Początek roku szkolnego to czas, gdy domowy budżet doznaje bardzo dużych naprężeń. Wyprawka szkolna to wydatek kilkuset (najmarniej) złotych, a przecież dopiero co wydaliśmy pieniądze na wakacje. Jak przeprowadzić akcję „zakup wyprawki szkolnej”, żeby się nie doprowadzić do finansowej rozpaczy? Podpowiem Wam jakimi zasadami sam staram sę kierować, choć oczywiście nie jestem ideałem i też nie zawsze mi się udaje. Mam też do „sprzedania” kilka patentów stosowanych przez moich znajomych. Warto przeczytać zanim ruszycie do sklepu na zakupy.

10 rad jak kupować wyprawkę szkolną

Podstawa każdej operacji „szkoła”, więc punkt pierwszy to ustalenie stanu magazynowego. Wbrew pozorom nigdy nie jest tak, że na nowy rok wszystko musi być kupione w sklepie. Za każdym razem przynajmniej połowę zawartości piórnika da się skompletować z zeszłorocznych pozostałości. To samo dotyczy zeszytów. Niestety, często dochodzę do tego wniosku dopiero po wydaniu pieniędzy na komplet nowych zeszytów i przyborów. Nie popełnijcie tego samego błędu.

Punkt drugi: rekonesans pola bitwy. Zanim cokolwiek kupię odwiedzam mniej więcej trzy miejsca, które podejrzewam o taniość. Dlatego moje szkolne zakupy przeważnie nie są operacją typu „blitzkrieg”, przeprowadzaną na ostatnią chwilę. Zresztą w ogóle unikam kupowania w największym szczycie zakupowym. Zdarzają się co prawda megaokazje wynikające z ogromnego popytu (sklepy mogą sobie pozwolić na niższe marże ze względu na wielokrotnie wyższy obrót), ale częściej tam gdzie jest tlok i podniecenie marketingowcy podwyższają nieco ceny.

Punkt trzeci: opracowanie listy potrzeb. Nigdy nie kupuję „na oko” albo „na spontana”. Staram się dość dokładnie policzyć ile zeszytów jakiego rodzaju będzie potrzebowało dziecko. Jeśli robię jakąś rezerwę, to nie przekracza ona jednej-dwóch sztuk. Jeśli nie mam listy, to kupuję zawsze za dużo. Dużo za dużo.

Punkt czwarty: walka o każdy grosz. Kupuję w zaprzyjaźnionym sklepiku (bo mogę negocjować ceny) bądź w dużym, ale o charakterze hurtowni (bo ceny teoretycznie najniższe). I raczej w sklepie specjalistycznym, niż w spożywczaku, który przed końcem sierpnia wyodrębnił część „szkolną”, żeby sobie dorobić (tam zwykle jest dość drogo).

Punkt piąty: duża torba. Kupuję wszystko za jednym razem, bo tylko duży zakup pozwala marzyć o jakichś rabatach (przynajmniej w małym sklepie). Mam znajomych, którzy tworzą wręcz „konsorcja zakupowe” i przychodzą do sklepu razem. Mając „potencjał” o wartości np. 500-600 zł niejednego sprzedawcę można nieco zmiękczyć.

Punkt szósty: omijanie pułapek marketingowców. Unikam kupowania wyłącznie tego, co ma na okładce bohaterów kreskówek. Nie da się ich uniknąć 100%, bo inaczej dziecko doznałoby w szkole regularnego wykluczenia społecznego :-), ale o ile w przypadku tornistra, czy piórnika trudniej mi uniknąć zakupu sprzętu z bohaterami seriali rysunkowych (choć od dłuższego czasu prowadzę w domu akcję edukacyjną mającą na celu znieczulenie gnomów na inwazję marketingową najbardziej niebezpiecznych marek), o tyle w przypadku zeszytów idę „po taniości” i nie płacę za okładkę.

Punkt siódmy: sprawdzenie banku. Nie, nie po to, żeby wziąć tam kredyt na wyprawkę, ale po to, żeby ustalić czy za płacenie kartą nie będę miał gdzieś dużego rabatu. Banki w większości mają swoje programy rabatowe i za zakup w określonej sieci przyznają zniżki.

Punkt ósmy: sprawdzenie opcji „wymienić punkty za zakupy”. Szkolne wydatki to ten moment, w którym warto wyciągnąć z rękawa jokera w postaci punktów zebranych przez cały rok w jakimś programie lojalnościowym. Mam znajomych, którzy po zakupach paliwa w wybranej sieci zebrali przez rok tyle punktów, że potem zaoszczędzili 40 zł na zakupach szkolnych. Jeśli zbierasz jakieś punkty, to sprawdź czy da się je wymienić na „szkolne” nagrody.

Punkt dziewiąty: przygotowanie artyleryjskie do zakupu podręczników. Zeszyty i przybory to jedno, a podręczniki to drugie. Część z Was dostanie darmowe podręczniki od rządu, ale pozostali są skazani na wydanie fury kasy, częściowo bez sensu. Wydawnictwa żyjące ze sprzedaży podręczników to goście spod ciemnej gwiazdy – w zeszłym roku moje dziecko miało w ramach jednego przedmiotu podręcznik i trzy zeszyty ćwiczeń. Używało jednego. Dlatego warto – wspólnie z innymi rodzicami – poprosić nauczycieli, żeby powiedzieli szczerze: które książki będą potrzebne często, które czasami (można skserować, zeskanować, pożyczyć od starszych roczników), a które w ogóle.

