Nowotworowi ozdrowieńcy otrzymają łatwiejszy dostęp do ubezpieczeń na życie, ale pod warunkiem, że… wezmą kredyt. Brzmi kuriozalnie? Takiego „potworka prawnego” szykują nam politycy. Czym będzie prawo do zapomnienia? A czym powinno być? Dlaczego wygrana z rakiem często oznacza dożywotnią karę finansową? Pochylam się nad ubezpieczeniami na życie. I mam ważne wnioski!
- Gdzie się podziało 57,3 mld zł? Banknot 500 zł jest jak pieniądz-widmo. Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie… [POWERED BY EURONET]
- Trade Republic po zmianach w ofercie. Co słychać po sukcesie oferty z oprocentowaniem 6%? Zaglądam pod maskę niemieckiego banku [POWERED BY TRADE REPUBLIC]
- Darmowa karta, na całym świecie, przez całe życie. Revolut się chowa? Największy bank w Europie z promocją jak za dawnych lat [POWERED BY BNP PARIBAS]
Ubezpieczenia na życie zdecydowanie wpływają na naszą sytuację finansową. Z jednej strony pozwalają nam zabezpieczyć swoje finanse, gdyby przytrafiło nam się jakieś nieszczęście (np. zgon, poważna choroba, niezdolność do pracy). Z drugiej strony, często są po prostu niezbędne przy zawieraniu umowy o kredyt. Dzisiaj przybliżam problemy, z którymi nierzadko zmagają się osoby, którą chcą takie ubezpieczenie kupić. Najpierw zgłębiłem temat ze swojej perspektywy, a potem, w drugiej części, poprosiłem o komentarz eksperta, a na moje pytania odpowiedział Paul Mardo, multiagent ubezpieczeniowy.
Polacy o ubezpieczeniach. Z pewną taką nieufnością
W 2025 roku w Polsce zmarło jakieś 400 000 osób, z których około 50 000 miało od 20 do 59 lat. Można więc śmiało założyć, że większość z nich nie spodziewała się śmierci. Właśnie przed tego typu sytuacjami ma nas i naszą rodzinę zabezpieczać ubezpieczenie na życie.
Niestety w Polsce wciąż relatywnie mało osób ma wykupione ubezpieczenie, które realnie zabezpiecza ich i ich rodzinę. Na koniec 2025 roku liczba zawartych umów ubezpieczenia na życie wynosiła wprawdzie całkiem niezłe 25,5 mln, ale większość z nich (56%) stanowiły ubezpieczenia grupowe. Sporo ubezpieczeń to pewnie też najniższa wymagana przez bank ochrona przy większych kredytach.
Sam fakt zawarcia umowy ubezpieczenia nie oznacza jeszcze, że ktoś zabezpieczył bliskich. Pokaźna część ubezpieczeń to umowy grupowe o dosyć skromnym zakresie. W rezultacie powszechnym problemem jest niska suma ubezpieczenia. Czy ubezpieczenie od śmierci na kwotę 100 000 zł w dzisiejszych czasach tak naprawdę w jakikolwiek sposób zabezpiecza finansowo rodzinę? Jasne – lepiej mieć 100 000 zł, niż ich nie mieć, ale zastanówcie się, ile za to przeżyjecie. Nie mówiąc już o jakichś kosztach leczenia.
Jest pokaźne grono ludzi, które wciąż nie ufają ubezpieczycielom. Ogólne warunki często są pisane skomplikowanym językiem i trudno je zrozumieć, a co dopiero porównać. Ponadto, w obiegowej opinii rezonują głosy osób, które miały jakieś problemy z wypłatą odszkodowania. Jedno z najświeższych badań w tym zakresie to raport „Rynek odłożonej decyzji. Dlaczego Polacy nie ubezpieczają się na życie?” przygotowany przez jednego z ubezpieczycieli (do poczytania tutaj).
Okazuje się, że 32% badanych obawia się „haczyków” zapisanych drobnym druczkiem w OWU czy w umowie. 25% z nas nie ma pewności, czy ubezpieczyciel wypłaci świadczenie, gdy zgłoszą roszczenie. Natomiast 23% badanych deklaruje brak zaufania do firm ubezpieczeniowych. 43% badanych podkreśla, że jasność i przejrzystość warunków jest dla nich bardzo ważna przy wyborze ubezpieczyciela.
Jest też część osób, które chciałby się ubezpieczyć, ale nie ma takiej możliwości, bo ubezpieczyciel – z powodu historii ich choroby – albo odmawia zawarcia takiej umowy, albo drastycznie podnosi cenę składki. I mam na myśli nie tyle chore osoby, co takie, które chorowały wiele lat temu, a obecnie są zdrowe. Absurd?
Ubezpieczeniowa dyskryminacja pełną parą?
Wyobraźmy sobie dwie osoby w podobnym wieku, które jakieś 20 lat temu chorowały na raka. Udało im się zwalczyć chorobę. Obecnie są zdrowe, co wiedzą, bo regularnie – dużo częściej niż przeciętny człowiek – badają się profilaktycznie. I teraz obie postanowiły ubezpieczyć się na życie.
Pierwsza, nazwijmy ją panem Jerzym, zaciąga kredyt w banku, a razem z nim podpisuje umowę ubezpieczenia. Zgodnie z dyrektywą unijną i polskim projektem ustawy (zaraz do nich dojdę) ma tzw. prawo do zapomnienia, więc ubezpieczyciel nie analizuje historii leczenia onkologicznego (gdyż od wyzdrowienia upłynął wystarczający czas).
Z kolei druga osoba, dajmy na to pan Bartosz, nie potrzebuje kredytu. Po prostu chciałby kupić zwykłe, indywidualne ubezpieczenie na życie, niepowiązane z kredytem. Ubezpieczyciel wymaga wypełnienia szczegółowej ankiety medycznej i bierze pod uwagę historię choroby nowotworowej do kalkulacji ryzyka. W rezultacie taki pan Bartosz otrzymuje albo odmowę zawarcia umowy, albo niesprzedawalną ofertę (wyłączenia, wysoka składka). Ta sama choroba, ten sam czas, a zupełnie inne traktowanie.
