Cinkciarz przeszedł do kontrataku. Szefowie fintechu Cinkciarz.pl, któremu KNF odebrała w zeszłym tygodniu licencję na oferowanie klientom niektórych usług, przechodzą do kontrataku. Oskarżają banki o to, że te utrudniają Cinkciarzowi wykaraskanie się z tarapatów. Ale przynajmniej część zarzutów Cinkciarza wydaje się być naciągana. Czy operator internetowego kantoru próbuje przerzucić na banki winę za swoją biznesową katastrofę?
W czwartek Cinkciarz.pl, jeden z największych polskich fintechów (który jeszcze w 2022 r. przeprocesował transakcje klientów warte co najmniej 35 mld zł) znalazł się w głębokich tarapatach. Komisja Nadzoru Finansowego odebrała mu licencję na oferowanie kluczowych usług: karty wielowalutowej oraz transferów pieniężnych na zlecenie klientów. Cinkciarz może nadal oferować internetową wymianę walut, pośredniczyć w pożyczkach walutowych oraz prowadzić platformę inwestycyjną (foreksową). Ale to karta wielowalutowa i przekazy pieniężne są sercem każdego fintechu.
- Płatności kartą czy gotówką? EBC sprawdził jak odpowiadają Europejczycy. Stara miłość do gotówki nie (za)rdzewieje. Uratują ją… młodzi! [POWERED BY EURONET]
- Ameryka nie musi się zawalić, żeby inwestorzy przestali na niej zarabiać. Czy właśnie zbliżamy się do tego momentu? [POWERED BY UNIQA TFI]
- Proszę zapiąć pasy, będzie bujało. Oto pięć zasad, które prawdopodobnie przyniosą Ci sukces w inwestowaniu w 2026 r. [POWERED BY XTB]
Cinkciarz.pl już bez licencji, ale… still alive
Nie do końca wiadomo jakie są powody odebrania licencji. KNF mówi, że spółka Conotoxia z grupy Cinkciarza (czyli „dawca” licencji) „nie zapewnia ostrożnego i stabilnego zarządzania działalnością” oraz że nie wypełnia „obowiązków ustawowych związanych z ochroną środków pieniężnych przyjętych od użytkowników”. Ale nie ma pewności czy rzecz dotyczy opóźnień w wymianie walut (na które klienci skarżyli się od kilku tygodni) czy też czegoś innego.
Wymiana walut jest poza nadzorem KNF, więc formalnie za to nie można Cinkciarzowi zabrać licencji. Można natomiast zabrać licencję na usługi płatnicze. I właśnie to KNF zrobiła. Jednocześnie – jak doniósł RMF FM – Cinkciarzem zainteresował się też prokurator. W oparciu o dokumenty przyniesione przez urzędników KNF badana będzie możliwość popełnienia przestępstwa oszustwa o wielkiej wartości, za co grozi kara 25 lat więzienia. Wygląda na to, że może nie chodzić tylko o opóźnienia w realizacji transakcji wymiany walut…
Na razie – z tego, co donoszą czytelnicy „Subiektywnie o Finansach” – nie ma większych problemów z wycofywaniem pieniędzy z fintechu. Chętnych do tego oczywiście nie brakuje, bo sytuacja Cinkciarza jest bardzo niepewna i nikt nie chce zostać z zablokowanymi pieniędzmi. Ale dostałem sporo informacji, że nawet duże pieniądze do klientów wracają, choć z opóźnieniem:
„Dzisiaj dotarł z mojego portfela w Cinkciarz.pl przelew ponad 1,2 mln [nazwa waluty-red] na konto w mBanku, przelew został zlecony w ubiegłym tygodniu w środę wieczorem. Na szczęście środki wracają, czekamy na więcej informacji. Zanim ich ukrzyżujemy poczekajmy na wyjaśnienie sprawy. Korzystam z ich usług od lat i do tej pory nie mogłem narzekać”
– napisał mi dziś jeden z czytelników. Bez licencji Cinkciarz.pl i tak będzie musiał zamknąć klientom konta i „unieważnić” karty. Aczkolwiek z tego, co dziś napisał mi Marcin Starkowski z biura prasowego firmy wynika, że… decyzja KNF nie została jeszcze nawet doręczona:
