Polska znalazła się w nie lada kłopocie. Zbyt szybko rośnie nam dług publiczny, a roczne dziury budżetowe dwukrotnie przekraczają dopuszczalne unijne poziomy – są rekordowe w naszej 35-letniej historii. Znaleźliśmy się w unijnej procedurze dotyczącej redukcji nadmiernego deficytu, a przed nami niebagatelne wydatki na zbrojenia. Największym zadaniem rządzących – niezależnie od tego, kto weźmie władzę w najbliższych latach – będzie wyprowadzenie nas z tego korkociągu. Czy da się to zrobić w miarę bezboleśnie? Jest pewien sposób
Inwazja Rosji na Ukrainę w 2022 r. wywołała nie tylko ogromne turbulencje na rynkach i w wielu gospodarkach, w tym – naszej, ale zmusiła bezpośrednich sąsiadów Rosji do ponoszenia bardzo dużych wydatków na obronność. Pieniądze, które mogłyby pójść na rozwój gospodarki czy potrzeb konsumpcyjnych społeczeństwa, muszą iść na zakupy uzbrojenia i wojsko. Czy tego chcemy, czy nie, wydatki na potrzeby militarne pozostaną z nami na dłużej i trwale obciążą nasze finanse publiczne.
- Tak Duńczycy przygotowują się na kryzys? Bank centralny wydał nowe zalecenie dotyczące form płatności w sklepach [POWERED BY EURONET]
- Przesiadka na mniejszego konia da zarobić? Akcje polskich małych i średnich spółek mogą przejąć pałeczkę hossy od gigantów [POWERED BY UNIQA TFI]
- Jest nowy ETF oparty na polskich indeksach akcji! I to… dwóch naraz! Czy to ma sens? TFI PZU chce ściągnąć polskie pieniądze na polską giełdę [POWERED BY PZU]
A te nie są w najlepszym stanie, bo dochodzimy już do limitu zadłużenia przewidzianego w konstytucji, a roczne deficyty budżetowe znacznie przekraczają dozwolone regułami unijnymi zasady. Unia Europejska dopuszcza roczny deficyt finansów publicznych maksymalnie na poziomie 3% PKB, tymczasem Polska radośnie eksploruje dziury budżetowe na poziomach dwa razy wyższych (w tym roku 6,6% PKB). W ciągu dwóch lat (2024-2025) łączna dziura państwowych budżetów jest zaplanowana na 500 mld zł. Zaś nasze zadłużenie właśnie przebiło 2 bln zł.
Dziura w budżecie po czterech miesiącach tego roku wyniosła już ponad 91,4 mld zł, czyli 32% całorocznego planu. Problemem budżetu jest to, że dochody nie rosną wystarczająco szybko, za to wydatki – i owszem, rosną dynamicznie. Potrzeb zawsze znajdzie się sporo. Pierwsze 4 miesiące tego roku przyniosły dochody na poziomie 176,4 mld zł (to o 37,7 mld zł, czyli 17,6% mniej niż rok temu o tej porze). Tak słaby wynik dochodów wynika w dużej części z dużego spadku dochodów z podatków (aż o 18,5% rok do roku), a przede wszystkim – z PIT (o 47,7 mld zł mniej niż rok wcześniej). Z kolei wydatki poszybowały do poziomu 267,8 mld zł (to o 13,8 mld zł, czyli o 5,4% więcej niż rok wcześniej).
Mamy w państwowym budżecie wysokie wydatki socjalne, za to system podatkowy jest dziurawy i niesprawiedliwy. Z drugiej strony musimy wydawać setki miliardów złotych na infrastrukturę (np. szybką kolej i megalotnisko) oraz na rewolucję energetyczną. Ekonomiści spierają się: czy będziemy musieli zaciskać pasa, żeby zderzyć się ze ścianą długu? Czy alternatywą dla oszczędzania jest bankructwo? Część analityków i ekonomistów uważa, że jest… trzecia droga.
Czekają nas wielkie greckie wakacje czy greckie kłopoty?
Mimo że Grecja kojarzy nam się z wakacjami, to perspektywa podzielenia finansowego losu Grecji nie jest najpiękniejsza. Po wielkim kryzysie finansowym z lat 2008-2009 nadmierne wydatki budżetowe i tolerowanie rosnącego lawinowo zadłużenia doprowadziło ten raj do faktycznego bankructwa. Tylko fakt, że Grecja należy do strefy euro, uratowało ją od poważniejszych konsekwencji. Ale i tak nie było w Grecji wesoło – standard życia ludzi po kryzysie mocno się obniżył po realizacji drakońskiego planu oszczędności narzuconego przez wierzycieli.
