Spłynęły wreszcie grudniowe statystyki dotyczące rynku funduszy inwestycyjnych. To druga najpopularniejsza forma gromadzenia przez Polaków oszczędności, więc zawsze pod koniec roku przeglądam te cyferki z wypiekami na twarzy. Z danych, które zebrał serwis Analizy.pl, czyli alfa i omega statystyczna, wynika, że w funduszach inwestycyjnych jest aż 259 mld zł naszych pieniędzy, a więc o 6,7 mld zł więcej, niż przed rokiem.

To ogromna kasa, ale trzeba od razu zaznaczyć, że dużą część z niej stanowią aktywa wniesione przez firmy i instytucje finansowe do funduszy specjalistycznych, zamkniętych i funduszy aktywów niepublicznych. Tego typu fundusze inwestycyjne stanowią bowiem wygodne „opakowanie” zapewniające preferencyjne opodatkowanie (inna sprawa, że rząd preferencję właśnie kasuje, więc w grudniu z tych funduszy odpłynęło 10 mld zł). Mniej więcej połowa kasy w funduszach to pieniądze zwykłych ludzi.

W FUNDUSZACH MAMY TYLE KASY, ILE W… 2007 R.

Z danych publikowanych przez Analizy.pl można wyczytać, że w funduszach inwestycyjnych trzymacie – jako klienci detaliczni, zwykli ciułacze i zjadacze bułek ze smalcem – „drobne” 135 mld zł. I że w zeszłym roku wpłaciliście do nich jakieś 5 mld zł nowych pieniędzy. Obie te liczby robią wrażenie pokaźnych dopóki nie nałożymy na nie tła. Otóż te 135 mld zł to mniej więcej tyle, ile mieliśmy w funduszach… pod koniec 2007 r.

W czasie kryzysu finansowego fundusze straciły nasze zaufanie i aż połowę pieniędzy – głównie z powodu ogromnej przeceny akcji w powiązaniu z wcześniejszym missellingiem, nieetyczną reklamą i obiecywaniem nam gruszek na wierzbie (pamiętacie te zieloniutkie reklamy pokazujące 170% zysku w ciągu roku?). Aż trudno uwierzyć, że dopiero teraz, po dziewięciu latach, fundusze zdołały wrócić do stanu posiadania naszych pieniędzy, jaki miały przed kryzysem.

W tym czasie – czyli też przez dziewięć lat – wartość naszych depozytów w bankach więcej, niż się podwoiła. Dla porównania pokażę jak mniej więcej w tym samym czasie zmieniały się giełdowe indeksy – nie wszystkie odrobiły straty z lat 2008-2009.

DO FUNDUSZY WPŁACILIŚMY 5 MLD ZŁ. DO BANKÓW – PONAD 30 MLD ZŁ

Jako się rzekło, w zeszłym roku wpłaciliśmy do funduszy 5 mld zł, co na pierwszy rzut oka też wygląda dobrze (tak samo, jak 135 mld zł aktywów w funduszach detalicznych). Przestaje tak wyglądać, gdy zerkniemy do statystyk NBP i KNF, z których wynika, że w tym samym czasie (a nawet krótszym, bo w KNF nie ma jeszcze danych za grudzień) wartość depozytów gospodarstw domowych w bankach wzrosła z 666 mld zł do 708 mld zł, a więc o jakieś 42 mld zł. Z tego mniej więcej 10 mld zł stanowiły odsetki dopisane do „starych” depozytów.

Ale i tak porównanie napływu świeżych pieniędzy do banków (plus 32 mld zł bez grudnia) oraz do funduszy inwestycyjnych (plus 5 mld zł) nie pozostawia złudzeń kto w zeszłym roku wygrał bój o nasze pieniądze. Tylko co siódma złotówka naszych nowych oszczędności popłynęła do powierników. Funduszom nie pomogło ani niskie oprocentowanie depozytów, ani w sumie dobre wyniki spółek giełdowych (na polskich akcjach małych i średnich firm można było zarobić 15%, choć okazało się to dopiero pod koniec roku).

