Ostatnio wrócił temat reparacji wojennych, czyli odszkodowań, które mieliby nam zapłacić Niemcy – a najlepiej, gdyby zrobili to też Rosjanie – za to, że “działając wspólnie i w porozumieniu” rozgrabili nasz kraj doszczętnie i spowodowali, że dziś jesteśmy trzy, czterokrotnie biedniejsi, niż najpotężniejsze państwa Europy Zachodniej. Abstrahując od tego czy polski rząd ma podstawy prawne oraz realne możliwości wyegzekwowania jakichś pieniędzy, postanowiłem sprawdzić ile nam się należy. Bo może w oczekiwaniu na reparacje nie ma już sensu wychodzić do pracy?

Polska w ruinie, czyli oddajcie 500 mld dolarów

Opracowań na temat strat Polski poniesionych w czasie II Wojny Światowej jest krocie, są też oficjalne wyliczenia powojennej administracji na ten temat. W wyniku działań wojennych, rabunków i konfiskat dokonanych przez okupantów oraz wyzysku pracy polskich obywateli w czasie okupacji Polska straciła – zdaniem Biura Odszodowań Wojennych powołanego już w Polsce Ludowej  – 260 mld złotych przedwojennych, co przeliczono na 50 mld ówczesnych dolarów (czyli 10 razy więcej dzisiejszych “zielonych”).

Dlaczego tak dużo? Mówimy o przynajmniej 40% majątku Polski liczonego jako fabryki (zniszczonych 65%), sklepy i warsztaty rzemieślnicze, domy (200.000 budynków), szkoły i szpitale (zniszczonych 50%), sieć kolejowa i drogowa (55%). Policzono nawet utracone dzieła kultury (43% – 11 mld dolarów w obecnych cenach). Są to straty wyłącznie z winy hitlerowców, Biuro Odszkodowań na wszelki wypadek nie policzyło strat spowodowanych przez Rosjan, bo nie chciało zostać rozstrzelane. A do tego należałoby dorzucić straty terytorialne – Polska po wojnie jest o 80.000 km mniejsza, niż była przed 1939 r.

Czytaj: Wikipedia o stratach materialnych Polski w II Wojnie Światowej

Czytaj: Historia reparacji wojennych Niemiec na rzecz Polski

Utracone korzyści, czyli niech nam zwrócą PKB

Straty materialne to punkt pierwszy. Punktem drugim w niezłomnej polityce reparacyjnej polskiego rządu powinny być utracone korzyści. Można je policzyć w oparciu o PKB wypracowane przez obywateli II Rzeczpospolitej (czyli wartość produkowanych w kraju przed wojną dóbr i usług). W czasie wojny i okupacji oczywiście ta produkcja albo ustała albo była w dużej części konfiskowana przez okupantów. I byli okupanci muszą się z tego rozliczyć.

Według danych OECD w 1938 r. II Rzeczpospolita Polska legitymowała się PKB rzędu 67 mld tzw. dolarów międzynarodowych. Byliśmy pod tym względem nieco bogatsi od Hiszpanów, ale np. trzy razy biedniejsi od Francuzów (nie mówiąc o Niemcach, Brytyjczykach, Amerykanach, czy ZSRR – zbrojenia jednak robią swoje). Natomiast nasze PKB było cztery razy wyższe, niż dochód wytwarzany przez Greków lub Portugalczyków, którzy dziś są od nas sporo bogatsi.

Czytaj też: Rozwój polskiej gospodarki przez ostatnich 150 lat

Znalazłem też w internecie wiarygodnie udokumentowane źródłami książkowymi dane dotyczące PNB, czyli majątku Polski po odjęciu podatków i dochodów krajowych z majątku zagranicznego. Tu z kolei wygląda na to, iż na obywatela przypadało 800-900 ówczesnych dolarów (mniej więcej tyle, co na obywatela Hiszpanii, czy Włoch). Licząc w ten sposób moglibyśmy szacować roczny dochód Polski na jakieś 30-32 mld ówczesnych dolarów.

Czytaj: Finanse II Rzeczpospolitej w przeddzień II Wojny Światowej (polecam zwłaszcza ciekawą dyskusję pod tekstem)

Jak te ówczesne dolary przeliczać na dzisiejsze? Tzn. ile trzeba by nam zapłacić, żeby zrekompensować utratę dochodów w czasie wojny? Patrząc na zmianę wartości dolara do wartości uncji złota trzeba by przyjąć 11-krotny “mnożnik inflacyjny”. Biorąc pod uwagę indeks cen konsumpcyjnych za 1 dolara w 1930 r. dało się kupić tyle, ile dziś za 13 dolarów.

Przez sześć lat wojny nasze zdolności wytwarzania PKB zniszczono albo wykorzystywano, żeby ktoś inny osiągał dochody. Trzeba byłoby nam więc oddać równowartość 30 mld ówczesnych dolarów, czyli 300-350 mld dolarów obecnych. I to za każdy rok wojny. No dobra, załóżmy, że do zwrotu byłaby połowa PKB, bo Naród w czasie okupacji też coś na własne potrzeby produkował. Wpisujemy więc do rachunku okrągły bilion dolarów.

Na pierwszy rzut oka trochę to wygląda absurdalnie, bo przecież dzisiejsze PKB Polski – kraju znacznie bogatszego, niż II Rzeczpospolita w 1939 r. – wynosi 1,85 bln zł, czyli 500 mld dolarów. Ale jeśli zerknąć na wykres mówiący o PKB Polski liczonym od 1500 r. (tutaj jest jego źródło) i porównać czas przedwojenny z obecnym, to wyjdzie, że wtedy jednak wtedy wypracowywaliśmy nie tak mało – dwie trzecie dzisiejszego PKB. Nie można więc mieć kompleksów jeśli chodzi o reparacje.