Ankiety medyczne u ubezpieczycieli są bardzo szczegółowe i nierzadko wręcz przerzucają całą odpowiedzialność na klienta. Spotkałem się z pytaniem, aby wymienić… wszystkie choroby, jakie przebyłem w ciągu ostatnich 10 lat. I możemy sobie zakładać, że nie chodzi o coroczne popularne infekcje, jaką jest np. grypa, ale kto mi zagwarantuje, że ubezpieczyciel za 30 lat nie podniesie tego, że umarłem na zawał serca właśnie z powodu tej grypy?
Do tego lekarze potrafią wpisać do dokumentacji coś, czego nie wyjaśnią pacjentowi. Inne rzeczy są z kolei niezrozumiałe dla przeciętnej osoby (jakieś kody medyczne) lub nieczytelne (spora część dokumentacji była pisana ręcznie). Tak naprawdę, aby rzetelnie wypełnić ankietę medyczną, trzeba by zebrać całą dokumentacji medyczną ze wszystkich odwiedzonych w życiu placówek i ją przeanalizować oraz zrozumieć.
Ubezpieczyciele, po analizie ankiety medycznej i ewentualnie dołączonej dokumentacji od lekarzy, mogą podtrzymać standardową ofertę lub ją skorygować. Taka korekta polega albo na podwyżce ceny składki, albo na zmianie warunków (dodatkowe wyłączenia), albo na kombinacji obu wariantów. Jest jeszcze skrajna wersja, czyli odmowa zawarcia umowy ubezpieczenia.
Osoby które lata temu chorowały na raka często spotykają się właśnie z odmową zawarcia umowy. Zdarza się też, że proponuje im się zaporową stawkę lub ogranicza do minimum umowy dodatkowe. Rezultat jest jeden – brak możliwości zawarcia umowy ubezpieczenia na sensownych warunkach.
Prawo do zapomnienia: dyrektywa pomoże, ale…
Pomóc postanowiła Unia Europejska, ale niestety w ograniczonym zakresie. Dyrektywa UE 2023/2225 (do poczytania tutaj) mówi, że „dane osobowe dotyczące diagnozy chorób onkologicznych u konsumentów nie były wykorzystywane do celów polisy ubezpieczeniowej związanej z umową o kredyt po upływie okresu wskazanego przez państwa członkowskie, nieprzekraczającego 15 lat od zakończenia leczenia”.
Kraje członkowskie zobowiązane są do zaimplementowania odpowiednich przepisów do 20 listopada 2026 roku. Polski projekt ustawy o kredycie konsumenckim jest jeszcze na etapie różnych konsultacji w komitetach i komisjach, ale na razie okres skrócono do 5 lat od klinicznie uzasadnionego zakończenia aktywnego leczenia choroby nowotworowej.
To dobry kierunek, bo dotychczas brak możliwości ubezpieczenia się miał poważne konsekwencje dla kredytobiorców i ich rodzin. Takie osoby, które wygrały walkę z rakiem, miały problemy ze zwykłym planowaniem przyszłości np. podczas ubiegania się o kredyt.
Problem w tym, że oba dokumenty ograniczają wsparcie do osób, które zawierają umowę ubezpieczenia jako zabezpieczenie kredytu. Jeżeli taka sama osoba, z taką samą historią choroby, zgłosiłaby się do ubezpieczyciela po takie same warunki ubezpieczenia, ale bez zaciągania kredytu, to zostałaby potraktowana inaczej.
To oznacza, że jesteśmy de facto karani za odpowiedzialne podejście do swojej sytuacji zdrowotnej. Wychodzi na to, że – jeżeli ktoś chce się ubezpieczyć, to – najlepiej w ogóle nie chodzić do lekarza. Osoba, która byłą chora, ale jest zdrowa i się regularnie bada jest gorzej traktowana niż osoba, która nigdy nie była chora, ale w ogóle się nie bada.
Ubezpieczyciele bronią się, ale sami święci nie są
A przecież problemem jest też niemal dowolne budowanie produktów ubezpieczeniowych (na część produktu składają się OWU, a definicje nie mają określonego standardu, co podnosi chociażby Rzecznik Finansowy). Czyli ubezpieczyciel może sobie wpisać w OWU, że polisa obejmuje pierwsze zachorowanie na nowotwór i olać ankietę medyczną. Osoba, która 20 lat temu chorowała i wyzdrowiała, zawiera umowę ubezpieczenia, opłaca pełną składkę, a potem się okazuje, że wypłaty nie będzie, bo… OWU to ograniczało. Ojjjj.
Branża ubezpieczeniowa od razu podniosła głos, że prace nad polską ustawą są zbyt… liberalne. Polska Izba Ubezpieczeniowa zaznaczyła w komentarzu, że skrócenie okresu (z 15 do 5 lat) może przynieść odwrotny skutek, a więc ograniczyć dostępność niektórych produktów ubezpieczeniowych.
Tak naprawdę jest to problem leżący na granicy prawa ubezpieczeniowego i medycyny. Rozumiem obawy ubezpieczycieli, że jeden ogólny próg łatwo obalić, bo są nowotwory o wyższym ryzyku nawrotu. Z drugiej strony, odbieranie praw odpowiedzialnym osobom tylko dlatego, że kiedyś na coś zachorowali jest moim zdaniem nie fair.
Można by przecież stworzyć jakąś tabelę progów wg typu nowotworu. Tylko wtedy ktoś musiałby dokonać analizy danych i ustawić progi zapomnienia tam, gdzie ryzyko faktycznie wraca do bazy. Czyli np. (strzelam, bo się nie znam) wczesny rak piersi 5 lat, a białaczka 15 lat.
