Temat wejścia Polski do strefy euro zszedł w Polsce z politycznej agendy. Większość Polaków jest przeciwna porzuceniu złotego, niewielu polityków w ogóle chce się zastanawiać nad takim scenariuszem. Tymczasem coraz więcej krajów przyjmuje wspólną walutę. Najpierw Chorwacja, teraz Bułgaria. Wcześniej Słowacja. Czasy też się zmieniają i do gry wchodzą nowe argumenty, zaś niektóre z dotychczasowych tracą aktualność. Czy powinniśmy wrócić do rozmowy o euro?
Co prawda główne instytucje naszego państwa deklarują brak zainteresowania takim projektem, ale on i tak wisi w powietrzu. Polska, wstępując do Unii Europejskiej, zobowiązała się również do wejścia do strefy euro. Kiedy? Tego nikt nie określał, ale na przyjęcie euro Polacy zgodzili się, głosując „tak” w referendum akcesyjnym.
- Płatności kartą czy gotówką? EBC sprawdził jak odpowiadają Europejczycy. Stara miłość do gotówki nie (za)rdzewieje. Uratują ją… młodzi! [POWERED BY EURONET]
- Ameryka nie musi się zawalić, żeby inwestorzy przestali na niej zarabiać. Czy właśnie zbliżamy się do tego momentu? [POWERED BY UNIQA TFI]
- Proszę zapiąć pasy, będzie bujało. Oto pięć zasad, które prawdopodobnie przyniosą Ci sukces w inwestowaniu w 2026 r. [POWERED BY XTB]
Bułgaria dziś weszła do strefy euro. Wcześniej weszła do niej Chorwacja. Choć wiele się mówi i pisze o słabościach wspólnej waluty, to jednak coraz więcej krajów jej używa. I jest to druga najpopularniejsza waluta rezerwowa świata. Czy w Polsce znów powinniśmy zacząć myśleć o wejściu do euro? Kilka tygodni temu, na XI Kongresie Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego w Poznaniu, dyskutowali o tym ekonomiści. Padło kilka nowych argumentów.
Mimo wielu różnych opinii, które pojawiły się podczas debaty, wszyscy uczestnicy byli zgodni co do tego, że obecnie Polska nie spełnia właściwie żadnego z pięciu podstawowych kryteriów z Maastricht będących podstawą do przyjęcia euro. Nie jesteśmy też oczywiście w systemie ERM2, który polega na utrzymywaniu bardzo ograniczonego pasma wahań waluty krajowej do euro. W ramach ERM2 polski złoty nie mógłby się osłabiać czy umacniać do euro o więcej niż o 15%. Przy kursie 4,25 zł byłoby to maksymalnie 4,19–4,31 zł za euro.
Od wielu lat w Polsce nie prowadzi się regularnych badań ekonomicznych nad tym, jakie skutki dla gospodarki przyniosłaby akcesja do strefy euro. Do tego klubu wchodzą powoli kraje z naszego regionu, po Chorwacji w 2023 roku dołącza 1 stycznia 2026 roku Bułgaria. Wciąż nie są gotowi do podjęcia decyzji nasi najbliżsi sąsiedzi: Czechy i Węgry. Trzy najsilniejsze gospodarki regionu wciąż są więc z boku.
Euro: waluta, która zdała najważniejszy test
Co na ten temat mieli do powiedzenia ekonomiści, którzy wzięli dział w debacie na XI Kongresie PTE w Poznaniu? Moderatorem był prof. Marek Belka (były premier, minister finansów i prezes NBP), a panelistami: prof. Ireneusz Dąbrowski (SGH, członek Rady Polityki Pieniężnej), prof. Michał Rubaszek (też SGH, wcześniej również NBP), Ernest Pytlarczyk (główny ekonomista Banku Pekao) i prof. Witold Orłowski (Akademia Vistula). Co zmieniło się w ciągu ostatnich dwóch dekad, odkąd Polacy powiedzieli w referendum „tak” dla wejścia do strefy euro? Czy ta waluta ma przed sobą przyszłość?
W ciągu tych dwóch dekad przez Europę przetaczały się kryzysy, które mogły doprowadzić do załamania projektu wspólnej waluty. Tak się nie stało. Strefa euro przetrwała wielki kryzys finansowy lat 2008–2009, kryzys zadłużeniowy Grecji (wymagający wsparcia m.in. ze strony EBC), okres pandemii, skok inflacji po 2022 roku. Słynne słowa Mario Draghiego, poprzednika Christine Lagarde na stanowisku szefa EBC, że bank będzie bronił euro „whatever it takes” stały się trwałym mottem działania EBC w trudnych chwilach.