W JAKICH FUDUSZACH NAJCHĘTNIEJ TRZYMAMY KASĘ?

Tu kolejna kiepska wiadomość. Otóż najpopularnisjzą dziś grupą funduszy są te, które inwestują w obligacje (mają 43,5 mld zł naszych pieniędzy). Tak się składa, że w najbliższych miesiącach te fundusze nie pokażą zbyt dobrych wyników (nie lubią, gdy zaczyna się zapowiadać na podwyżki stóp procentowych).

W zeszłym roku wpłacaliśmy pieniądze głównie do nich, a także do funduszy gotówkowych (najbezpieczniejszych) i absolutnej stopy zwrotu (mają zarabiać ciut lepiej, niż depozyt, ale przede wszystkim chronić kapitał). Wycofywaliśmy za to kasę z funduszy mieszanych (to akurat słusznie, relacja wysokości opłat do generowanych zysków jest w nich nędzna) oraz – i tu druga zła wiadomość – z funduszy akcji (mamy w nich już tylko 28 mld zł).

Jak pokażę poniżej, to właśnie na funduszach akcji można było w zeszłym roku zarobić pieniądze. Ale Polak wolał nie zarabiać, tylko kisić się w funduszach bezpiecznych. Niewykluczone, że – jak to często bywa – Polak skusi się do przeniesienia części pieniędzy do funduszy akcji dopiero wtedy, gdy ceny będą na szczycie. I znów straci.

NAJLEPSZE STRZAŁY MINIONEGO ROKU

To te, które lokowały pieniądze na rynku surowcowym (jedną z lepszych inwestycji było bardzo przecenione w poprzednich latach złoto) oraz w akcje spółek… rosyjskich. To ostatnie może dziwić – kto przy zdrowych zmysłach wkładałby pieniądze tam, gdzie może przyjść watażka z Kremla i w każdej chwili dekretem wszystko zabrać – ale akcje spółek rosyjskich były już tak przerażająco tanie, że wystarczyła perspektywa wzrostu cen ropy naftowej i gazu, żeby mocno odbiły.

Dobrze można było zarobić lokując pieniądze w funduszach kupujących spółki z Ameryki Łacińskiej, a także – co mnie bardzo cieszy – akcje spółek dywidendowych z całego świata. Uważam, że to najlepsza rzecz dla każdego posiadacza kapitału: stabilne, duże spółki, wypłacające co roku dywidendę. Na polskiej giełdzie w zeszłym roku średnia dywidenda wyniosła 5% wartości akcji. Czyli znacznie więcej, niż jakikolwiek depozyt.

PIĘĆ LAT FUNDUSZY: KTO SIĘ ODWAŻYŁ – ZAROBIŁ

Na polskim rynku kapitałowym – przynajmniej patrząc na wyceny największych spółek – przez kilka ostatnich lat panowała flauta. Wartość tych akcji albo stała w miejscu, albo nawet spadała. Teraz jednak – od kilku miesięcy – jest coraz lepiej. A patrząc na statystyki zarobków różnych rodzajów funduszy za ostatnich pięć lat – naprawdę nie ma powodu do narzekań. Kto przez ostatnich pięć lat trzymał pieniądze w funduszach inwestujących w polskie średnie spółki – zarobił 70% (czyli średnio 14% rocznie).

Kto postawił na akcje amerykańskie (w Polsce są fundusze, które pozwalają tak inwestować) – jest 56% na plusie. Fundusze międzykontynentalne zarobiły średnio 55%. Akcji azjatyckich – 25%. To kolejny dowód na to, że lokowanie pieniędzy na rynku kapitałowym wymaga cierpliwości. W długiej perspektywie bywa tak, że nie w każdym roku ceny akcji są wyceniane według swojej „prawdziwej” wartości, ale prędzej czy później nadchodzi „sprawiedliwość”.