Pieniądze zarabiane na posiadaczach nie używanych kont to stała pozycja w „budżetach prowizyjnych” większości banków. O ile jeszcze kiedyś posiadanie rachunku, który świeci pustkami, nie niosło za sobą żadnych negatywnych konsekwencji, to teraz – zwłaszcza, gdy klient wziął też kartę debetową – jest już surowo karane. Na domiar złego nie wszystkie banki uczciwie uprzedzają nieaktywnych klientów o istniejącym zadłużeniu wynikającym z nieużywania konta. Przypominają sobie o ściągnięciu zaległych opłat dopiero wtedy, gdy w grę wchodzą już kwoty idące w setki złotych. Otrzymując monit z żądaniem zapłaty np. 150 zł za konto bankowe, o którego istnieniu dawno zapomnieliśmy, czujemy się zagonieni do narożnika. Niesłusznie. Jedna z moich czytelniczek odpowiedziała kontrą i wygrała z bankiem na punkty. Wygrała, jak twierdzi, z nudów. Bo mogła i chciała się z bankowcami podroczyć.

„Miałam kiedyś konto w Getin Banku z kartą umożliwiającą cash-back. Zapomniałam o nim na jakiś czas. Przypomniałam sobie parę miesięcy temu i ze strachem w oczach postanowiłam sprawdzić naliczone opłaty. Było prawie 100 zł”

– pisze pani Iwona. Oczywiście natychmiast zadzwoniła do banku i zapytała dlaczego jest winna aż tyle. Okazało się, że jej konto promocyjne, z naliczanym money-backiem za transakcje kartowe, zostało przekształcone w standardowe konto GetinUp, które – jeśli nieużywane – jest potwornie drogie. Pani Iwona najpierw zalała się zimnym potem, a potem zaczęła szukać punktów zaczepienia.

„Nie kojarzyłam żadnej informacji z banku – listownej, ani mailowej, że moje konto zmienia się w zwykłe. W dodatku w panelu logowania nazwa konta była nadal „promocyjna”, a nie GetinUp”

Konsultantka podobno motała się w zeznaniach i nie była w stanie wytłumaczyć na jakiej podstawie bank zmienił jej pakiet i nie poinformował o tej zmianie listem lub mejlem, za to zaczął naliczać opłaty. Pani Iwona grzecznie wysłuchała jej wywodów, a potem równie grzecznie poprosiła o umorzenie opłat naliczonych na koncie. Konsultantka powiedziała, że może co najwyżej przyjąć skargę, która zostanie rozpatrzona przez „wyższe czynniki” w banku. Jakiś czas później pani Iwona otrzymała od banku odpowiedź:

„W przypadku wystąpienia salda ujemnego na rachunku możemy prowadzić działania windykacyjne (m.in. wysyłka monitów). Niemniej jednak, powyższe nie jest regulaminowym bądź umownym naszym obowiązkiem, w związku z czym brak podjęcia działań windykacyjnych oraz brak rozwiązania przedmiotowej umowy o prowadzenie ROR nie stanowi z naszej strony naruszenia. W świetle powyższych faktów informujemy, że nie mamy podstaw do anulowania zadłużenia powstałego na przedmiotowym rachunku. Prosimy o uregulowanie zaległości”

– odpisał bank. Nic nadzwyczajnego: oni zawsze tak odpowiadają klientowi, który jeszcze nie zaczął się awanturować. Ale pani Iwona ma alergię na sytuację, w której jest przyparta do muru. Wyciągnęła więc asa z rękawa. Szczęśliwym trafem przypomniała sobie, że na okres trwania promocji – czyli jeszcze zanim przekształcono konto w standardowy pakiet GetinUp – przypadał koniec ważności jej karty debetowej. I że nowej karty nie dostała (nie wiadomo czy bank nie wysłał, czy wysłał, ale przesyłka zaginęła). A więc nie mogłaby spełnić warunków darmowości konta GetinUp, czyli wykonać określonej liczby płatności kartowych, by nie płacić za konto, w które przekształcono jej poprzedni rachunek.

„Nie mogę spełnić warunków umowy bez aktywnej karty debetowej, a mimo ostatniej rozmowy z państwa konsultantem nadal nie otrzymałam nowej karty”

– argumentowała pani Iwona. Wymiana maili trwała dobrych kilka tygodni, aż w końcu bank powiedział „pas”. Napisali, że generalnie klientka nie ma racji i że oni nie wiedzą z kim pani Iwona rozmawiała (w sensie: który pracownik plątał się w zeznaniach, bo przecież nie miałby żadnego powodu, żeby się plątać), ale… w imię dobrej współpracy umarzają tę stówkę długu.

„Macieju, wiesz jak się czuję? Absolutnie fantastycznie – jak Joanna d’Arc, albo inna silna postać kobieca. Jak damskie wydanie bohatera domu z reklamy Leroy Merlin. Zadłużenie nie było duże, mogłam je spokojnie spłacić, ale tknęło mnie coś, co chciało zrobić bankowi małego psikusa – tak dla urozmaicenia życia :-)”

Spierając się z bankami czasem nie wystarczy mieć rację. Trzeba też cierpliwości, czasu i pomysłu, by znaleźć argumenty przyciskające bankowców do ściany. W tym przypadku bank miał trochę za uszami: zmienił klientce pakiet ROR na droższy (najpewniej miał do tego prawo), ale nie poinformował jej, że będzie płaciła prowizje za nieużywanie karty i na dodatek tej karty jej nie dostarczył (a w każdym razie nie dostarczył prawidłowo, a więc nie ma żadnego dowodu na to, że otrzymała plastik do ręki). A na koniec jeszcze „zapomniał” wysyłać sukcesywnie monity, tylko czekał aż dług osiągnie postać trzycyfrową. Oczywiście: bank mógł też walczyć do upadłego – jak nie tak dawno Raiffeisen, który w dwóch instancjach w sądzie toczył śmiertelny bój o jakieś 5 zł – ale potrafił poskromić swą dzikość. Za to należy mu się mały plus na drodze to tego, by wreszcie nauczyć tego konia latać ;-).

Share This

Zapisz się na mój newsletter!

 

W prezencie otrzymasz:

- Wstęp na e-spotkania, na których odpowiem na Twoje pytania

- Pakiet e-booków z praktycznymi poradami finansowymi

- Dostęp do dokumentów ułatwiających walkę o Twoje prawa (wkrótce)

Gratulacje! Jesteś zapisany!