„Wszystkie usługi płatnicze świadczone przez Conotoxia są nadal wykonywane zgodnie z posiadanymi przez tę spółkę uprawnieniami. Zgodnie z komunikatem Komisji Nadzoru Finansowego decyzja dotycząca Conotoxia wchodzi w życie z chwilą doręczenia”
Jest to dość dziwne, bo o ile znam praktykę KNF, to tego typu decyzje są wysyłane elektronicznie, np. za pośrednictwem platformy ePUAP. Jeśli do tej pory decyzja nie została doręczona, to prawdopodobnie oznacza, że spółka jej celowo nie odbiera. Po 14 dniach, zgodnie z prawem, i tak jest domniemanie odbioru, ale dwa tygodnie to dużo czasu, by nie musieć wykonywać decyzji, której się nie lubi wykonywać…
„Decyzja została wystała drogą elektroniczną w dniu jej podjęcia przez Komisję Nadzoru Finansowego czyli 2 października”
– potwierdził mi rzecznik KNF Jacek Barszczewski. Cinkciarz co prawda decyzji jeszcze nie odebrał, ale… już zapowiedział, że będzie próbował ją odkręcić. Może się od niej odwołać do samej Komisji, a potem do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego. Ale pytanie czy do tego czasu będzie jeszcze co zbierać. Przetrwanie – nawet jeśli nie potwierdzą się zarzuty oszustwa oraz nienależytej ochrony pieniędzy klientów – będzie trudne bez kluczowej usługi i z poważnym ryzykiem, że klienci nie będą chcieli korzystać z żadnych usług firmy, na którą KNF rzuciła poważną „klątwę”.
Czytaj więcej o problemach Cinkciarza: Duży polski fintech w tarapatach. Cinkciarz.pl stracił możliwość korzystania z licencji instytucji płatniczej. Co to oznacza dla klientów? Co z pieniędzmi?
Czytaj o pierwszej reakcji Cinkciarz.pl na zarzuty: Wreszcie jest oświadczenie Cinkciarz.pl po drastycznej decyzji Komisji Nadzoru Finansowego. Czego się (nie) dowiadujemy o statusie pieniędzy klientów?
Cinkciarz przeszedł do kontrataku. „Bankowa zmowa!”
Z początkiem nowego tygodnia – pięć dni po cofnięciu licencji – Cinkciarz.pl przeszedł do kontrataku. Oskarżył konkretne banki o zmowę, której celem jest utrudnienie firmie działalności i realizacji zleceń klientów. Oskarżenia zostały sformułowane wobec dwóch banków:
>>> Bank Polskiej Spółdzielczości został oskarżony o to, że „uniemożliwił spółce realizację przelewów zwrotnych dla klientów kantoru internetowego, tłumacząc to rzekomymi problemami informatycznymi”. Cinkciarz uważa, że to „celowe i systematyczne utrudnianie dostępu do rynku, wymierzone przeciwko spółce oraz jej klientom”. I zapowiedział, że będzie w sądzie żądał 500 mln zł odszkodowania (dlaczego nie 500 mld zł?)
>>> mBank został oskarżony o to, że odmówił spółce Conotoxia udzielenia gwarancji bankowej (choć miała ona pełne pokrycie we własnych pieniądzach) oraz że wprowadził „nieoficjalny, całkowity zakaz finansowania podmiotów z grupy Cinkciarz.pl” (co ma „naruszać zasady uczciwej konkurencji” i „godzić w dobro klientów”). mBank miał odmówić gwarancji, mimo iż zalecenie otrzymania takiej gwarancji miała wydać KNF. Te zarzuty w odniesieniu do mBanku Cinkciarz wycenił na potencjalnie 1 mld zł odszkodowania.
>>> mBank miał też zablokować Cinkciarzowi rachunki prowadzone na rzecz jego platformy inwestycyjnej. Zarówno Cinkciarz, jak i jego klienci mieliby więc zostać odcięci od możliwości wypłat oraz wpłat na konta maklerskie. W przypadku inwestowania w instrumenty pochodne może to oznaczać konieczność przymusowej sprzedaży aktywów po niekorzystnych cenach (w sytuacji, gdy depozyt klienta wymaga uzupełnienia, a nie da się tego zrobić). Conotoxia oświadczyła, że z tego powodu nie mogła wywiązać się z obowiązku wypłaty pieniędzy klientom w ciągu 24 godzin (próbowała to ominąć wykorzystując konta w bankach zagranicznych).
