Donald Trump nie przestaje zaskakiwać i znów sięga po pomysł, który brzmi jak marzenie każdego wyborcy – to 5000 dolarów „dywidendy” dla każdego dorosłego Amerykanina, jeśli właściwie zagłosują. Prezydent USA przedstawia „dywidendę Trumpa” jako nagrodę za sukces jego polityki celnej. Problem w tym, że rachunek za taki prezent przekraczałby bilion dolarów, więc pieniędzy z ceł na pewno by nie wystarczyło, a budżet USA i bez tego ma dwa biliony dolarów dziury. Ale może koncepcja dywidendy obywatelskiej miałaby okruchy sensu w… Polsce? Oto pomysł „dywidendy dla Polaka”
Propozycja Trumpa to ciekawy test na edukację ekonomiczną amerykańskiego społeczeństwa. „Darmowe pieniądze” nie są nigdy prezentem bez konsekwencji. Jeśli państwo przelewa ludziom ogromną kwotę, gospodarka dostaje nagle potężny impuls popytowy. Część pieniędzy trafi na zakupy, część na oszczędności, a część na inwestycje. Jeżeli jednak gospodarka jest w stanie równie szybko zwiększyć podaży towarów i usług, efektem może być wzrost cen. Właśnie tego – wzrostu inflacji – obawiają się ekonomiści w przypadku propozycji Trumpa.
- Kupić, wynająć, wyleasingować? Samochód coraz częściej jest usługą, a nie własnością. „Klient chce płacić ratę i mieć święty spokój” [POWERED BY BNP PARIBAS]
- Polak z bankiem na wakacjach. Czego oczekujemy od banku w czasie wypoczynku, jaka może być rola AI w planowaniu wyjazdów? [POWERED BY VISA]
- Dwa nowe ETF-y śledzące polski rynek obligacji, czyli trzecia droga dla posiadaczy kapitału inwestujących w polski dług. Komu to się opłaci i ile można zarobić? [POWERED BY PZU]
Ale nie byłby to pierwszy taki eksperyment. Stany Zjednoczone podczas pandemii wysyłały już bezpośrednie płatności gospodarstwom domowym — najpierw w 2020 roku 1200 dolarów, później po 600 i 1400 dolarów. Ekonomiści do dziś analizują, w jakim stopniu te transfery przyczyniły się do późniejszej, bardzo podwyższonej inflacji. Teraz Trump proponuje kwotę znacznie większą, mimo że dług Ameryki przekroczył właśnie 40 bilionów dolarów, a już jedną piątą dochodów z podatków rząd przeznacza na spłatę samych odsetek.
Pandemia była sytuacją, w której państwo próbowało ratować dochody w gospodarce znajdującej się w szoku. Dzisiaj chce przekazać ogromną kwotę nie po to, żeby zastąpić utracone dochody milionów ludzi, lecz jako „dywidendę” z polityki celnej. Wpływy z ceł uważa bowiem za jeden ze swoich sukcesów gospodarczych. Wpływy z ceł wyniosły tylko w 2025 roku 287 mld dolarów, ale 166 mld dolarów z tego rząd musi zwrócić firmom, bo Sąd Najwyższy uznał cła za wprowadzone bez właściwej podstawy prawnej.
Trump chce wypłacić po 5000 dolarów. Ale pieniądze z helikoptera nie są za darmo
Mechanizm „helicopter money” opisał bardzo szczegółowo w artykule na platformie Brookings były szef Fed Ben Bernanke. Na pierwszy rzut oka: same korzyści. Ludzie mają więcej pieniędzy, mogą więcej kupować, spłacić część długów albo zwiększyć oszczędności. Firmy widzą większy popyt, więc powinny więcej produkować i zatrudniać. Problem jest wtedy, gdy pieniądze „zrzucane” są szybciej niż możliwości gospodarki na ich wchłonięcie. I to tego obawia się część ekonomistów w przypadku pomysłu Donalda Trumpa.
