz długów „pod opieką”, tym więcej masz do stracenia jeśli okaże się, że spadnie procent odzyskiwanych wierzytelności. A jeśli jeszcze do tego pożyczasz pieniądze na kupowanie portfeli długów…

A GetBack tak właśnie robi: w zeszłym roku kupił na własność lub wziął do obsługi czyjeś długi za 6 mld zł. Jego zadłużenie długoterminowe wzrosło ze 150 do 600 mln zł, zaś krótkoterminowe – z 300 do 650 mln zł. A więc sprawa jasna: GetBack zadłużył się na dodatkowe 800 mln zł, żeby kupić długi, na których w przyszłości chciałby dobrze zarobić. Firma ma już prawie 1,3 mld zł zadłużenia i wciąż jej mało. W ostatnich latach GetBack wyemitował obligacje za 850 mln zł (trafiały do instytucji finansowych, a ostatnio też do zwykłych ciułaczy, płacąc WIBOR plus 4,4%, czyli przy obecnych warunkach jakieś 6,1% rocznie).

Zadłużenie GetBack jest trzy razy wyższe od kapitałów własnych spółki. W przypadku Kruka relacja własnych kapitałów do zadłużenia jest znacznie bezpieczniejsza (130%). Choć w przypadku GetBacka większa część biznesu jest oparta na zarządzaniu zewnętrznymi portfelami długów, więc tak naprawdę lewar jest mniejszy, niż wygląda na pierwszy rzut oka.

Zarabiają 200 mln zł rocznie na odzyskiwaniu długów

Oczywiście: wszystkie duże firmy skupujące wierzytelności robią to w części za pożyczone pieniądze – gdyby finansowały zakupy nowych długów tylko z bieżących zysków, rosłyby wielokrotnie wolniej. Ale GetBack w większym stopniu, niż konkurenci, posługuje się pożyczonymi pieniędzmi. W zeszłym roku aż 800 mln zł przeznaczonych na zakupy długów pochodziło z długów, a 200 mln zł – z własnych zysków. Dość powiedzieć, że w ostatnich dwóch latach GetBack zainwestował w nowe długi 2 mld zł, czyli o 200-300 mln zł więcej, niż dwa razy większy od niego Kruk.

Czytaj też: GetBack pożycza od nas pieniądze. Płaci 4,4% powyżej WIBOR-u. Czy warto udzielić tej firmie pożyczki?

Agresywny wzrost biznesu GetBacka utrudnia ocenę sytuacji firmy – zwłaszcza tę wynikającą z przejmowania w przeszłości nie spłacanych długów klientów Getin Banku i innych części grupy Leszka Czarneckiego. Ewentualne stare kłopoty mogą być przykrywane przez coraz większą nową akwizycję długów i „rozpuszczane” w masie świeżych aktywów. Po rynku krąży mnóstwo plotek o tym jakie to „śmieci” GetBack przejmował „grzecznościowo” od banków Leszka C., zanim został sprzedany Abrisowi.

Plotki plotkami, ale faktem jest, że wyniki finansowe GetBack pokazuje dobre. W samym tylko pierwszym kwartale miał prawie 58 mln zł czystego zysku (w całym 2016 r. było 200 mln zł profitu netto) oraz dwa razy wyższe, niż na początku zeszłego roku przychody (ok. 150 mln zł). To przekłada się na dość atrakcyjny przelicznik ceny akcji w ramach oferty do zysku przypadającego na te akcje. Przy maksymalnej cenie 27 zł za akcję i założeniu, że zysk GetBacka w tym roku będzie mniej więcej taki sam, jak w ubiegłym, wskaźnik C/Z (mówi ile złotówek trzeba zapłacić za jedną złotówkę zysku przypadającego na jedną akcję) wyniesie 13. To niewiele, zwłaszcza porównując GetBack z analogicznym poziomem dla Kruka (w okolicach 19-20).

Czytaj też: GetBack i windykacyjny przypał. Rzecznik praw dłużnika, punkty za długi i… stokrotka 

Przyszłość niekoniecznie w różowych barwach

Minusy? Niestety, jest sporo. O wysokich wskanikach zadłużenia już wspominałem. Każda, choćby najmniejsza podwyżka stóp procentowych przekłada się na duży wzrost kosztów obsługi długów GetBacka. W samym tylko pierwszym kwartale firma miała 35 mln zł kosztów finansowych (przy 58 mln zł zysków). Jak się ma prawie miliard złotych zadłużenia, trzeba trzymać kciuki za niskie stopy procentowe, bo płaci się za ten dług kilkadziesiąt milionów złotych rocznych odsetek.

Drugi problem to nadciągające zmiany w przedawnieniach. Do tej pory można było windykować długi mające mniej, niż 10 lat, ale Ministerstwo Sprawiedliwości chce ściąć ten limit do 6 lat. Nikt nie policzył jaka część portfeli długów może w ten sposób stać się bezwartościowa, ale z całą pewnością niemała. Trzecia sprawa to coraz większa liczba upadłości konsumenckich i rosnąca świadomość dłużników. Upadłość oraz przedawnienie to skuteczne metody uwalniania się od długów i coraz więcej dłużników będzie je stosować. Po czwarte w Polsce wciąż rosną ceny sprzedawanych długów. Bo większa jest konkurencja między firmami windykacyjnymi. Owszem, są to długi lepszej jakości, „świeższe” niż te sprzedawane kiedyś. Ale jeśli firma windykacyjna musi płacić za przejmowane długi 20% ich wartości (a tyle ostatnio płacił GetBack), to każdy błąd może być kosztowny.

Podsumowując: o ile w przypadku sklepów Dino byłem dziwnie spokojny, że to prosty, skalowalny i chyba przyszłościowy model biznesu, o tyle jeśli chodzi o GetBack widzę sporo znaków zapytania. Każdy spadek efektywności działań windykacyjnych – tak samo, jak wzrost stóp procentowych lub zmiany w prawie – może bardzo mocno szturchnąć zyski firmy. A ta i bez tego zapowiada, że nie zamierza na razie płacić dywidendy. Choć z drugiej strony cena akcji – przy założeniu, że rentowność firmy nie spadnie – jest niska. W analizie Związku Maklerów i Doradców przeczytałem, że przy cenie 27 zł za akcję oni wyceniają GetBack na 11% więcej, zaś przy cenie np. 24 zł (gdyby doszło do takiej „promocji”) potencjał wzrostu sięgnąłby 25%. A średnia wycen biur maklerskich?

Czytaj też: Jak wyceniają akcje GetBack biura maklerskie?

Share This

Zapisz się na mój newsletter

i otrzymaj prezenty

 

Zapisując się na mój newsletter otrzymasz kilka prezentów, a od czasu do czasu podeślę Ci najciekawsze wpisy na blogu.

Upewnij się, że nie przegapisz najciekawszym artykułów!

Gratulacje! Jesteś zapisany