Średni wzrost wynagrodzeń jest coraz niższy, ale przeciętnie pensje wciąż wyprzedzają inflację. Czy warto oprzeć na tym mechanizmie nasze oszczędzanie? Oto podrzucony przez jednego z czytelników „Subiektywnie o Finansach” pomysł na algorytm dotyczący odkładania pieniędzy, który będzie działał zawsze… dopóki nasze dochody będą realnie rosły. Co o tym myślicie? Czy warto oprzeć oszczędzanie o realny wzrost wynagrodzenia?
Ujawnienie: artykuł powstał w ramach współpracy z Goldsaver i Goldenmark, Partnerami Strategicznymi i komercyjnymi „Subiektywnie o Finansach”
- Bezpieczne lokowanie pieniędzy: na bankach świat się nie kończy. Jakie są możliwości „parkowania” pieniędzy poza bankami? [POWERED BY UNIQA TFI]
- „Kredytówka” bez kruczków? Jakie cechy powinna mieć karta kredytowa jako źródło awaryjnej płynności? I czy ta karta „dowozi”? [POWERED BY UNICREDIT]
- Jak powinno być ustalane „sprawiedliwe” oprocentowanie pieniędzy, które trzymamy w bankach? I dlaczego to my musimy o to walczyć? [POWERED BY TRADE REPUBLIC]
Niedawno Główny Urząd Statystyczny podał, że wzrost wynagrodzeń w Polsce jest najniższy od dawna i wynosi tylko 5,5% w skali roku. To oczywiście tylko średnia, która nie odzwierciedla sytuacji każdego z nas – jedni dostali podwyżkę, inni obniżkę pensji, jeszcze innym nic się nie zmieniło. Poza tym ten wskaźnik nie jest tak naprawdę „średnią”, tylko pokazuje, o ile rosną pensje w największych firmach (obejmujących połowę wszystkich pracujących Polaków).
Ale nie zmienia to faktu, że ta liczba jest ważna, bo pokazuje, jaka jest mniej więcej sytuacja w naszych wynagrodzeniach. Nawet jeśli tylko co trzeci Polak zarabia powyżej tej średniej (wynoszącej 9233 zł brutto, czyli ok. 6600 zł na rękę), to przynajmniej wynika z niej, czy warto iść do szefa po podwyżkę. Ale nie o tym jest ten felietonik.
A może oszczędzać tyle, ile wynosi realny wzrost wynagrodzenia?
Ponieważ wielu z nas ma kłopot z systematycznym oszczędzaniem – zawsze brakuje na to pieniędzy – to jeden z czytelników zaproponował, żebyśmy w „Subiektywnie o Finansach” przetestowali i być może promowali algorytm uzależniający kwotę odkładanych pieniędzy (np. na konto oszczędnościowe) od GUS-owskiego lub indywidualnego wskaźnika realnego wzrostu wynagrodzeń. Jak to mogłoby wyglądać?
Otóż średnie wynagrodzenie w gospodarce narodowej wzrosło – zdaniem państwowego urzędu statystycznego – o 5,5%. Inflacja wynosi równe 3% według danych za lipiec. Łatwo wysunąć z tego wniosek, że realnie wynagrodzenie Polaka powinno wzrosnąć w minionych 12 miesiącach o 2,5%. A więc o tyle powinno nam „poprawić się” w domowym budżecie. A jeśli się poprawiło, to być może jest to powód, by te pieniądze „zainwestować” na przyszłość. Czyli odłożyć na konto oszczędnościowe, wpłacić do funduszu inwestycyjnego, kupić kawałek złota, albo jakiś ETF.