Mam wrażenie, że ubezpieczyciele nie starają się realnie szacować ryzyka tylko nauczyli się posługiwać się wyłączeniami. Jeżeli jest jakakolwiek poszlaka o jakiejś chorobie, to najłatwiej wyłączyć odpowiedzialność. A skoro utrzymują poziom składki (mimo niższego ryzyka), to nic na tym nie tracą.
W październiku w Ministerstwie Sprawiedliwości odbyło się spotkanie poświęcone wpisaniu prawa do bycia zapomnianym do polskich przepisów. W spotkaniu wzięli udział m.in. przedstawiciele Onkofundacji Alivia, którzy razem z innymi organizacjami pacjenckimi od dłuższego czasu zabiegali o wprowadzenie tej ochrony dla osób po przebytej chorobie nowotworowej. Tak przebieg spotkania relacjonuje Paulina Gadomska-Dzięcioł, Koordynatorka do spraw relacji zewnętrznych w Onkofundacji Alivia:
„zadeklarowaliśmy nasz kluczowy postulat – wprowadzenie do polskiego prawa pełnego prawa do bycia zapomnianym dla osób po przebytej chorobie nowotworowej. Najważniejszym punktem tego spotkania było uzyskanie oficjalnego potwierdzenia ze strony przedstawiciela resortu, że zgłaszane przez stronę społeczną oraz instytucje eksperckie postulaty zostały uwzględnione i przepisy gwarantujące prawo do bycia zapomnianym po upływie 5 lat od zakończenia leczenia zostaną wpisane do rządowego projektu ustawy o kredycie konsumenckim. W kolejnych działaniach będziemy konsekwentnie występować z wnioskiem o rozszerzenie tej ochrony również na umowy zawierane bezpośrednio z ubezpieczycielami, nie tylko w związku z kredytem. Tworząc nowe przepisy, musimy jednocześnie zadbać o precyzyjne sformułowanie pojęcia 5 lat od zakończenia leczenia. Niezbędne jest dokładne zdefiniowanie w zapisach prawnych, czy oznacza ono zakończenie leczenia podstawowego niezależnie od tego, że pacjent nadal przyjmuje leki podtrzymujące lub stosuje terapię zapobiegającą nawrotom choroby, aby byli pacjenci onkologiczni nie mierzyli się z barierami interpretacyjnymi na rynku finansowym”.
Prawo do zapomnienia okiem multiagenta

O prawie do bycia zapomnianym rozmawiam z Paulem Mardo (na zdjęciu), multiagentem ubezpieczeniowym z 12-letnim stażem, twórcą inicjatywy „Petycja Prawo do zapomnienia”, którą można podpisać w tym miejscu.
Ujawnienie roli: Paul jest multiagentem ubezpieczeniowym z 12-letnim stażem i specjalizuje się w ubezpieczeniach na życie. Uzyskuje wynagrodzenie związane z dystrybucją ubezpieczeń. Wypowiada się jako niezależny praktyk rynku, ekspert w swojej specjalizacji i autor petycji. Nie rekomenduje konkretnego produktu ani konkretnego towarzystwa ubezpieczeń, a jego stanowisko nie jest stanowiskiem żadnego ubezpieczyciela ani izby branżowej.
Michał Wachowski: Wystartowałeś z inicjatywą „Prawo do zapomnienia”. Rozumiem że masz nadzieję, że uda się w Polsce rozszerzyć zalecenia z dyrektywy 2023/2225 na wszystkie ubezpieczenia na życie?
Paul Mardo: Tak. Dyrektywa nie zawiera jedynie zaleceń. Nakłada na państwa członkowskie obowiązek wprowadzenia prawa do zapomnienia w odniesieniu do danych o przebytych chorobach nowotworowych, gdy ubezpieczenie jest powiązane z umową kredytu objętą zakresem CCD2. Pozwala państwu członkowskiemu ustalić okres, po którym tych danych nie wolno wykorzystywać, ale okres ten nie może być dłuższy niż 15 lat od zakończenia leczenia.
Moja petycja dotyczy szerszego rozwiązania. Nie widzę powodu, aby dwie osoby po takim samym leczeniu miały różne prawa tylko dlatego, że jedna kupuje polisę związaną z kredytem, a druga chce samodzielnie zabezpieczyć rodzinę, dochód albo zdrowie. Nie chcę, aby o prawach człowieka decydowało miejsce zakupu polisy. Prawo do zapomnienia powinno obejmować wszystkie indywidualne i grupowe ubezpieczenia na życie, niezależnie od tego, czy polisa została kupiona w banku, u agenta, bezpośrednio w towarzystwie ubezpieczeń czy zawarta w miejscu pracy.
Dyrektywa mówi o 15 latach, polski projekt na razie przewiduje 5 lat, ale przecież nowotwory i sytuacje zdrowotne są bardzo różne. Jak to pogodzić?
Eksperci medyczni i rzecznicy pacjentów stawiają sprawę jasno: wygrana walka z nowotworem nie może oznaczać dożywotniej kary finansowej i gorszego traktowania w bankach czy ubezpieczalniach. Zgodnie z wypracowanym standardem dawna choroba po określonym czasie (zazwyczaj po 10 latach od wyleczenia, a w przypadku dzieci i młodzieży po 5 latach) nie może wpływać na zawieranie umów ubezpieczenia.
10 lat traktuję jako nieprzekraczalną granicę polityki prawnej i ochrony człowieka przed bezterminowym wykorzystywaniem dawnej diagnozy, a nie jako twierdzenie, że po dokładnie 10 latach każde ryzyko medyczne lub ubezpieczeniowe zrównuje się z ryzykiem całej populacji. Dla konkretnych nowotworów i rodzajów ochrony właściwy, często krótszy termin powinien wynikać z aktualnych danych medycznych i aktuarialnych. Tabela mogłaby okres tylko skracać, nigdy wydłużać go ponad 10 lat.