Amerykański prezydent mówi o kwocie 5000 dolarów dla każdego dorosłego obywatela, czyli programie kosztującym ponad bilion dolarów. Jeżeli znaczna część tej kwoty zostałaby wydana na konsumpcję, gospodarka dostałaby potężny impuls popytowy. Jednak amerykańska gospodarka nie potrzebuje wsparcia, dynamika PKB jest przyzwoita, a rynek pracy wciąż dosyć mocny. Problemem nie jest też brak pieniędzy w gospodarstwach domowych. Sytuacja jest zupełnie inna niż np. w latach pandemicznego załamania 2020-2021.
Prawdopodobnie amerykański bank centralny musiałby zareagować podwyżką stóp procentowych. W efekcie część korzyści z rządowego przelewu może zostać zneutralizowana przez droższy kredyt. Ostateczny rachunek zawierałby więc: wzrost inflacji, wyższe stopy procentowe, większy dług publiczny i wyższe podatki na jego spłatę.
Oczywiście: nie każdy program przekazywania transferów do gospodarstw domowych prowadzi od razu do wysokiej inflacji. Liczy się moment, skala i sposób finansowania programu. Jeżeli gospodarka jest w głębokiej recesji, ludzie tracą pracę, a firmy mają niewykorzystane moce produkcyjne – tak było w czasie pandemii – to dodatkowy popyt może przywracać produkcję, ale nie będzie podnosił cen. Teraz jednak tak nie jest.
Dlatego jest aż dziwne, że na pomysł Trumpa, żeby wypłacić każdemu po 5000 dolarów nie zareagowały tradycyjne antyinflacyjne aktywa, których nie da się w ten sposób „dodrukować”, żeby je rozdać ludziom – złoto i bitcoin. To najlepszy dowód na to, że wśród ludzi, którzy mają pojęcie o gospodarce, obietnica Trumpa została uznana za żart. Pytanie czy wyborcy też tak uważają.
ZOBACZ TEŻ TO:
Przelewy do ludzi? Ameryka już to testowała w latach 2020-2021
Ekonomiści ośrodka Brookings przeanalizowali trzy rundy przelewów, które amerykański rząd wysłał do obywateli pomiędzy marcem 2020 roku a kwietniem 2021 roku. Transfery były znacznie większe niż podobne płatności dokonane kiedykolwiek w przeszłości. Wyniosły łącznie ponad 800 miliardów dolarów. Pieniądze zostały rozdzielone na wszystkie gospodarstwa domowe.
W marcu 2020 roku poszło 1200 dolarów dla każdej osoby dorosłej i dodatkowo po 500 dolarów dla każdego dziecka poniżej 17 roku życia. Druga runda – w styczniu 2021 roku – dała 600 dolarów na każdą osobę dorosłą i dodatkowo 600 dolarów na dziecko. A ostatnia runda – w marcu 2021 roku – to była kwota 1400 dolarów na osobę dorosłą i kolejne 1400 dolarów na każde dziecko. Przez około rok program nazwany EIP (Economic Impact Payment) zapewniał równowartość ponad 125% mediany miesięcznego dochodu dla czteroosobowego gospodarstwa domowego.
Co się działo z tymi pieniędzmi? Na grafice widać odsetek gospodarstw domowych, które wydawały pieniądze z programu w ciągu siedmiu dni od ich wypłaty, w podziale na grupy dochodowe. Grupa o najniższych dochodach (poniżej 35 000 dolarów rocznie – fioletowa linia) wydawała od razu połowę pieniędzy, głównie na bieżące potrzeby. Z kolei w grupie o najwyższych dochodach (powyżej 150 000 dolarów – jasnoniebieska linia) wskaźnik ten rzadko przekraczał 10%, i nie dominowały wydatki bieżące. Grafika pokazuje wpływ kolejnych fal wsparcia (EIP 1, EIP 2, EIP 3).

Dla gospodarstw o niskich dochodach EIP miało charakter czysto egzystencjalny (służyło do pokrycia natychmiastowych kosztów życia, takich jak żywność, rachunki czy czynsz), podczas gdy zamożniejsze gospodarstwa domowe w większym stopniu przeznaczały te środki na oszczędności lub spłatę długu. Program EIP został oceniony przez wielu ekonomistów jako „majstersztyk logistyczny” (pieniądze były wypłacane błyskawicznie, trzecia transza trafiła na konta ludzi już w dzień po podpisaniu ustawy przez prezydenta).