Cięcie inwestycji, wydatków budżetowych i redukcja konsumpcji (mniej pieniędzy w kieszeniach obywateli) doprowadziła do dużego spadku PKB. Grecji udało się za to zniszczyć dziurę budżetową i poprawić wskaźnik zadłużenia. Przed krajem jeszcze jednak bardzo długa droga, zanim dług spadnie do średnich unijnych poziomów. Gdyby Grecja była poza strefą euro, to przy swoim poziomie zadłużenia nie byłaby w stanie spłacać nawet odsetek od swojego długu, jak np. Argentyna.
Niestety wniosków z problemów Grecji nie wyciągnęły dwie wielkie gospodarki europejskie – włoska i francuska, które wciąż powiększają swoje roczne deficyty budżetowe i poziomy zadłużenia. Liczą chyba na to, że są „zbyt duzi, by upaść”. Polska jest co prawda na razie poniżej wymaganego przez regulacje unijne poziomu 60% długu do rocznej wartości generowanego w kraju PKB, ale nasz dług rośnie szybko i w ciągu dwóch lat przekroczymy tę granicę.

Wydajemy dużo na transfery socjalne. Czy to się opłaca?
Samozadowolenie budżetowe Włoch i Francji nie powinno nas zmylić. Zarówno rządy włoski, jak i francuski szumnie deklarują, że planują oszczędności. Niestety, nie jest to obecnie możliwe, bo społeczeństwa tego nie chcą zaakceptować. Pokazuje to przykład Francji, w której po ostatnich wyborach parlamentarnych premier Michel Barnier po złożeniu propozycji nieco oszczędniejszego budżetu na 2025 r. został pozbawiony stanowiska przez zgodnie działającą lewą i prawą stronę francuskiego parlamentu.
Francja jest jednocześnie europejskim liderem wśród krajów z największym udziałem wydatków społecznych i socjalnych w relacji do PKB. W 2023 r. ta część wydatków pochłonęła nad Sekwaną aż 31,3% PKB wypracowanego w tym kraju. Kolejny lider to Finlandia, w której ten sektor to 31,2% PKB. Bardzo wysokie wydatki na politykę społeczną mają Austria, Niemcy, Belgia, Włochy, Dania i Szwecja (ze wskaźnikami 27-30% PKB). Na drugim końcu skali znalazły się takie kraje jak Irlandia (12,0%) i Malta (13,2%).
Mimo że Polska jest daleko od europejskich liderów wydawania pieniędzy na świadczenia socjalne, to pozwoliła sobie w ostatnim czasie na bardzo duży ich wzrost, w którym była wręcz wiceliderem. Wzrost wydatków społecznych wyniósł u nas aż 1,4 pkt proc. PKB. Za to we Francji i Włoszech dynamika tych wydatków była jednak ujemna. Wielkich reform podatkowych co prawda w tych krajach nie widać, ale drobnymi kroczkami próbują one jednak nieco ograniczać swoje dotychczasowe… hulaszcze przyzwyczajenia

Wydatki na cele społeczne to oczywiście bardzo duże obciążenie dla finansów państwa, ale mają też dobre strony – zmniejszają ubóstwo. Jak podaje w najnowszych danych Eurostat, w 2024 r. w Unii Europejskiej było ok. 93,3 mln osób zagrożonych ubóstwem lub wykluczeniem społecznym, co stanowiło 21% populacji. To bardzo dużo, biorąc pod uwagę, że jesteśmy najbogatszym obszarem świata.
AROPE, czyli wskaźnik ubóstwa, znacznie się różni w poszczególnych krajach Unii Europejskiej. Najwyższy jest w Bułgarii (30,3%) i Rumunii (27,9%), ale zaraz potem jest Grecja, która liże rany po kryzysie zadłużeniowym (26,9%). Na przeciwległym biegunie są Holandia, Słowenia, Czechy i… Polska. Wszystkie kraje z poziomem 16% lub niższym. Polska znalazła się w grupie krajów o najniższym odsetku osób zagrożonych ubóstwem, wśród takich tuzów jak Holandia czy kraje skandynawskie. To druga strona wysokich wydatków socjalnych.