Jeśli kierowalibyśmy się tym punktem odniesienia, to przez kolejne trzy miesiące powinniśmy wpłacać na oszczędności 2,5% naszych dochodów. Jeśli ktoś zarabia 6000 zł, to powinien przekierować na konto oszczędnościowe albo na jakieś inwestycje 150 zł. Jeśli ktoś ma 10 000 zł na rękę, to powinien odkładać po 250 zł. Raz na jakiś czas – np. co kwartał – te dane mogą być aktualizowane, czyli znów liczymy wzrost wynagrodzeń, porównujemy z inflacją i wyliczamy, o ile realnie nam się poprawiło i tę kwotę odkładamy co miesiąc na oszczędności.
Oczywiście: najlepiej byłoby to zrobić w odniesieniu do osobistej sytuacji, a nie średniej krajowej, która nie musi mieć nic wspólnego z naszym wynagrodzeniem. A więc co kwartał liczyć, o ile przez ostatni rok zwiększyły nam się dochody (czyli pensja podstawowa plus premie plus dodatkowe dochody za ostatnie cztery kwartały) i porównywać to z poziomem inflacji. I tak wyliczony wskaźnik traktować jak punkt odniesienia do comiesięcznego oszczędzania.
Nie jest to łatwe, wbrew pozorom, bo wymaga dość zaawansowanej „buchalterii”. Ale jest jak najbardziej „robialne” i uzasadnione. Ta strategia ma pewien słaby punkt – powoduje, że odkładamy pieniądze tylko wtedy, kiedy nam się poprawia. Z jednej strony to jest logiczne, ale z drugiej – niepraktyczne. Bo wtedy kula oszczędności nie rośnie w gorszych czasach (czyli sumarycznie rośnie wolniej). Ale z drugiej strony: wtedy oszczędza się łatwiej, bo wiemy, że algorytm działa „sprawiedliwie”, zabierając nam pieniądze z konsumpcji tylko wtedy, gdy pieniędzy jest więcej.
Jak szybko powinno rosnąć wynagrodzenie, żeby algorytm „robił robotę”?
Problem w tym, że ten sposób oszczędzania powoduje, iż kula śniegowa oszczędności nie będzie rosła zbyt szybko, o ile nie jesteśmy na szybkiej fali wznoszącej jeśli chodzi o nasze zarobki. Znam sporo osób, które dostają po 10-15% podwyżki z roku na rok – w ich przypadku oszczędności liczone od realnej poprawy sytuacji finansowej będą gromadziły się szybko, w tempie 500-700 zł miesięcznie. Ale większość z nas tak dobrze nie ma i raczej już dziś zarabia realnie mniej więcej tyle samo, co rok temu.
Ten algorytm można modyfikować – a więc np. dodać mu jakiś mnożnik. Przykładowo niech to będzie booster podwajający procent dochodów przeznaczany na oszczędności. Jeśli więc realny wzrost wynagrodzenia w ostatnim roku wyniósł 2,5%, to na oszczędności przeznaczamy 5% comiesięcznej pensji netto. I nawet można to sensownie wytłumaczyć: statystyka mówi, że kilka procent naszych wydatków to wyrzucanie pieniędzy w błoto, więc oszczędzamy nie tylko tę kwotę, o którą nam się poprawiło, ale też kierujemy na oszczędności kilka procent dochodów, które normalnie by nam przeciekły przez palce.
Jakie z tego algorytmu mogłyby płynąć korzyści? Policzyłem to w perspektywie 20 lat w trzech wariantach, za każdym razem ze startem w punkcie 5000 zł wynagrodzenia na rękę. Pierwszy wariant jest ultraoptymistyczny i zakłada wzrost realny wynagrodzenia o 10% rocznie. W tym wariancie oszczędności – nie uwzględniając ich inwestowania, ani oprocentowania, ale też bez podatków – wyniosą niemal 340 000 zł. Przy inwestowaniu jest szansa, że będzie z tego ok. 600 000 zł, zakładając stopę zwrotu 10% rocznie.