Jednak okazało się, że program miał luki strukturalne. Część najuboższych obywateli nie dostała pieniędzy, bo nie składali zeznań podatkowych (40% osób nieodprowadzających podatków – ze względu na niskie dochody – nie dostało EIP) lub nie posiadali konta bankowego (50% najuboższych bez EIP nie miało konta w banku).
Wysyłanie czeków do obywateli: czy to się Ameryce opłaciło?
Poza skutkami społecznymi były też skutki makroekonomiczne. Wiosną 2020 roku gospodarka w USA, podobnie jak w innych krajach, została zatrzymana przez lockdowny, bezrobocie w ciągu dwóch miesięcy skoczyło z 3,5 do 14,8%, a miliony Amerykanów z dnia na dzień straciły część dochodów. Celem czeków nie było więc tylko pobudzenie konsumpcji w normalnie działającej gospodarce, lecz dostarczenie gospodarstwom domowym pieniędzy w sytuacji wyjątkowego szoku.
Z analizy Fed z Dallas wynika ewolucja zachowań konsumentów. O ile pierwsza runda zasiłków z wiosny 2020 roku w niemal trzech czwartych (73%) trafiła bezpośrednio na rynek w postaci bieżących zakupów, ratując gospodarkę przed zapaścią, o tyle kolejne czeki z 2021 roku pełniły już zupełnie inną funkcję. Ponad 52% odbiorców drugiej i trzeciej transzy spłacało zaległe długi, a co czwarty przeznaczył je na oszczędności. Pierwsza runda miała charakter ratunkowy, kolejne służyły do odbudowy stabilności finansowej.
Ciekawy jest wykres tej analizy pokazujący wpływ transferów rządowych na stopę oszczędności w USA. Grafika przedstawia udział wszystkich transferów socjalnych (pomarańczowa linia) oraz samych czeków stymulacyjnych EIP (czerwona linia) w dochodzie do dyspozycji Amerykanów, a także ich bezpośrednie przełożenie na stopę oszczędności (niebieska linia). W szczytowym momencie pierwszej rundy (w kwietniu 2020 roku) stopa oszczędności osiągnęła rekordowego poziomu 33,7%, niespotykanego w historii pomiarów.
Był to efekt nałożenia dwóch czynników: z jednej strony gigantycznego wsparcia socjalnego ze strony państwa (pomarańczowa linia), a z drugiej — ograniczonej możliwości wydawania pieniędzy z powodu lockdownów i zamykania sektora usług. Te oszczędności przydały się Amerykanom po pandemii, kiedy masowo ruszyli do sklepów i zaczęli wreszcie korzystać ze wszystkich zamkniętych w trakcie pandemii usług. To zresztą przyczyniło się do powstania presji popytowej, która miała wpływ na wzrost inflacji po pandemii.

5000 zł dla każdego Polaka. Ile kosztowałby taki pomysł? A może… prawdziwa „dywidenda”?
A gdyby polski rząd postanowił skopiować pomysł Trumpa i ogłosił, że każdy dorosły Polak dostaje jednorazowo 5000 zł „dywidendy” za to, że polska gospodarka rozwija się najszybciej w Europie? Gdyby przyjąć, że każdy z 30,7 mln dorosłych Polaków otrzyma 5000 zł, ogólny koszt wyniósłby ok. 153,5 mld zł. To byłaby suma porównywalna z najwyższymi pozycjami polskiego budżetu. Byłoby to wpompowanie do gospodarki w krótkim czasie dodatkowej kwoty odpowiadającej kilku procentom rocznego PKB.
Jeżeli sklepy, firmy budowlane, restauracje, deweloperzy czy producenci aut mogliby szybko zwiększyć sprzedaż, część dodatkowego popytu przełożyłaby się na większą produkcję. Jeżeli jednak przedsiębiorstwa już działają blisko swoich możliwości, a pracowników i mocy produkcyjnych brakuje, dodatkowe pieniądze „wyprodukowałyby” inflację. W skrajnym scenariuszu państwo najpierw zwiększyłoby dochody gospodarstw domowych poprzez jednorazową wypłatę, a później bank centralny próbowałby schładzać gospodarkę, aby ograniczyć jej inflacyjne skutki.