Powinien istnieć jeden publiczny i regularnie aktualizowany system tabeli referencyjnej. Przy ustalaniu terminów trzeba brać pod uwagę między innymi ryzyko nawrotu, przeżycie warunkowe i nadmiarową śmiertelność. Nie oznacza to automatycznie, że każde ryzyko ubezpieczeniowe spada wtedy do zera.
Nie jest to rozwiązanie wyłącznie teoretyczne. Włoska tabela przewiduje okres krótszy niż 5 lat między innymi dla raka jądra oraz dla określonych przypadków raka tarczycy. Szczegółowe warunki zależą od tabeli, wieku pacjenta i cech choroby. Tabele bazują na aktualnej wiedzy medycznej i powinny być okresowo aktualizowane, aby uwzględniać postęp leczenia oraz nowe dane o ryzyku nawrotu.
Nie chcę, aby taka tabela referencyjna powstała wyłącznie po stronie pacjentów albo ubezpieczycieli. Powinni ją współtworzyć onkolodzy, epidemiolodzy, aktuariusze, przedstawiciele ubezpieczycieli, pracownicy oceny ryzyka, Rzecznik Finansowy, Urząd Komisji Nadzoru Finansowego oraz organizacje pacjenckie. Metodologia, źródła danych, konflikty interesów i harmonogram aktualizacji powinny być publiczne.
Jakby to miało działać? Ubezpieczyciel nadal jakoś otrzymywałby takie informacje, ale nie mógłby ich brać pod uwagę przy wyliczaniu ryzyka i wysokości składki?
Docelowo ubezpieczyciel nie powinien żądać danych objętych prawem do zapomnienia. Jeżeli uzyskał je wcześniej, nie powinien móc wykorzystywać ich przy przyjęciu do ubezpieczenia, kalkulacji składki, formułowaniu wyłączeń ani później przy rozpatrywaniu roszczenia.
W ustawie trzeba zdefiniować „dane onkologiczne” funkcjonalnie, a nie tylko przez nazwę choroby. Ochrona powinna obejmować informacje o dawnym rozpoznaniu, stadium, wynikach badań, leczeniu i nawrocie, a także kody i inne dane pozwalające pośrednio odtworzyć zapomnianą historię. Sam kod rozpoznania albo informacja o badaniu kontrolnym może ujawnić dawną chorobę, nawet jeżeli nikt nie zapyta o nią wprost.
Trzeba jednak oddzielić dawną chorobę od aktualnego, stanu zdrowia danej osoby. Jeżeli ktoś ma dziś niewydolność określonego narządu, ograniczenie sprawności albo inną aktualną chorobę istotną dla ubezpieczenia, ubezpieczyciel może ją oceniać na zasadach ogólnych. Nie powinien natomiast używać tej oceny jako furtki do ponownego odtworzenia i wyceniania zapomnianego nowotworu.
Prawo musi działać na całej ścieżce umowy. Zakaz pytania we wniosku nie wystarczy, jeżeli ta sama historia może wrócić przy wypłacie pod postacią klauzuli „pierwszego zachorowania w życiu” albo choroby istniejącej przed obecną umową. Po upływie okresu zapomnienia dawna choroba nie może być podstawą odmowy zawarcia umowy, zwyżki składki, wyłączenia odpowiedzialności ani odmowy świadczenia. Pozostałe, niezależne warunki umowy nadal obowiązują.
Potrzebna jest też jasna relacja między prawem do zapomnienia a obowiązkiem udzielenia zgodnych z prawdą odpowiedzi na pytania ubezpieczyciela. Jeżeli ubezpieczycielowi nie wolno pytać o określoną informację, jej niepodanie nie może być później przedstawione jako zatajenie.
Zastanawiam się, jak byłoby ustalane „wyzdrowienie”. W projekcie ustawy jest niejednoznaczny zapis o treści: „klinicznie uzasadnionego zakończenia aktywnego leczenia”. Czy Twoim zdaniem to nie będzie wykorzystywane przez ubezpieczycieli, którzy np. wizytę profilaktyczną potraktują jako część leczenia? Czy w ogóle da się coś takiego precyzyjnie zapisać?
To jedna z najważniejszych kwestii. Samo sformułowanie „klinicznie uzasadnione zakończenie aktywnego leczenia” jest zbyt ogólne, jeżeli ustawa nie wskaże dokładnie, kto i na podstawie jakich kryteriów ustala tę datę. Pacjent, lekarz, agent i ubezpieczyciel muszą móc wskazać ten sam dzień, od którego biegnie okres zapomnienia.
Trzeba rozdzielić leczenie nakierowane na usunięcie albo zniszczenie nowotworu, leczenie uzupełniające zmniejszające ryzyko nawrotu, obserwację po leczeniu oraz leczenie następstw terapii, takich jak obrzęk limfatyczny, rehabilitacja czy rekonstrukcja. Rutynowa kontrola i leczenie następstw operacji nie powinny automatycznie przesuwać daty zakończenia leczenia onkologicznego.
Całkowita remisja oznacza, że dostępnymi metodami nie wykrywa się cech aktywnej choroby. Nie należy obiecywać, że badanie potwierdzi brak każdej pojedynczej komórki nowotworowej, ponieważ medycyna nie daje takiej gwarancji. Prawo powinno wskazywać sprawdzalny próg oparty na rozpoznaniu, stadium, sposobie leczenia i danych o ryzyku nawrotu.
Wciąż trudne do jednoczesnego zdefiniowania prawniczym językiem i praktycznej, zrozumiałej realizacji
Uważam, że po zakończeniu leczenia powinien być wystawiany certyfikat z określoną datą, który potwierdza zakończenie leczenia. Ten dokument potwierdzałby, że warunek został spełniony, ale nie rozpoczynałby nowego terminu w dniu wystawienia. Powinien potwierdzać prawo powstałe po spełnieniu warunków, a nie tworzyć je dopiero w dniu wystawienia. Takie rozwiązanie obowiązuje we Włoszech, gdzie ustawa jest szeroka i obejmuje nie tylko usługi finansowe, ale także prawo adopcyjne.