W wariancie zakładającym stały, 5-procentowy realny wzrost wynagrodzenia przez 20 lat – będziemy w stanie wygenerować z naszego algorytmu niemal 100 000 zł oszczędności przez 20 lat. A w wariancie zakładającym tylko 2,5-procentowy średnioroczny wzrost wynagrodzenia przez 20 lat – mówimy o 37 000 zł oszczędności. Mówimy o kwotach, które – bez żadnego oprocentowania – zbierzemy odcinając od swojego wynagrodzenia tylko tę część, która jest realnym wzrostem.
Oszczędzać, konsumować czy… inwestować w jakość życia?
Oczywiście to ma też swoją cenę: realny wzrost wynagrodzenia, jeśli zostanie przeznaczony na poprawę jakości życia, daje innego rodzaju korzyści. Żyje się lepiej, zdrowiej, wygodniej. Pieniądze to nie wszystko. Można więc zrobić mnożnik „ujemny”, czyli przeznaczać na odkładanie tylko połowę realnego wzrostu swojego wynagrodzenia. Wtedy jednak – jeśli mają być z tego spore pieniądze – musimy stawiać na średnioroczny wzrost wynagrodzenia o 10%. Wtedy na oszczędności pójdzie 5% miesięcznych zarobków, co da szansę na zebranie przyzwoitej kwoty.
Ale z drugiej strony: jeśli realny wzrost wynagrodzenia przeznaczymy go na konsumpcję – to go „przejadamy” w imię chwilowej przyjemności. Nie ma z tego ani poprawy życia, ani oszczędności. I to jest chyba najmniej fajny scenariusz, w którym realny wzrost wynagrodzenia nie jest przetwarzany na żadną długoterminową korzyść. Jak Wam się podoba ten algorytm?
——————————
Marta Dębska, ekspertka rynku złota Goldsaver i Goldenmark
W połowie tego roku inflacja spadła do celu NBP, płace nadal rosły, ale przeciętna lokata bankowa nie chroniła oszczędności Polaków. Po uwzględnieniu podatku Belki i wzrostu cen realny wynik z typowego depozytu pozostawał ujemny (-0,15%). Mimo tego portfele Polaków złapały oddech – niższa presja cenowa i utrzymujący się wzrost wynagrodzeń stworzyły więcej przestrzeni w domowych budżetach.
Pokazuje to Indeks Realnego Portfela Polaka (IRPP), autorski wskaźnik opracowany przez ekspertów Goldenmark i Goldsaver, który w czerwcu br. wyniósł 3,2 pkt. Indeks mierzy realną siłę nabywczą portfela statystycznego Polaka, uwzględniając m.in. dane dotyczące wynagrodzeń, inflacji oraz oszczędności. Tę chwilową ulgę warto wykorzystać przede wszystkim na budowę długoterminowych oszczędności.
Średnie oprocentowanie nowych depozytów w bankach wyniosło w czerwcu 2,9% brutto. Po uwzględnieniu 19-procentowego podatku od zysków kapitałowych (podatku Belki), realna stawka trafiająca do kieszeni oszczędzającego to 2,35%. Przy inflacji na poziomie 2,5% oznacza to, że przeciętna lokata bankowa nadal przynosi niewielką realną stratę.
Niższa inflacja sprawiła, że pieniądze w bankach nie tracą już na wartości tak drastycznie, jak w poprzednich latach, jednak przeciętny depozyt wciąż nie chroni kapitału w 100%. Aby wygenerować realną nadwyżkę po opodatkowaniu, konieczne pozostaje poszukiwanie ofert promocyjnych lub lokowanie oszczędności w aktywach odpornych na inflację.
Przeciętna pensja brutto w sektorze przedsiębiorstw sięgnęła w czerwcu 9 401 zł (+5,9% w skali roku). Po skorygowaniu o niską, 2,5-procentową inflację, realny wzrost wynagrodzeń wyniósł +3,3% w skali roku. Łącząc tę dynamikę z realną stopą oszczędzania po opodatkowaniu (-0,15%), otrzymujemy wartość Indeksu Realnego Portfela Polaka (IRPP) na poziomie 3,2 pkt. To wyraźny skok w porównaniu z poprzednimi miesiącami. Już 35. miesiąc z rzędu nasze realne dochody rosną.