Punkt dziesiąty: żelazna konsekwencja. Wyznacz sobie ile kasy możesz lub chcesz wydać na szkolne potrzeby dzieci i staraj się nie przekroczyć limitów. Tylko tyle i aż tyle. Miłych zakupów 😉

Szkolna polisa dla twojego dziecka: jak uniknąć zakupu taniego badziewia?

Początek szkoły: doskonały moment na początek uczenia dziecka oszczędności!

Wciągnij dziecko i oszczędzajcie razem. Stosunkowo duże pole do oszczędności jest przy zakupach przyborów szkolnych. Generalnie masz do wyboru rzeczy markowe – z nadrukami z kultowych kreskówek, seriali lub bohaterów „młodzieżowych” i dwa razy tańsze rzeczy „no-name”. Jeśli kupisz dziecku te tańsze, oczywiście znienawidzi cię do końca życia. Ale możesz wykorzystać ten moment do wciągnięcia małolata do oszczędzania. Idźcie do sklepu razem i umówcie się, że dostanie procent od wartości pieniędzy, które razem zaoszczędzicie, nie kupując przyborów i akcesoriów, w których 70% ceny stanowi nadruk.

Początek roku szkolnego jest świetnym momentem do tego, żeby zacząć uczyć dziecko oszczędzania – np. zacznij wypłacać oseskowi kieszonkowe. O tym jak się za to zabrać, jakie metody stosować, jak motywować dziecko do oszczędzania i jak bawić się w bank, pisałem tutaj

Proponowałbym ci również – w ramach postanowień szkolnych – od września odkładać jakieś pieniądze na fundusz, z którego będziesz mógł kiedyś pomóc dziecku realizować jego marzenia. Kwota nie ma znaczenia, liczy się systematyczność. Te pieniądze, prędzej czy później, ci się przydadzą. A to, że nie wydasz ich na codzienne wydatki, jest wartością samą w sobie.

Więcej o najcenniejszych prezentach, jakie możesz dać dziecku, pisałem tutaj

Jeśli musisz się zadłużyć, żeby kupić wyprawkę szkolną, to zrób to z głową. Czyli tak

Musisz się zadłużyć? Zrób to zimno. I na krótko. Jeśli twój wrześniowy budżet jest z powodu szkolnych wydatków „pod wodą”, nie masz wyjścia – trzeba pożyczyć trochę grosza. Podstawowe założenie: to musi być dług jak najtańszy i taki, który będziesz w stanie spłacić jak najszybciej – najlepiej w ciągu dwóch miesięcy. Jeśli nie wyjdziesz na prostą przed Bożym Narodzeniem, kiedy następuje kolejne skupienie wydatków, to możesz wpaść w pętlę długów, z której będzie się już bardzo trudno wyplątać. Pożyczając pieniądze na wyprawkę szkolną, pamiętaj:

a) Nie pożyczaj ani grosza więcej, niż wychodzi ci z listy potrzeb. Bankowcy będą zachęcać cię, żebyś pożyczył więcej, bo tak jest „bezpieczniej” i lepiej mieć „górkę”. G… prawda. Im większy dług, tym większe odsetki i tym trudniej go będzie spłacić.

b) Zanim pójdziesz po kredyt, zrób listę dodatkowych dochodów, które możesz w przyszłości osiągnąć. Premie, dodatkowe „fuchy”, pieniądze, które mógłbyś zarobić pracując wydajniej. Najlepiej, gdyby wartość kredytu nie przekraczała wartości tych dodatkowych dochodów. Innymi słowy: by ten dług miał „pokrycie” w przyszłych ekstra-pieniądzach, które możesz zarobić.

c) Nie bierz pożyczki, której nie będziesz mógł spłacić wcześniej, niż przewiduje umowa z bankiem (bankowcy lubią odcinać możliwość wcześniejszej spłaty, bo im dłużej płacisz raty, tym więcej na tym zarabiają)

d) Porównuj RRSO (czyli Rzeczywistą Roczną Stopą Oprocentowania). Odzwierciedla ona koszt długu w skali roku, po uwzględnieniu dodatkowych obciążeń, np. prowizji za udzielenie kredytu. Nie idź do firm chwilówkowych (nawet jeśli mówią, że pierwsza pożyczka jest gratis!), ani tam, gdzie RRSO przekracza 25% w skali roku. Zacznij od swojego banku i zwykłego kredytu odnawialnego w koncie, który często jest najtańszym pieniądzem. Tańsza – paradoksalnie – bywa tylko karta kredytowa (jej maksymalne oprocentowanie to 16% w skali roku), ale tylko pod warunkiem, że twój cash-flow rokuje na tyle dobrze, że będziesz w stanie spłacić kartę w całości w ciągu dwóch miesięcy.