Jest jeszcze druga strona tego rachunku: kto sfinansowałby 153,5 mld zł? Jeżeli pieniądze pochodziłyby z dodatkowego długu, państwo musiałoby wyemitować więcej obligacji, a więc zwiększyć przyszłe koszty obsługi zadłużenia. Jeżeli finansowanie pochodziłoby z wyższych podatków, część efektu zostałaby zneutralizowana – ludzie dostaliby do ręki pieniądze, a potem wyższy rachunek z urzędu skarbowego.
A gdyby wypłacać Polakom 20% „dywidendy” od wzrostu gospodarczego? Polskie PKB – czyli wartość tego wszystkiego, co tworzymy w skali roku – to ok. 4 bln zł rocznie. W tym roku wzrost tej kwoty wyniesie nominalnie ok. 7-8%, ale połowa z tego to będzie „zasługa” inflacji. Realny wzrost PKB to ok. 4%. A więc w wartościach nominalnych 160 mld zł. Mniej więcej 5300 zł na dorosłego Polaka. Ale dywidenda to zwykle tylko część zysku w firmach, wypłacenie 20% tego wspólnie wypracowanego wzrostu do kieszeni Polaków dałoby 1000 zł na osobę. Tyle tylko, że ta „dywidenda” już jest nam wypłacana w wydatkach socjalnych, które pochłaniają 120 mld zł rocznie.
Jest jeden pomysł na „dywidendę dla Polaków”, który byłby rozsądny i kształcący. I mógłby nas nauczyć tego, że posiadanie udziału w firmach oznacza coroczną „nagrodę” w postaci udziału w tych zyskach. Wielu Polaków nie rozumie tej zasady i obawia się inwestowania oszczędności, przez co 1,5 bln zł leży w bankach, choć setki miliardów z tej kwoty mogłyby pracować na rynku kapitałowym. Może by więc wypłacać Polakom co roku pieniądze, które państwa – w imieniu wszystkich nas, jako jego „udziałowców” – inkasuje z dywidend od spółek, w których ma akcje? Mówimy o dywidendach od takich spółek jak Orlen, KGHM, PZU, Bank Pekao, PKO BP…
Ponad 75% obrotów na warszawskiej giełdzie akcji generuje kapitał zagraniczny. To znaczy, że to amerykańskie fundusze inwestycyjne i emerytalne, różne „goldman sachsy” i „jp morgany” skorzystały z podwojenia się wartości rynkowej największych polskich firm w ciągu trzech ostatnich lat. Jest to niewąski skandal.

Gdyby przeciętny Polak dostał taką „mannę z nieba” w postaci swojego udziału w zyskach generowanych przez polskie firmy należące w części do państwa, to może zapragnąłby też dywidend od spółek prywatnych? Może zainteresowałby się inwestowaniem pieniędzy i chciałby kiedyś po prostu żyć z tych dywidend? I może dzięki praktycznemu zrozumieniu słowa „dywidenda” zrozumiałby, że rynek kapitałowy to nie jest „czarna dziura”, ani maszyna losująca. Że wielkie zyski spółek, których jesteśmy klientami, pozwalają zarabiać pieniądze.
Jest tylko jedno „ale”. Tak samo, jak Trump niewiele pieniędzy – w porównaniu z tymi, które chciałby wypłacić – ma z ceł, tak i przeciętny Polak nie dostałby zbyt dużej dywidendy ze spółek posiadanych przez państwo. W zeszłym roku dochody z dywidend wyniosły 7 mld zł – wychodzi 230 zł na dorosłego Polaka. Ale mimo wszystko może warto zaryzykować i wypłacić taką jednorazową „dywidendę”, a potem zobaczyć co się stanie z naszą świadomością inwestycyjną?
5000 dolarów na głowę? Kto zapłaciłby rachunek za dywidendę Trumpa?
Kiedy przyszedłby rachunek za dywidendę Trumpa? Mógłby przyjść szybko. Jeśli szacowany koszt wypłaty 5000 dolarów dla każdego dorosłego Amerykanina wyniósłby ok. 1,25 bln dolarów, to do obecnego gigantycznego długu, który ostatnio przekroczył 40 bln dolarów, doszedłby kolejny pakiet, który trzeba by jednorazowo sfinansować. A koszt finansowania długu rośnie. Rentowności amerykańskich 10-letnich obligacji skarbowych zbliżają się już do 5%.