Zbyt szybko rośnie nam dług publiczny!
Jaki jest stan finansów publicznych w Polsce obecnie? Od wielu lat ekonomiści alarmują, że jednym z największych problemów jest brak przejrzystości finansów publicznych, bo obraz zaburzają fundusze poza- i parabudżetowe. Przez to nawet nie wiadomo dokładnie, jaki jest polski dług publiczny. Wydatki w ramach tej pozabudżetowej części finansów publicznych nie są ujęte w ustawie budżetowej uchwalanej w Sejmie, a generują coraz większą część zadłużenia gwarantowanego przez polskie państwo.
O filarach polskiego budżetu opowiadałem tu:
O pierwszym budżecie obecnego rządu na 2025 r. pisał Maciek Samcik tu: Dziura, że aż strach, czyli tak ma wyglądać budżet państwa na 2025 r. Siedem rzeczy, które musisz wiedzieć o pierwszym budżecie nowej koalicji
Pomysł na wyjęcie niektórych wydatków z budżetu powstał w poprzednim rządzie PO-PSL, kiedy nasz kraj miał przeznaczyć spore kwoty na budowę drogi i autostrad, a deficyt budżetowy był już zbyt wysoki, by zmieścić w nim dodatkowe wydatki. Fundusze celowe twórczo rozwinął rząd Zjednoczonej Prawicy, gdy walczył z pandemią, podwyższoną inflacją i rosnącymi kosztami życia obywateli, a także z gospodarczymi skutkami inwazji Rosji na Ukrainę z 2022 r. Niestety, część z tych funduszy wciąż działa, a niektóre nawet zwiększają skalę działania.
Zaniepokojenie tym stanem wyrazili uczestnicy niedawnej konferencji „Zagrożenia i wyzwania dla polskiej gospodarki” zorganizowanej przez Towarzystwo Ekonomistów Polskich (TEP). Przy tak wysokim zadłużeniu stale rosną koszty obsługi długu i coraz większa część państwowego budżetu idzie na spłatę odsetek od obligacji. A nie ma przyzwolenia społeczeństwa ani na cięcie wydatków, ani na wzrost podatków.
Autor reform gospodarczych początku lat 90. XX w. prof. Leszek Balcerowicz winą za nadmierne deficyty i wzrost długu obarcza wzrost wydatków społecznych. Według Balcerowicza, można spokojnie znaleźć nawet 200 mld zł oszczędności, bo wydatki społeczne nie są dziś adresowane do ludzi najbiedniejszych, tylko do wszystkich i należy to zmienić. Z kolei Sławomir Dudek, szef Instytutu Finansów Publicznych, uważa, że to wydatki na obronność są przyczyną kłopotów, ale musimy te wydatki ponosić.
Razem z pozabudżetowymi częściami finansów publicznych deficyt państwowego budżetu może w 2025 r. sięgnąć nawet poziomu 7,6%. Nie pomaga w jego ograniczaniu wysoka waloryzacja wynagrodzeń w sferze budżetowej, świadczeń takich jak 800+ czy emerytur. Niewykluczone, że konieczne będzie przynajmniej ograniczenie waloryzacji świadczeń.
Dług publiczny nas nie „zabije” jeśli nie „zjedzą” nas… odsetki
Zdaniem prof. Jacka Tomkiewicza z Akademii Leona Koźmińskiego, Polska powinna mocniej wykorzystać dynamiczny wzrost gospodarczy. Polska gospodarka będzie rosnąć w najbliższych latach realnie (czyli po uwzględnieniu inflacji) o jakieś 3-4% rocznie. Zatem dochody z podatków powinny iść w górę szybciej, niż wydatki socjalne. Niestety, tak się nie dzieje, bo wprowadzane są coraz to nowe świadczenia. Niepojące jest także to, że koszty obsługi długu sięgają już 80 mld zł rocznie. Brakuje z kolei wzrostu wydatków na inwestycje.
Ekonomiści uważają, że naszym głównym zmartwieniem powinno być utrzymanie wysokiego wzrostu gospodarczego. W poprzednich latach rząd koncentrował się na tym, żeby zapewnić wysoki poziom konsumpcji gospodarstw domowych. Jednak po pierwsze – generowało to większe wydatki budżetowe (transfery społeczne), po drugie – długofalowo nie przyczyniało się do wzrostu gospodarczego.