Rutynowe badania obrazowe i konsultacje po zakończonej terapii nie powinny resetować terminu. Osobnego uregulowania wymagają natomiast hormonoterapia oraz inne długotrwałe terapie przeciwnowotworowe stosowane po leczeniu pierwotnym w celu ograniczenia ryzyka nawrotu.
Czy rzeczywiście jest tak, że choroba sprzed 20 lat może mieć znaczenie podczas zawierania umowy ubezpieczeniowej? Zawsze mi się wydawało, że podstawą jest ankieta medyczna, w której ubezpieczyciel pyta o historię medyczną za ostatnie 5 czy 10 lat.
Może mieć znaczenie, choć zależy to od produktu, sumy ubezpieczenia, treści ankiety i ogólnych warunków ubezpieczenia. W mojej praktyce spotykam polisy indywidualne, w których pytania obejmują kilka lub kilkanaście lat, a czasem dotyczą określonych rozpoznań bez wyraźnego ograniczenia czasowego. W ubezpieczeniach grupowych oświadczenia o stanie zdrowia bywają krótsze, ale odpowiedź „tak” może uruchomić dodatkową ocenę albo uniemożliwić przystąpienie.
Dawna choroba może wrócić pośrednio. Osoba po leczeniu wpisuje, że pozostaje pod kontrolą lekarza, wykonuje badania albo przyjmuje lek związany z dawną terapią. Ozdrowieniec zachowuje się odpowiedzialnie, więc powstaje dokumentacja medyczna, która następnie staje się punktem wyjścia do odtworzenia historii onkologicznej.
Drugi mechanizm znajduje się w treści umowy. Świadczenie za nowotwór może być należne wyłącznie przy „pierwszym w życiu” rozpoznaniu. Umowa może również ograniczać odpowiedzialność za chorobę istniejącą przed objęciem ochroną. Bez prawa do zapomnienia dawna diagnoza może więc wpływać na obecną ochronę, mimo że choroba od wielu lat nie jest aktywna.
Trzeci mechanizm wynika z art. 834 kodeksu cywilnego. Jeżeli wypadek ubezpieczeniowy nastąpił po upływie trzech lat od zawarcia umowy ubezpieczenia na życie, ubezpieczyciel nie może podnieść zarzutu, że przy jej zawieraniu podano nieprawdziwe informacje, w szczególności zatajono chorobę. Umowa lub ogólne warunki ubezpieczenia mogą ten termin skrócić.
Nie jest to jednak prawo do zapomnienia. Przepis chroni konsumenta zwłaszcza w przypadku zgonu ubezpieczonego, ale nie zapobiega odmowie, zwyżce, wyłączeniu ani wszystkim możliwym sporom o świadczenie. W praktyce wiele wzorców umownych, czyli Ogólnych Warunków Ubezpieczenia dotyczących umów utraty zdrowia takich jak poważne zachorowanie lub niezdolność do pracy skonstruowana jest tak, że znajdują się w niej zapisy wyłączenia odpowiedzialności za choroby istniejące przed zawarciem umowy ubezpieczenia.
Ubezpieczyciele wskazują okresy od 2 lat do nawet 10 lat. To istotne, aby wiedzieć, czy nasza umowa ubezpieczenia obejmuje choroby zdiagnozowane jeszcze przed podpisaniem umowy. Na etapie zawierania umowy ubezpieczenia, ubezpieczyciel może wskazać wprost wykluczenie ochrony danego typu nowotworu ze względu na dalsze leczenie. Nawet jeżeli proces leczenia miał miejsce wiele lat temu.
Czyli wychodzi na to, że odpowiedzialna osoba, która się regularnie bada profilaktycznie, jest gorzej traktowana niż osoba, która w ogóle od lat nie chodzi do lekarza?
Taki paradoks może wystąpić, ale ubezpieczyciele podchodzą do tego bardzo indywidualnie. Osoba wykonująca kontrole stanu zdrowia posiada więcej aktualnej dokumentacji medycznej. Ktoś, kto nie chodzi do lekarza, może mieć po prostu mniej informacji do ujawnienia. To tworzy niewłaściwy bodziec: zachowanie korzystne dla zdrowia może komplikować procedurę ubezpieczeniową.
Decyzję podejmuje pracownik oceny ryzyka w granicach instrukcji, taryf i uprawnień ubezpieczyciela. Dobra regulacja powinna premiować profilaktykę, a nie zachęcać do unikania kontroli. Rutynowe badania po wyleczeniu nie mogą być traktowane jak dowód trwającej choroby ani sposób na przesuwanie terminu zapomnienia.
Czy możesz podać jakieś przykłady, oczywiście zanonimizowane, z Twojej praktyki zawodowej?
W mojej praktyce zdarzały się jednostkowe odmowy zawarcia umowy oraz oferty z podwyższoną składką i ograniczonym zakresem ochrony wiele lat po leczeniu. To są wybrane przypadki i nie chcę, aby były traktowane jako ogląd całego rynku.
W pierwszym przypadku klientka ponad 12 lat po leczeniu wczesnego raka piersi, pozostająca bez nawrotu, otrzymała możliwość zawarcia ubezpieczenia na życie na standardowych warunkach. Ochronę na wypadek poważnego zachorowania zaproponowano jej jednak z wyłączeniem nawrotu raka piersi oraz nowotworów narządów rodnych. Formalnie mogła więc kupić dodatkową ochronę, ale nie obejmowałaby ona ryzyka, którego po przebytej chorobie obawiała się najbardziej.
W drugim przypadku klient ponad 10 lat po zakończeniu leczenia raka okolic odbytu otrzymał ofertę podstawowego ubezpieczenia na życie z wielokrotnie wyższą składką. Jednocześnie odmówiono mu możliwości dokupienia ochrony na wypadek poważnego zachorowania, niezdolności do pracy, wypłaty za operację chirurgiczną, czy pobyt w szpitalu. Oferta istniała więc formalnie, ale jej cena oraz ograniczony zakres sprawiały, że trudno było uznać ją za realne zabezpieczenie najważniejszych potrzeb klienta.