Co te dane oznaczają dla budżetu inwestycyjnego? Idealne okno transferowe do budowania trwałych nadwyżek majątkowych. Mamy do dyspozycji realnie więcej „wolnej gotówki” niż w poprzednich miesiącach. Sytuacja, w której inflacja mocno wyhamowała, a realne płace rosną, nie będzie jednak trwać wiecznie. Zamiast przeznaczać nadwyżkę wyłącznie na bieżącą, wakacyjną konsumpcję, warto wykorzystać ten finansowy oddech na uszczelnienie portfela i dywersyfikację oszczędności.
To wymaga dyscypliny: wygrywamy wyścig z inflacją, a nasza przewaga wyraźnie wzrosła. Pamiętajmy jednak, że pasywne trzymanie kapitału na standardowych rachunkach bankowych – z powodu podatku Belki i inflacji – nadal nie gwarantuje pełnej ochrony wartości pieniądza. Mądre zarządzanie finansami polega na wykorzystywaniu właśnie takich dobrych miesięcy do zamiany papierowej nadwyżki na twarde aktywa o długoterminowym horyzoncie ochrony wartości.
————————
CZYTAJ TEŻ:
————————

Odbierz za darmo e-book o lokowaniu w złoto. Zastanawiasz się, czy złoto jest dla Ciebie? Zobacz raport specjalny „Jak lokować oszczędności w złocie?”, który ekipa „Subiektywnie o Finansach” przygotowała wspólnie z firmą Goldsaver. Co w raporcie? Jak złoto w przeszłości chroniło wartość? Trzy formy, w których można kupić złoto. Jak bezpiecznie kupować złoto fizyczne? Jak sprawdzić autentyczność złotej sztabki lub monety? Dlaczego złoto zawsze miało i będzie miało wartość? Raport możesz pobrać zupełnie bezpłatnie – wystarczy zarejestrować się w sklepie Goldsaver.pl tutaj lub zapisać się do newslettera Goldsaver.
————————
ZAPROSZENIE:
Zapraszamy do zapoznania się z ofertą sklepu Goldsaver, który jest Partnerem komercyjnego cyklu edukacyjnego „Stać cię na złoto” w „Subiektywnie o Finansach”. W Goldsaver każdy może kupić sztabkę złota po kawałku we własnym tempie i bez zobowiązań. Kliknij ten link, załóż konto i kupuj złoto w częściach. W jakiej cenie kupujesz złoto? W Goldsaver zawsze jest to kurs złota w NBP powiększony o 6,9% (koszt przechowywania, pakowania, wysyłki oraz marża sprzedawcy). Z kolei cena złota w NBP odzwierciedla kurs z londyńskiej giełdy metali.
Za marką Goldsaver stoi – należący do tej samej grupy kapitałowej – Goldenmark, czyli jeden z najważniejszych na polskim rynku dystrybutor metali szlachetnych, posiadający 24 salony premium w największych miastach. W ciągu 15 lat działalności dostarczył Polakom ponad 600 000 uncji, czyli około 20 ton fizycznego złota. Goldenmark współpracuje z renomowanymi producentami, posiadającymi akredytację LBMA (London Bullion Market Association), takimi jak niemiecki C.HAFNER, United States Mint czy Rand Refinery z RPA.
——————————–
Goldsaver i Goldenmark są Partnerami komercyjnego cyklu edukacyjnego „Stać cię na złoto” w „Subiektywnie o Finansach”. W Goldsaver każdy może kupić sztabkę złota po kawałku we własnym tempie i bez zobowiązań. W sklepach Goldenmark – także fizycznej sieci placówek – można kupić kruszce i inne aktywa alternatywne. Autor komentarza – Michał Tekliński jest ekspertem rynku złota Goldsaver i Goldenmark.


zdjęcie tytułowe: Pixabay


