Im bardziej przyglądam się globalnej ekspansji Ubera, tym bardziej się zastanawiam: czy to będzie najbardziej spektakularny pokaz siły nowych zasad ekonomii – tzw. ekonomii współdzielenia – czy gigantyczna klęska. Zaczęło się od aplikacji, która łączy ludzi mających samochód i trochę czasu z tymi, którzy potrzebują gdzieś pojechać i chcą zapłacić mniej, niż za podróż taksówką. Uber najpierw mnie oczarował (zamawianie samochodu z aplikacji, przypinanie karty przez jej fotografowanie, płacenie bez nawet jednego kliknięcia). Potem mnie zniechęcił (zamiast ludzi wożących dla przyjemności są wyzyskiwani kierowcy, automaty-niewolnicy aplikacji), a ostatnio znów zaciekawił (o ile naśladowanie taksówek już nikogo nie podnieca, to usługi takie jak UberPool – czyli przejazdy łączone – rzeczywiście mogą rozwalić system).

Czytaj też: Uber był u mnie prawie skończony. Ale zrobił… to

Uber zaczął działać w 2010 r., ale nie przyniósł jeszcze ani dolara zysku. Przeciwnie: przepala pieniądze w tempie iście kosmicznym. Jego szefowie ujawnili właśnie Bloombergowi dane dotyczące 2016 r., z których wynika, że firma miała w tym czasie 3,8 mld dolarów straty. W ciągu siedmiu lat istnienia skumulowane straty sięgnęły już 8 mld dolarów. Albo coś jest nie tak z ekonomią współdzielenia (czyli na udostępnianiu ludziom możliwości wzajemnego dzielenia się zasobami niekoniecznie zarabia się tak dobrze jak na sprzedawaniu im dóbr i usług), albo ekonomia współdzielenia nie jest tak skalowalna jak wygląda na pierwszy rzut oka (czyli to co działa na poziomie gminy nie będzie zarabiało pieniędzy na poziomie kontynentu), albo Uber zwyczajnie przeinwestował.

Uber ostatnio nie ma dobrej passy. Jest wyrzucany przez rządy z niektórych krajów, do których wszedł niszcząc biznes taksówkowy (zarzut – wożenie ludzi bez uprawnień). W Europie ma problem w Niemczech, we Włoszech, w Skandynawii. Z Chin firma musiała się wycofać ponosząc miliard dolarów straty. W Polsce też już słychać, że rząd może napisać prawo, które obejmie kierowców Ubera koniecznością posiadania licencji. Są doniesienia, że coraz bardziej nie fair Uber zachowuje się też względem swoich kierowców. A testy samochodów autonomicznych, które w ogóle nie potrzebowałyby ani kierowców, ani licencji, na razie się nie powiodły.

Czytaj też: Uber pokazał jak można ludzi zdalnie „zachęcać” do pracy

Z tego co powiedzieli Bloombergowi przedstawiciele Ubera wynika, że od strony przychodów ich biznes wygląda nieźle. W 2015 r. firma wynonała przewozy za 10 mld dolarów, w zeszłym już za 20 mld „zielonych”. W samym tylko ostatnim kwartale zeszłego roku rachunki zapłacone przez klientów za przewozy wyniosły prawie 7 mld „zielonych”). Przychody netto, czyli ta część pieniędzy płaconych za przewozy, która trafia do Ubera, sięgnęły w 2016 r. wartości 6,5 mld dolarów, z czego prawie połowa w ostatnim kwartale (w całym 2015 r. wyniosły tylko 1,5 mld dolarów).

Więcej o wynikach Ubera: czytaj w Bloombergu

Jak to możliwe, że firma co kwartał traci miliard dolarów? Gdyby odjąć biznes w Chinach, który latem 2016 r. Uber sprzedał i już do niego nie dopłaca, to całoroczne straty wyniosłyby „tylko” 2,8 mld dolarów. Ale, przykładowo, w ostatnim kwartale zeszłego roku firma miała 990 mln dolarów czystej straty. To jest masakra. A do tego dochodzą nie wliczone w bilans koszty wynagrodzeń pracowników (nie kierowców, tylko menedżerów Ubera zarządzających działalnością w poszczególnych krajach), koszty inwestycji w nieruchomości i inne drobiazgi. Aha, w krajach, w których działa już UberPool firma wlicza do przychodów całość rachunków klientów, a nie tylko „swoją” część (pewnie ze względu na różne kwoty wnoszone przez poszczególnych pasażerów, „dosiadających się” w różnych miejscach).  Ten myk księgowy odpowiada za bardzo szybkie tempo wzrostu przychodów firmy w ostatnim kwartale 2016 r.  A gdy Uber urealni te przychody, to będzie bolało.

Działająca w 75 krajach korporacja prawdopodobnie ma przed sobą decydujący rok. Jeśli przy 20 mld dolarów zapłaconych przez klientów (i 7 mld dolarów, które trafiły z tego tytułu do kieszeni Ubera) firma ma miliard kwartalnie straty netto to pytanie brzmi: ile trzeba mieć przychodów, żeby przestać tracić pieniądze? Technologia służąca do zarządzania ruchem (rzeczywiście, w Uberze jest ona perfekcyjna) oraz zbierająca informacje o klientach i kierowcach jest bardzo droga. Być może zabija też konieczność utrzymywania dużo niższych cen od taryf taksówkarzy? Może koszty początkowe wchodzenia do nowych krajów powodują, że Uber wszystko co zarobi w jednym miejscu natychmiast „traci” na wchodzenie do innego?

Nie wiem jaki oni w tym Uberze mają pomysł na biznes, ale mam przeczucie, że albo zacznie on przynosić efekty w tym roku, albo Uber pójdzie na dno. Rozmówcy Bloomberga, recenzujący ujawnione wyniki finansowe Ubera, słusznie zauważają, że różnych mieliśmy „rozwalaczy”, ale nawet Amazon w swoich najbardziej kosztownych latach nie tracił pieniędzy w takim tempie, jak Uber. Czy to może zarabiać pieniądze? Wiele zależy od tego jak bardzo władze różnych państw utrudnią mu działanie w „tradycyjnym” modelu przewozów parataksówkowych oraz w jakim tempie będzie w stanie zarabiać pieniądze na teoretycznie bardziej rentownych usługach UberPool. Oj, ciekawie to wszystko się zapowiada. Spieszcie się kochać Ubera… bo coś go uwiera.

Share This

Zapisz się na mój newsletter!

 

W prezencie otrzymasz:

- Wstęp na e-spotkania, na których odpowiem na Twoje pytania

- Pakiet e-booków z praktycznymi poradami finansowymi

- Dostęp do dokumentów ułatwiających walkę o Twoje prawa (wkrótce)

Gratulacje! Jesteś zapisany!