Najlepiej udokumentowanym przykładem jest prawomocnie zakończona sprawa przed Sądem Rejonowym dla Łodzi-Widzewa w Łodzi, sygn. VIII C 20/17 (tutaj przeczytacie uzasadnienie). Wyrok zapadł 20 kwietnia 2018 r., a uprawomocnił się 13 czerwca 2018 r. Sprawę opisała również Barbara Marlewska w „Wiadomościach Ubezpieczeniowych” 3/2018.
W dużym skrócie: kobieta chorowała na nowotwór piersi, a leczenie zakończyła w styczniu 2006 roku. Jesienią 2011 roku zgłosiła ból biodra, a diagnostyka wykluczyła zmiany przerzutowe i wykazała złamanie. W połowie 2013 roku została objęta grupowym ubezpieczeniem na życie z sumą 30 000 zł na wypadek śmierci. Kilka miesięcy później rozpoznano u niej wtórny nowotwór złośliwy kości i szpiku kostnego oraz osteolizę kości miednicy, czyli niszczenie tkanki kostnej. Zmarła w połowie 2015 roku.
Ubezpieczyciel odmówił wypłaty, uznając, że przy przystąpieniu podała nieprawdziwe informacje o stanie zdrowia. Mąż wystąpił do sądu, a ten zasądził świadczenie z odsetkami. Uznał, że to ubezpieczyciel miał wykazać zatajenie, czego nie zrobił. To prawomocny i dobrze udokumentowany przykład tego, że szersze lub węższe prawo do zapomnienia może mieć spory wpływ na nas lub na naszych bliskich.
Deklaracja zdrowotna była krótka. Dotyczyła między innymi niezdolności do pracy, dłuższej nieobecności chorobowej oraz regularnego leczenia lub nadzoru lekarskiego, z wyjątkiem profilaktyki. Nie zawierała pytania o ból biodra ani dolegliwości kostno-stawowe (klientka miała tego typu dolegliwości). Sąd ustalił, że ubezpieczona odpowiadała zgodnie ze swoją wiedzą: nie była wówczas regularnie leczona ani objęta stałym nadzorem, a wykonywane badania miały charakter profilaktyczny.
Klientka podpisała oświadczenie zgodnie ze swoją wiedzą i dodatkowo poinformowała agenta o nowotworze piersi. To wzmacnia systemowy sens tej sprawy. Ubezpieczyciel miał możliwość przeprowadzenia oceny ryzyka przed objęciem ochroną, ale z niej nie skorzystał. Dopiero po śmierci, na podstawie później analizowanej dokumentacji, próbował dowieść, że choroba lub leczenie istniały wcześniej. Prawo do zapomnienia powinno ustanawiać granicę, po której takiej rekonstrukcji dawnej historii nie można używać ani przy ocenie ryzyka, ani przy wypłacie świadczenia.
Środowisko ubezpieczeniowe, łagodnie pisząc, nie podeszło do sprawy prokonsumencko. Do projektu polskie ustawy zaproponowali najwyższy dopuszczalny próg, czyli 15 lat, i to tylko dla ubezpieczeń związanych z kredytami. Jak to oceniasz?
Moja krytyka dotyczy publicznego stanowiska Polskiej Izby Ubezpieczeń, a nie ludzi pracujących u konkretnych ubezpieczycieli. PIU proponuje okres 15-letni i wskazuje ryzyko wzrostu składek, ograniczenia oferty oraz przeniesienia kosztów na innych klientów. Te obawy należy traktować poważnie.
Jedną z nich jest antyselekcja, czyli sytuacja, w której osoby o podwyższonym ryzyku kupują ubezpieczenie częściej niż osoby o ryzyku przeciętnym, a liczba lub wartość świadczeń przekracza założenia przyjęte w taryfie. Tabela referencyjna nie ignoruje tego ryzyka. Krótszy okres dla danego rozpoznania powinien obowiązywać dopiero wtedy, gdy dane pokazują odpowiedni spadek ryzyka nawrotu i nadmiarowej śmiertelności. Analiza aktuarialna powinna dodatkowo uwzględniać rodzaj świadczenia, sumę ubezpieczenia, wiek i dostępne dane o roszczeniach.
Inny kierunek wskazało wspólnie pięć instytucji publicznych i medycznych: Rzecznik Finansowy, Rzecznik Praw Obywatelskich, Rzecznik Praw Pacjenta, Narodowy Instytut Onkologii oraz Polskie Towarzystwo Onkologiczne. W odniesieniu do ubezpieczeń stanowiących zabezpieczenie kredytu zaproponowały okres pięciu lat od zakończenia leczenia. Pokazuje to, że okres zdecydowanie krótszy niż postulowane przez PIU 15 lat ma poważne oparcie instytucjonalne, w tym w środowisku onkologicznym.
Stanowisko tych instytucji dotyczyło jednak zakresu projektu wdrażającego unijną dyrektywę. Nie pytano ich wówczas o kompleksową ochronę obejmującą indywidualne i grupowe ubezpieczenia na życie niezwiązane z kredytem. Myślę, że gdyby przedmiotem konsultacji był również ten szerszy zakres, mój postulat mógłby znaleźć ich poparcie. Mój postulat zakłada jednakową zasadę, niezależnie od tego, czy ubezpieczenie wiąże się z kredytem: prawo do zapomnienia po maksymalnie dziesięciu latach od wyleczenia oraz jeden system tabeli referencyjnej ustalający krótsze terminy na podstawie danych medycznych i aktuarialnych.
Sam udział ubezpieczycieli w konsultacjach jest potrzebny. Przejrzystość pozwoli pokazać, że proponowany okres wynika z rzeczywistego ryzyka, i ochroni branżę przed zarzutem, że próbuje przeforsować najdłuższy termin bez przedstawienia podstaw.