Wszystkie te zarzuty są poważne i dotyczą tych usług, na które nie została Cinkciarzowi i jego spółkom cofnięta licencja – a więc wymiany walut oraz platformy foreksowej. Czy rzeczywiście banki postanowiły leżącemu na deskach konkurentowi wbić ostatnie gwoździe do trumny? Odpowiedzi nie poznamy, ale są pewne przesłanki, które pozwalają wyrobić sobie zdanie przynajmniej o niektórych zarzutach.

Never ending story, czyli Cinkciarz w poszukiwaniu zaginionej… gwarancji
mBank odmówił komentarza, tłumacząc się tajemnicą bankową. Natomiast zarzut, iż mBank nie chciał spółce udzielić gwarancji i wydał nieoficjalny zakaz jej finansowania, nie wygląda zbyt poważnie. Prywatny bank może udzielać (albo nie udzielać) gwarancji komu chce (nie musi oznaczać danego partnera za wystarczająco wiarygodnego, żeby za niego poręczać), nie ma też obowiązku finansowania Cinkciarza, więc ten zarzut wydaje się być dęty.
O ile mBank nań nie odpowiada, o tyle światło rzuca na sprawę rzecznik Komisji Nadzoru Finansowego, Jacek Barszczewski. W wypowiedzi dla TVN24 oświadczył, że po pierwsze Conotoxia nie otrzymała od KNF zalecenia zawarcia umowy gwarancyjnej. A nawet gdyby otrzymała, to nie znaczy to automatycznie, iż którykolwiek bank miałby obowiązek zawrzeć z Conotoxią taką umowę.
Barszczewski dość skomplikowanym językiem wyjaśnił (sorry, panie Jacku, będę teraz upraszczał), że taka gwarancja pozwoliłaby Conotoxii na uniknięcie konieczności separowania pieniędzy klientów na wyodrębnionych wyłącznie do tego celu rachunkach. Ewentualnie Conotoxia na takim wyseparowanym rachunku mogłaby umieścić jakieś własne pieniądze lub płynne aktywa, które pokrywałyby zobowiązania wobec klientów. Trzecią opcją byłaby właśnie gwarancja zewnętrznej instytucji finansowej. Jeśli by była, Conotoxia nie musiałaby ani blokować własnych pieniędzy, ani separować pieniędzy klientów na osobnym rachunku.
Z wypowiedzi Barszczewskiego wynika jednak ciekawa rzecz. Otóż rzecznik KNF akurat przy okazji wypowiedzi o sensie istnienia gwarancji bankowej w życiu instytucji płatniczej powtórzył (moim zdaniem nieprzypadkowo): „Kluczowe dla rozstrzygnięcia KNF w przedmiocie cofnięcia Conotoxii zezwolenia na świadczenie usług płatniczych (…) było niewypełnianie przez tę spółkę obowiązków ustawowych związanych z ochroną środków pieniężnych przyjętych od użytkowników”
Układając puzzle można narysować taki ciąg wydarzeń (zastrzegam, to hipoteza): klienci Cinkciarza zaczęli się skarżyć na opóźnienia w transferach pieniędzy z kantoru internetowego, więc KNF postanowiła pojechać do Zielonej Góry i „wjechać na chatę” Cinkciarzowi z kontrolą. W ramach kontroli wyszło, że pieniądze klientów nie są zabezpieczone na wydzielonym koncie (z którego nie mogłyby nigdzie wypłynąć), ani nie ma żadnego innego zabezpieczenia tych pieniędzy (np. własnych aktywów spółki zdeponowanych na takim koncie, ani gwarancji).
KNF w oparciu o to ustalenie zabrała Cinkciarzowi „zabawki” (czyli licencję Conotoxii, której używał Cinkciarz). Zaś Cinkciarz, żeby mieć jakieś papiery „pod” odwołanie od decyzji KNF i móc powiedzieć, że działa lege artis, pobiegł do banków po tę gwarancję. A banki (które przez lata były upokarzane cinkciarską działalnością niskospreadową) powiedziały mu, żeby głowy nie zawracał, lecz raczej zamówił swój pogrzeb. Cinkciarz ogłosił, że to nieuczciwa próba niszczenia konkurencji rynkowej i wystosował komunikat, że mBank nie chce mu dać gwarancji, której wymagają upierdliwcy z KNF, bo działa na szkodę.
Cinkciarz przeszedł do kontrataku, a spółdzielcy mu się odwinęli
Czy tak było? Trudno powiedzieć, ale z klocków, którymi dysponuję, takie puzzle w miarę logicznie się układają. Gdyby się potwierdziła, to dla klientów oznacza to dwie wiadomości: dobrą i złą. Dobra jest taka, że Cinkciarz być może nie jest ani piramidą finansową, ani czarną dziurą. Pieniądze ma, a KNF zabrał mu licencję, bo – sprowokowany marudzeniem klientów, którzy czekali po kilka dni na pieniądze z kantoru – wszedł z kontrolą i zobaczył bajzel na kontach.