Polski duch i polska ziemia warte 700 mld “zielonych”

Gdyby tak byli okupanci chcieli być fair, to powinni nam oddać jeszcze 100 mld dol. za utracone tereny netto. Cena 1 hektara ziemi rolnej w Polsce – a przecież nie tylko ziemię rolną nam zabrali, do jasnej cholery – to dziś jakieś 10.000 dolarów. Straciliśmy 8.000.000 ha po odliczeniu tzw. ziem odzyskanych i Wrocławia (jeszcze bez Sky Tower Leszka C.).

A gdzie odszkodowania za śmierć polskich obywateli? W czasie wojny zginęło 6 mln Polaków, a przecież nie my tę wojnę rozpętaliśmy. Wiadomo, że nie wszyscy byliśmy ubezpieczeni w Allianzu, ale byśmy mogli być. Gdyby tak za każdego obywatela, który nie przeżył wojny, wypłacili nam tylko 100.000 dolarów (to nie jest dużo – niecałe 400.000 zł na osobę, czyli 30 zł dziennie przy założeniu, że pokrywają odszkodowanie za 40 lat “utraconego życia” przeciętnego obywatela – umierali przecież i starcy i dzieci), to jeszcze trzeba dopisać do rachunku 600 mld dolarów.

Cena czystego sumienia? Niech nas utrzymują przez 20 lat

W sumie wychodzi, licząc lekką ręką, 2,2 bln dzisiejszych dolarów, czyli – po kursie dnia – 8,25 bln zł. Taki dopływ byłby dość znaczący dla naszego budżetu państwa, który w tym roku zamyka się kwotą 380 mld zł. Oczywiście Niemcy, do których w pierwszym rzędzie wyciągamy ręce, nie byliby w stanie – nawet gdyby zrzucili się razem ze “wspólnikami” z Francji, Wielkiej Brytanii (są współwinni, bo nie wypełnili zobowiązań sojuszniczych w 1939 r.) oraz z USA (bo współsprzedali nas w Jałcie) – zapłacić od razu. Trzeba by im tę należność rozbić na raty.

Budżet Niemiec to jakieś 350 mld euro, więc gdyby rocznie dali nam w reparacjach wojennych tylko 50 mld euro, a drugie tyle wycignęli od sojuszników, to by nie zbiednieli i dla nas by wystarczyło. Mniej więcej “załatwiłoby” nam cały budżet państwa i rząd mógłby każdemu obywatelowi wypłacać raz w roku cash-back w wysokości 20.000 zł, gdyż naszych podatków by już nie potrzebował (a tyle właśnie przeciętnie wpłacamy do kasy państwa). I tak przez jakieś 20 lat, bo właśnie tak długo – mniej więcej – spłacaliby nam miniratki sojusznicy. Byłoby jeszcze dłużej, ale mamy też bilion złotych zadłużenia, które też by się z tego umorzyło przez potrącenie sald.

Czytaj też: Zrb to ćwiczenie, a dowiesz się ile tak naprawdę oddałeś państwu

Generalnie więc dług Niemców (rozpętali wojnę i mordowali), Rosjan (zabrali nam furę ziemi i mordowali), Francuzów i Brytyjczyków (zdradzili dwa razy) oraz Amerykanów (zdradzili raz) dałoby się rozliczyć – i oczyścić definitywnie sumienie tej całej hałastry – w szybkie 20 lat. Przez ten czas oni pokrywaliby nasze wydatki, a my nie płacilibyśmy żadnych podatków. A potem musielibyśmy przestać wypominać im tę wojnę.

Reparacje za II Wojnę Światową to pierwsza rata. A PRL?

A może i nie? Rozciągając reparacje wojenne na czas komunizmu trzeba byłoby pójść dalej i zrekompensować nam uszczerbek wynikający z braku możliwości rozwijania się tak, jak rozwijała się Hiszpania, Portugalia, Grecja, czy inne kraje, które dziś są dużo bogatsze od nas, a w czasie, gdy zaczynała się II Wojna Światowa, wcale bogatsze nie były. Od 1939 r. do 1989 r., kiedy odzyskaliśmy możliwość rozwijania się tak, jak inne kraje, traciliśmy ogromne pieniądze i potencjał.

Czytaj też: Ile gospodarczo kosztował Polskę PRL?

Są wyliczenia, z których wynika, że gdyby nie PRL, bylibyśmy (jako kraj, ale i jako obywatele) dwukrotnie zamożniejsi, niż jesteśmy dziś. A więc i np. wartość nabywacza naszych pensji byłaby większa. Zamiast równowartości 1000 dolarów miesięcznie zarabialibyśmy 2000 dolarów. I kto nam to zrefunduje?

Owszem, w latach 2004-2020 dostajemy z Unii Europejskiej 135 mld euro, ale to raptem 4000 euro na obywatela. Czyli równowartość wspomnianej wyżej różnicy w pensjach za… pół roku. To jakiś żart a nie reparacje. PRL trwał “trochę” dłużej, niż pół roku. Więc jak tylko minie te 20 lat reparacji za II Wojnę Światową, to powinniśmy zacząć rozliczać Zachód i Putina (zapewne jako dziadek Putin będzie jeszcze rządził na Kremlu) za PRL. Dzięki temu nasze dzieci też nic nie będą musiały. I to ja rozumiem. Taka karma.

Zapisz się na mój newsletter!

 

W prezencie otrzymasz:

- Wstęp na e-spotkania, na których odpowiem na Twoje pytania

- Pakiet e-booków z praktycznymi poradami finansowymi

- Dostęp do dokumentów ułatwiających walkę o Twoje prawa (wkrótce)

Gratulacje! Jesteś zapisany!

Share This