Najlepszą metodą utrzymania wzrostu byłoby zwiększenie poziomu inwestycji w gospodarce. Niestety, jak podkreśla Janusz Jankowiak, główny ekonomista Polskiej Rady Biznesu, nasze finanse publiczne są tak sprofilowane, że wspomagają wciąż, i to w perspektywie całej obecnej dekady, wzrost konsumpcji prywatnej.
Wszyscy ekonomiści obecni na konferencji zwracali uwagę, że problemem mogą być nie wydatki na cele społeczne (choć lepiej, żeby były one adresowane do najbardziej potrzebujących, co pozwoliłoby zaoszczędzić sporo pieniędzy), ani wydatki na obronność (bo tych wydatków nie unikniemy w kolejnych latach). Długoterminowym problemem będą wysokie potrzeby pożyczkowe Polski w kolejnych latach. Mogą one wynieść w najbliższych latach 500 mld zł rocznie. Pożyczamy dość drogo i coraz więcej.
Czy to przepis na bankructwo, takie jak widzieliśmy w przypadku Grecji kilkanaście lat temu? Obecnie rentowność polskiego długu wynosi średnio 5,5%, podczas gdy np. obligacje Grecji mają rentowność… 3,2%. Z kolei Francja, która pożycza ogromne kwoty i – podobnie jak my – ma trudności z oszczędnościami budżetowymi, pożycza od inwestorów środki oprocentowane na 3,2%. Przy setkach miliardów złotych, od których jest liczone to oprocentowanie, to ogromna różnica. Wysokość odsetek raczej nie spadnie zanim nie wejdziemy do strefy euro. Poniżej rentowność polskich obligacji 10-letnich przez ostatnich 10 lat.

A może nie trzeba nic robić? Dług spadnie… samoczynnie?
Ponieważ trudno obecnie oczekiwać od polityków reform budżetowych, tym bardziej w okresie rosnących wydatków na zakupy uzbrojenia, a raczej nie będzie też przestrzeni do podwyżek podatków, może wyjściem jest… trzecia droga? Najlepiej byłoby, żeby dług publiczny samoczynnie spadał. Jest na to jakiś sposób? Zdaniem ekonomistów zebranych pod auspicjami TEP, jest nim skromniejsza waloryzacja wysokości świadczeń i wynagrodzeń, tylko do minimalnego poziomu zagwarantowanego ustawami i unikanie zmian prawa obniżających dochody państwa.
Trzeba czekać, aż w wyniku długoletniego wzrostu gospodarczego i inflacji „mianownik wzrośnie szybciej niż licznik”, jak powiedział na konferencji TEP prof. Tomkiewicz. Mianownik to nominalny poziom PKB, a licznik – poziom zadłużenia finansów publicznych. O ile skromniejsza waloryzacja i unikanie wprowadzania nowych świadczeń będą możliwe, bo presja społeczna może złamać opór polityków.
W 2023 r. byliśmy wiceliderem wzrostu wydatków społecznych w Unii Europejskiej, co pokazuje grafika europejskiego urzędu statystycznego Eurostat. Już wtedy było wiadomo, że polski budżet puchnie od wydatków i mogą być kłopoty z rosnącym deficytem budżetowym, a w perspektywie – z poziomem długu. Ale nikogo to nie zniechęciło i dług publiczny mocno wzrósł.

Nawet jeśli udałoby się w pewnym sensie „zamrozić” wzrost wydatków socjalnych i ograniczyć waloryzację, problemem jednak może być to, że cały proces musiałby zostać rozłożony na wiele lat, żeby mógł przynieść efekty w postaci realnego spadku poziomu naszego długu w relacji do PKB. Rozłożenie naprawy budżetu na lata jest ciekawe, ale ryzykowne. Nie ma pewności czy wcześniej rosnące koszty obsługi długu nie rozłożą nas na łopatki.
Jak widzicie, niezależnie od tego, kto weźmie w ręce stary państwa w najbliższych latach, będzie musiał się uporać z nie lada zadaniem – wymagającym cierpliwości, współpracy z Polakami i uświadomienia im powagi sytuacji. Oby politycy, których wybraliśmy i wybierzemy, potrafili dokonać odpowiednich wyborów i udźwignąć ten temat, bo stawką jest wzrost lub duży spadek naszej zamożności (a być może też naszych dzieci).
Zobacz też rozmowy „Subiektywnie o Finansach” o tym czy dług publiczny jest już problemem:
Źródło zdjęcia: John Vid/Unsplash