Według obliczeń ośrodka badań podatkowych Tax Fondation, budżet USA zebrał około 5,25 bln przychodów w 2025 roku. Wypłata dywidendy Trumpa oznaczałaby więc przekazanie do kieszeni obywateli 20% tej kwoty. Byłaby to kwota znacznie większa niż to, co USA zbierają w postaci zwiększonych ceł. Tax Fondation szacuje, że w 2024 roku z ceł pochodziło 79 mld dolarów dochodów państwa, w 2025 roku ta kwota zwiększyła się do 264 mld dolarów, a na 2027 rok wpływy z ceł prognozowane są na 125 mld dolarów netto.
Pierwotnie ludzie Trumpa chwalili się, że w tym roku podatkowym przychody z tytułu ceł w USA mają wynieść astronomiczne 400 mld dolarów. Takie szacunki były jednak podawane zanim Sąd Najwyższy orzekł, że wiele z taryf Trumpa jest niezgodnych z prawem. W ostatnich miesiącach wpływy z ceł spadły, a nawet były negatywne, ponieważ rząd federalny zwraca cła, które zostały unieważnione jako nielegalne przez Sąd Najwyższy.

Niemal natychmiast po ogłoszeniu przez Trumpa propozycji rozdawania obywatelom po 5000 dolarów, think tank opublikował specjalną analizę dotyczącą możliwości sfinansowania pakietu z wpływów celnych. Tax Fondation szacuje, że rząd federalny wygeneruje deficyt budżetowy w wysokości prawie 1,9 bln dolarów w roku podatkowym 2027. A jednorazowy program płatności zwiększyłby deficyt do prawie 3 bln dolarów, nawet przy uwzględnieniu nowych dochodów z ceł – szacuje Tax Fondation.
Według think tanku, w tym roku podatkowym, zgodnie z obecną polityką celną, pobór taryf wyniesie w USA około 125 mld dolarów, czyli znacznie mniej niż koszt propozycji czeków w wysokości 5000 dolarów. Najsilniejszym argumentem analizy jest wyliczenie, że trzeba by praktycznie prawie dekady pobierania wpływów z nowych ceł, żeby sfinansować pakiet Trumpa. Widać to na grafice poniżej. Program byłby więc w większości finansowany i tak z dodatkowego długu.

Tax Fondation uważa, że wypłata dywidendy finansowana deficytem na taką skalę zasygnalizowałaby rynkom, że USA nie podchodzą poważnie do uporządkowania finansów publicznych. Zagroziłoby to dalszym wzrostem stóp procentowych, zwiększyłoby presję inflacyjną i jeszcze pogorszyło te problemy, które próbuje „rozwiązywać” propozycja Trumpa. „Amerykanie skorzystaliby bardziej na tym, gdyby administracja Trumpa zrezygnowała z ceł” – konkluduje think-tank.
Z naszego punktu widzenia największym zagrożeniem takiego pomysłu, jak przelew po 5000 dolarów dla każdego Amerykanina, byłoby ryzyko „wyeksportowania” przez USA inflacji na cały świat. W erze gospodarczych globalnych powiązań ewentualny wybuch inflacji w jednym dużym kraju musiałby się skończyć jej wzrostem na całym świecie.
CZYTAJ TEŻ:
——————————
ZAPISZ SIĘ NA NASZE NEWSLETTERY:
>>> W każdy weekend sam Samcik podsumowuje tydzień wokół Twojego portfela. Co wydarzenia ostatnich dni oznaczają dla Twoich pieniędzy? Jakie powinieneś wyciągnąć wnioski dla oszczędności? Kliknij i się zapisz.
>>> Newsletter „Subiektywnie o Świ(e)cie i Technologiach” będziesz dostawać na swoją skrzynkę e-mail w każdy czwartek bladym świtem. Będzie to podsumowanie najważniejszych rzeczy, o których musisz wiedzieć ze świata wielkich finansów, banków centralnych, najpotężniejszych korporacji oraz nowych technologii. Kliknij i się zapisz.
————————-
Źródło zdjęcia: Lincoln Holley/Unsplash, Copilot AI