Inne głosy słychać ze strony społecznej i instytucji eksperckich. Większość mówi w tej sprawie jednym głosem. Na przykład przedstawicielka Onkofundacji Alivia mówi wprost – „będziemy konsekwentnie występować z wnioskiem o rozszerzenie tej ochrony również na umowy zawierane bezpośrednio z ubezpieczycielami”
Cieszy mnie też zapowiedź Fundacji Alivia, że będzie zabiegać o rozszerzenie ochrony na umowy zawierane bezpośrednio z ubezpieczycielem, a nie tylko przy kredycie. To dokładnie ta luka, której poświęcona jest cała petycja. Prekonsultacje pokazują, że pierwszy krok został zrobiony. Kolejnym powinno być objęcie tą samą zasadą wszystkich ubezpieczeń niezależnie, czy dotyczą kredytu konsumenckiego, hipotecznego, czy stanowią zabezpieczenie rodziny i dzieci.
A nie obawiasz się, że wdrożenie Twojej inicjatywy mogłoby spowodować, że wzrosną ceny składek ubezpieczeniowych dla ogółu Polaków, a nawet pogorszy się oferta niektórych produktów ubezpieczeniowych? Innymi słowy, czy ubezpieczyciele nie przestraszą się takich zapisów?
Jeżeli PIU ostrzega przed wzrostem składek albo ograniczeniem oferty, powinna pokazać założenia, dane i analizę wrażliwości. Wpływ takiego prawa na taryfę trzeba policzyć dla konkretnych produktów, sum ubezpieczenia i portfeli. Skutek zależy od liczebności grupy, rodzaju i wysokości świadczeń, sum ubezpieczenia, wymogów kapitałowych, kosztów obsługi i reasekuracji, a także od tego, czy zmienią się: moment zakupu, wybierane sumy oraz skłonność klientów do zawierania i utrzymywania umów.
Możemy jednak ograniczyć niepewność. Tabela referencyjna powinna mieć ostrożne kryteria, okresowy przegląd oraz monitoring wpływu na ceny, odmowy i szkodowość. Ustawa może wprowadzić obowiązek publikowania zagregowanych wskaźników oraz mechanizm korekty tabeli, jeżeli dane pokażą trwałą zmianę ryzyka.
Dobra regulacja może pomóc również ubezpieczycielom. Pracownik oceniający ryzyko otrzymuje jasną granicę, po której nie musi podejmować kolejnej indywidualnej decyzji dotyczącej choroby zakończonej wiele lat temu. Pracownik rozpatrujący roszczenie wie z kolei, że nie może odtworzyć tej historii przez klauzulę pierwszego zachorowania albo choroby istniejącej przed umową. Mniej uznaniowości oznacza mniejsze ryzyko sporów i bardziej przewidywalny proces.
A czy ubezpieczyciele w ogóle rozważają poszerzenie prawa do zapomnienia na wszystkich Polaków? Możesz się podzielić jakimiś opiniami „drugiej strony” na ten temat?
Na dziś publicznym stanowiskiem zbiorczym branży jest stanowisko Polskiej Izby Ubezpieczeń. Wśród agentów spotykam poparcie i wdzięczność za podjęcie tematu. Widzą koszt nieudanych spotkań oraz frustrację klienta, który wiele lat po leczeniu nie może uzyskać realnej ochrony. Potencjalnymi sojusznikami mogą być również pracownicy oceny ryzyka i osoby rozpatrujące roszczenia. Jasna granica ustawowa może zdjąć z nich ciężar trudnych decyzji.
Chcę zaprosić ubezpieczycieli do publicznej dyskusji prowadzącej do odpowiedzi na pięć pytań:
- Jaki zakres ubezpieczeń chcą objąć prawem?
- Na jakich danych opierają proponowany okres 15 lat i czemu nie wskazują potrzeby objęcia takim okresem wszystkich klientów, a nie tylko kredytobiorców?
- Czy popierają utworzenie tabeli referencyjnej?
- Jakie procedury wdrożą, aby proces wypłaty w przypadku objęcia prawem do zapomnienia przebiegał szybko i sprawnie?
- Czy w kontekście prawa do zapomnienia opowiadają się za wykluczeniem z wzorców umownych z zapisami dot. pierwszego zachorowania i choroby istniejącej przed umową?
Inne kraje Unii Europejskiej również są zobligowane do wdrożenia dyrektywy 2023/2225. Część z nich już to zrobiła. Powiedz proszę, w których krajach ograniczono się do ubezpieczeń powiązanych z kredytami, a w których zliberalizowano zasady i w jaki sposób?
Minimum wynikające z dyrektywy jest wąskie. Obejmuje wykorzystanie danych onkologicznych przy ubezpieczeniu powiązanym z kredytem konsumenckim objętym dyrektywą. Nie jest to jedyny model zastosowany w Europie. Francja, Belgia i Portugalia wiążą znaczną część ochrony z określonymi kredytami albo ubezpieczeniami służącymi ich spłacie. Hiszpania, Włochy, Rumunia i Niderlandy pokazują natomiast różne rozwiązania wykraczające w różnym zakresie poza minimalny model kredytowy.
Według oficjalnego komunikatu rządu Niderlandów z 2020 roku wobec osób, u których nowotwór rozpoznano po ukończeniu 21. roku życia, przyjęto okres 10-letni przy ubezpieczeniach na wypadek śmierci i ubezpieczeniach pogrzebowych. Dla osób, które zachorowały wcześniej, okres wynosił pięć lat, a dla wybranych nowotworów zapowiedziano krótsze terminy.
We Włoszech obowiązuje ogólny okres 10 lat od zakończenia aktywnego leczenia bez nawrotu oraz pięć lat, jeżeli chorobę rozpoznano przed ukończeniem 21. roku życia. Także tam funkcjonuje tabela krótszych okresów dla wybranych nowotworów. Nie dowodzę, że 10 lat jest idealnym okresem dla Polski. Pokazuję jednak, że wiele krajów europejskich wskazuje ten okres jako nieprzekraczalny dla prawa do zapomnienia.
