Pani Dorota kupiła bilet na lot z Brukseli do Berlina. Płaciła kartą kredytową. A ponieważ podróż odbywała się poza Polską, płatność przeliczona została na euro. Problem zrobił się, gdy przewoźnik odwołał lot i zwrócił pieniądze.
Jest koniec października ubiegłego roku. Nasza czytelniczka pojechała służbowo do Brukseli. Wracać miała 25 października. Kupiła bilet na lot do Berlina Schoenefeld. Płaciła kartą kredytową wydaną przez Bank Millennium. Koszt biletu został wyliczony przez Ryanair w euro (dokładnie 99,83 euro), zaś Bank Millennium przeliczył transakcje na 450,95 zł (czyli po niezbyt pięknym kursie 4,52 zł).
- Osiem najważniejszych dylematów inwestycyjnych na najbliższą dekadę [POWERED BY CITIBANK HANDLOWY]
- Agenci AI, czyli rewolucja. Nie tylko w zakupach, ale też w płatnościach. Jak to zmienia przyszłość handlu? [POWERED BY VISA]
- Które spółki z branży oprogramowania nie przegrają z AI? Analitycy zrobili stress-testy. Czy po spadku wartości o 30% są już okazje inwestycyjne? [POWERED BY SAXOBANK]
Pech chciał, że obsłudze lotniska w Brukseli zachciało się strajkować. Dlatego odwołano wiele lotów, w tym ten pani Doroty. Zaproponowano jej bilet na inny samolot, ale dopiero za kilka dni. Nie mogła czekać, więc wybrała drugą proponowaną opcję – zwrot pieniędzy.
Przeczytaj też: Przez spóźniony samolot pani Anna nie zdążyła się zameldować w apartamencie. Przepadła kasa za… pięć dni pobytu! Co na to Booking.com?
Przeczytaj też: Klient zrezygnował z wycieczki. Stracił kasę, ale spojrzał w regulamin i… żąda od biura podróży, żeby udowodniło mu swoje straty. Ma szanse?
Przewoźnik oddaje pieniądze, a bank…
Pani Dorota mówi, że Ryanair bardzo szybko przelał na jej konto kwotę 99,83 euro, czyli dokładnie tyle, ile kosztował jej bilet. .Jednak bank dokonał kolejnego przeliczenia kwoty na złotówki i na konto trafiło finalnie 410,99 zł (kurs przeliczenia: 4,12 zł). Innymi słowy – bank skubnął klientkę na 39,96 zł. Choć więc nie doszło do „skonsumowania” usługi, to bank stał sie beneficjentem całej sytuacji.
„Przecież chodziło o czysty przepływ gotówki za usługę, która nie została zrealizowana. To nie była zapłata za coś, to było oddanie kwoty, bo do transakcji de facto nie doszło. Dlaczego więc bank pobrał sobie prawie 40 zł?”
– pyta pani Dorota. Złożyła w tej sprawie reklamację. Jej zdaniem bank nie miał prawa zarabiać dodatkowych pieniędzy. Nie jest kantorem wymiany walut. A to nie była transakcja sprzedaży czegokolwiek, tylko zwrot pieniędzy. Zdaniem czytelniczki taka transakcja nie powinna generować zarobku na wymianie walut.
Cóż, prawda jest taka, że bank jak najbardziej może być kantorem wymiany walut. W większości oddziałów wywieszone są tabele kursowe. Można kupić i sprzedać walutę w gotówce. Banki mają też specjalne tabele kursowe, po których przeliczane są transakcje dokonane kartami za granicą czy wypłaty z bankomatów.
Przeczytaj też: Czytelnik na wojnie ze złodziejami pieniędzy. Chciał szybko „zastrzec” PESEL, ale dowiedział się, że… te młyny wolno mielą. Sprawdzamy!
Bank jak kantor, nawet jeśli nic nie kupujesz
Nie zmienia to faktu, że klientka miała prawo się wkurzyć. Każdy w podobnej sytuacji poczułby się niesprawiedliwie potraktowany. Inna sprawa, że ta „kantorowa” natura banku mogłaby w określonych okolicznościach przynieść korzyść nie tylko bankowi. Gdyby w momencie zwrotu pieniędzy kurs euro był znacznie wyższy niż w momencie płacenia kartą za bilet, to przy zwrocie mogłaby dostać więcej pieniędzy, niż pierwotnie wydała.
Przeczytaj też: Swoje dane znalazła w banku, któremu ich… nigdy nie przekazała. RODO kontra brutalna rzeczywistość bankowego biznesu
W Banku Millennium pokazują regulamin korzystania z usług i produktów. A w nim zapis, zgodnie z którym „przyczyną żądania zwrotu nie mogą być przeliczenia walutowe”. Skoro klientka robiła zakupy w obcej walucie polską kartą, to musi się liczyć z kosztami przewalutowań niezależnie od tego czy transakcja dotyczy zakupu, czy zwrotu.
Jeśli płacimy polską kartą za bilet w euro, to polski bank, nim udostępni linii lotniczej kasę, dokona przeliczenia ze złotych na euro (i przy okazji uszczknie trochę na spreadzie). Jeśli linia lotnicza zwraca polskiemu klientowi euro, to bank, nim udostępni klientowi złotówki, dokona takiego samego przeliczenia, tylko w drugą stronę. Klient niestety nie ma żadnego wpływu na to, w jaki sposób bank ustala kursy walut, po jakich przelicza transakcje.
Pani Dorota podkreśla, że w tej sprawie nie chodzi jej o pieniądze, a raczej o poczucie niesprawiedliwości. Ale mam dla niej dobrą wiadomość. Bank Millennium zapewnił mnie:
„Co do zasady, w sytuacjach reklamacyjnych, kiedy następuje zwrot transakcji walutowej z inicjatywy usługodawcy, staramy się podchodzi indywidualnie do takich sytuacji i zwracamy klientom różnice kursowe”
Jak uniknąć takich problemów? Płacić za bilety – i w ogóle za wszystkie zagraniczne zakupy – kartą wyrażoną w tej samej walucie, która jest walutą „domową” sklepu. Gdyby pani Dorota płaciła Ryanairowi kartą w euro, to bank udostępniłby linii lotniczej pieniądze z konta w euro i nie byłoby żadnego przeliczenia. A Ryanair zwróciłby euro na kartę wyrażoną w euro – też bez przeliczenia.