Zła wiadomość jest taka, że gdyby Cinkciarz miał we własnych aktywach pokrycie na wszystkie możliwe roszczenia finansowe klientów, to nie musiałby iść do mBanku po gwarancję. Jeśli po nią poszedł, to być może albo tych pieniędzy aż tyle nie ma, albo ma je ulokowane w niezbyt płynnych aktywach.
W tej grze Cinkciarz niestety trochę się podłożył. Zaatakował banki, ale nie przewidział, że do gry włączy się KNF. Poza tym o ile mBank (zgodnie z przewidywaniami) nabrał wody w usta – w związku z tym nadal do wyjaśnienia jest „wątek foreksowy”, czyli domniemane zablokowanie rachunków klientów platformy inwestycyjnej (co rzeczywiście mogłoby narazić ich na straty) – o tyle Bank Polskiej Spółdzielczości się Cinkciarzowi odwinął. I to jeszcze jak:
„Bank Polskiej Spółdzielczości zdecydowanie zaprzecza jakoby uniemożliwiał jakiemukolwiek swojemu klientowi realizację przelewów bankowych (…). W przypadku Cinkciarza, w ostatnich dniach miały miejsce przypadki odmów realizacji przelewów w związku z zastosowaniem środków bezpieczeństwa finansowego. Niemniej większość z nich została zrealizowana po uzupełnieniu przez Cinkciarza informacji wymaganych prawem i procedurami AML”
– napisał Bank BPS w oświadczeniu. I dodał, że odbiera oświadczenia Cinkciarza jako próbę odwrócenia uwagi od jego własnych problemów i rozważa pozew o ochronę dóbr w związku ze zniesławieniem banku i zarzuceniem mu nieuczciwych działań. Rzeczywiście, mogło być tak, że duże przelewy z kantoru internetowego były blokowane ze względu na procedury AML („antypralniowe”, czyli dotyczące zapobiegania praniu pieniędzy).
Czy banki dodatkowo pogrążają nielubianego konkurenta?
Na razie więc efekt bomby zrzuconej przez Cinkciarz.pl na branżę bankową jest taki sobie. Jeden zarzut (o brak skłonności mBanku do wydania gwarancji bankowej na rzecz Cinkciarza) może pośrednio potwierdzać, iż coś-tam jednak nie było za dobrze z tym przechowywaniem pieniędzy klientów. Drugi zarzut (że banki nie chcą finansować Cinkciarza) trochę przypomina skarżenie się niegrzecznego dziecka, że nikt nie chce z nim stawiać babek w piaskownicy.
Trzeci zarzut (że Bank BPS wstrzymuje przelewy) na razie wygląda na fejkowy (choć oczywiście nie można wykluczyć, że nie tylko AML powodował opóźnienia i odmowy realizacji transakcji na rzecz Cinkciarza). A czwarty (że mBank robi pod górkę klientom platformy foreksowej Cinkciarza) – jest do sprawdzenia.
Z całą pewnością banki nie przepadają za Cinkciarzem, bo to właśnie takie firmy, jak on, spowodowały, że spadają im zyski z wymiany walut. I że w bankach częściowo skończyło się spreadowe eldorado. Cinkciarz jest uzależniony od banków, bo jest pośrednikiem finansowym, nie ma licencji bankowej. I niewykluczone, że banki podkładają mu nogi, korzystając z chwili słabości. Cinkciarz mógł „zrobić” licencję bankową (tak, jak to zrobił Revolut) i wtedy byłby chroniony przed takimi praktykami.
Cinkciarz przeszedł do kontrataku, ale sam został skontrowany. Natomiast z punktu widzenia klientów i całej branży finansowej dobrze byłoby, gdyby ta sytuacja nie doprowadziła do zakłóceń w płynności. Gdy bank komercyjny ma kłopoty z płynnością, idzie po pieniądze do „banku ostatniej szansy”, czyli do NBP. W przypadku pośrednika finansowego takiej instytucji chyba nie ma, więc ryzyko komplikacji jest większe, zwłaszcza gdy banki komercyjne odwracają się plecami (bo mogą).
zdjęcie tytułowe: Cinkciarz.pl