Ciekawą lekcję daje rynek w Portugalii, gdzie ubezpieczyciele dążyli do tego, by klient przed podpisaniem umowy musiał pokazać specjalne zaświadczenie od lekarza. Szef tamtejszej izby ubezpieczeń, José Galamba de Oliveira, tłumaczył to chęcią uniknięcia sporów i apelował o wprowadzenie „jednolitych wzorów deklaracji i zaświadczeń medycznych”, które czarno na białym potwierdzałyby zakończenie leczenia.
Z punktu widzenia ubezpieczycieli intencje były zrozumiałe chciały mieć jasne reguły i pewność, na czym stoją. W praktyce jednak wyszła z tego biurokratyczna pułapka. Taki dokument trzeba najpierw wyciągnąć od lekarza, a w dodatku łatwo go zgubić lub po prostu zapomnieć zabrać ze sobą do banku, czy do agenta. W efekcie brak jednej strony papieru potrafiłby w decydującym momencie zablokować zakup polisy i wstrzymać wypłatę kredytu na mieszkanie.
A jak oceniasz w ogóle poziom niedoubezpieczenia w Polsce? Czy faktycznie jest tak, że kupujemy za mało ubezpieczeń, a jeżeli już się ubezpieczamy, to na zdecydowanie zbyt mały zakres?
Nie chciałbym ogłaszać, że „Polacy są niedoubezpieczeni”, bez wskazania miary i wiarygodnych danych porównawczych. Niedoubezpieczenie trzeba oceniać na poziomie gospodarstwa domowego. Pytamy, czy suma świadczeń wystarczy na spłatę zobowiązań, zastąpienie części utraconego dochodu, utrzymanie osób zależnych i sfinansowanie dodatkowych kosztów choroby. Bierzemy też pod uwagę ryzyko związane z wykonywanym zawodem. Dopiero zestawienie tych potrzeb z istniejącymi polisami, oszczędnościami i świadczeniami publicznymi pokazuje lukę w braku istotnych elementów w naszej ochronie lub po prostu za niską sumę ubezpieczenia.
Ubezpieczenie grupowe nie jest z definicji złe. Może być niedrogim i łatwo dostępnym fundamentem ochrony, szczególnie gdy ocena zdrowia jest uproszczona. Jego ograniczeniami bywają niższe sumy, zależność od zatrudnienia, węższe definicje zdarzeń, karencje i mniejsza możliwość dopasowania. Wszystko trzeba sprawdzać w konkretnych warunkach, a nie na podstawie samej etykiety „grupówka”.
Można mieć kilka polis na życie, a świadczenia osobowe co do zasady mogą się kumulować, jeżeli zdarzenie spełnia warunki każdej umowy. Każda umowa ubezpieczenia ma własne definicje, wyłączenia, terminy i sumy. Rola dobrego pośrednika polega na rozpoznaniu potrzeb i pokazaniu tych różnic prostym językiem. Celem jest ustalenie, jaki problem finansowy ma rozwiązać ochrona, a nie jak największej liczby umów.
Z różnych badań wynika, że Polacy nieufnie podchodzą do ubezpieczycieli. Obawiamy się „haczyków”, skomplikowanych i niejasnych zapisów w OWU oraz tego, że jak przyjdzie co do czego, to ubezpieczyciel się „wypnie” i nie wypłaci odszkodowania. A my wtedy już nawet nie będziemy mogli walczyć, bo albo będziemy ciężko chorzy, albo martwi. Powiedz proszę jak to wygląda z Twojej perspektywy.
Zaufania nie buduje się zapewnieniem, że klient ma „po prostu przeczytać OWU”. Buduje się je przez jasne definicje, zrozumiałą informację przed zawarciem umowy, rzetelne badanie potrzeb oraz przewidywalne rozpatrywanie roszczeń. W ubezpieczeniach na życie częściej mówimy o świadczeniu niż o odszkodowaniu. Klient powinien przed podpisaniem wniosku rozumieć, jakie zdarzenie uruchamia wypłatę i jakie są główne wyłączenia.
Nie powiedziałbym, że umowa „nie działa tak, jak powinna”, bez analizy dokumentów. Mogę natomiast wskazać konstrukcje zwiększające ryzyko rozminięcia oczekiwań z ochroną: niejednoznaczne definicje pierwszego zachorowania, szeroki zakres klauzul choroby istniejącej przed umową, niejasny początek okresu od zakończenia leczenia i powrót dawnej dokumentacji dopiero na etapie roszczenia.
Prawo do zapomnienia powinno działać od podpisania wniosku o zawarcie umowy aż do wypłaty. Ubezpieczyciele nadal mogliby konkurować wyższymi sumami, szerszą ochroną i lepszą obsługą. Nie powinni natomiast konkurować stopniem niejasności podstawowej ochrony ani przerzucać na rodzinę ciężaru dowodzenia przed sądem, że dawna choroba zmarłego ubezpieczonego nie mogła być podstawą do odmowy wypłaty świadczenia.
Jeżeli osoba prawidłowo przystąpiła do ubezpieczenia i płaciła składkę należną za wybrany wariant, nie wolno tworzyć ukrytej drugiej selekcji dopiero po zdarzeniu. Po okresie zapomnienia dawna choroba nie może wrócić pod inną nazwą. Taka granica chroni klienta, pomaga agentowi uczciwie wyjaśniać umowę i daje pracownikom ubezpieczyciela przewidywalne reguły działania.
Proponuję ubezpieczycielom jasne standardy. Jako człowiek z branży chcę, aby umowa spełniała obietnicę, którą klient rozumiał przy jej zawieraniu. Przewidywalna ochrona, której zakres nie zmienia się dopiero po wystąpieniu zdarzenia, jest najprostszą drogą do większego zaufania i mniejszej liczby sporów.
Dziękuję za rozmowę i życzę powodzenia w realizacji petycji!
Zdjęcie główne: wygenerowane w Gemini