„Reakcja wielkich europejskich firm wzbudziła wówczas przerażenie w EBC. Ich przedstawiciele pytali nie o to, czy euro się wywróci, bo to dla nich było oczywiste. Padały pytania, jak wielkie firmy będą „renominować” aktywa i pasywa, jak będzie przebiegać powrót do walut narodowych. Myślę, że to była jedna z przyczyn słynnego wystąpienia Mario Draghiego w Londynie. To jedno wystąpienie zmieniło pozycję euro i sytuację gospodarki europejskiej” – uważa Marek Belka.
Od wielkiego kryzysu finansowego minęło ponad 15 lat i w tym czasie euro, stopniowo i spokojnie, raczej wzmacnia swoją pozycję jako druga waluta rozliczeniowa świata, niż słabnie. Konkurencją dla waluty euro jest tylko światowy lider – dolar amerykański, a żadna inna waluta nie jest w stanie przebić się szerzej ani do rezerw banków centralnych na świecie ani do grona walut, w których odbywa się handel międzynarodowy. Siła euro zależy jednak od siły europejskiej gospodarki. A ta jest pod znakiem zapytania.
Czytaj o tym, jak Bułgaria weszła do strefy euro:
Czy złoty w przeszłości ratował Polskę przed recesją? „To być może tylko mit”
W Polsce główny argument przeciwko euro jest taki, że w czasie kryzysu zadłużenia – kiedy Mario Draghi ratował strefę euro swoimi słynnymi słowami o bezkompromisowym wsparciu dla wspólnej waluty – status „zielonej wyspy” utrzymaliśmy dzięki własnej walucie. Osłabiała się ona tak mocno, że bardzo potaniał nasz eksport do strefy euro, dzięki czemu uniknęliśmy recesji i skoku bezrobocia.
Prof. Marek Belka uważa jednak, że rola własnej waluty w pokonaniu kryzysu lat 2008–2009 nie jest tak do końca oczywista. Osłabienie złotego wynikało częściowo z tego, że tuż przed kryzysem finansowym nasza waluta przeżywała okres spektakularnej bańki spekulacyjnej. Starsi czytelnicy „Subiektywnie o Finansach” być może pamiętają dolara za 2 zł i euro za 3,3 zł w 2008 roku. To nie mogło trwać wiecznie i bańka pękła. Ale czy była to reakcja na kryzys zadłużenia w Europie? Niekoniecznie.
„Złoty dlatego osłabił się w 2008 roku, że przez poprzednie dwa-trzy lata narastała bańka spekulacyjna na polskiej walucie. Ten przykład dowodzi, że argumenty – zarówno „za”, jak i „przeciw” euroizacji Polski – dzisiaj są już dosyć mało aktualne” – mówił Marek Belka.
A jak złoty radził sobie przez ostatnie 25 lat po sąsiedzku z euro? Pokazuje to wykres EBC. Zaczynaliśmy od kursu bardzo podobnego do tego, który mamy obecnie. Prof. Marek Belka zwrócił uwagę na ważną cechę złotego, która wynika właśnie z sąsiedztwa ze strefą euro. Jeśli oczekujemy od złotego stabilności w dłuższym okresie, to trzeba zdawać sobie sprawę, że złoty zawsze będzie mniej stabilny niż euro.
„Złoty jest małą walutą, która śpi koło olbrzyma, czyli euro. I mamy naturalną cechę, że kurs naszej waluty waha się bardziej niż kurs euro. Najważniejszy kurs walutowy na świecie to kurs euro do dolara. Jak euro się wzmacnia, to złoty się także wzmacnia, tylko bardziej. Jak euro słabnie wobec dolara, to złoty też słabnie, tylko bardziej”
Zatem jedyne co jest pewne, to większa wahliwość polskiej waluty. A to, że w razie jakiegoś nieszczęścia ona będzie w stanie nas uratować przed kryzysem, recesją i bezrobociem – zdaniem prof. Marka Belki – nie jest wcale takie oczywiste. A to przecież główny argument przeciwników wprowadzenia euro!

Wspólna waluta? Tak, ale jak będziemy mieli „Stany Zjednoczone Europy”
Ireneusz Dąbrowski jest zwolennikiem jak najpóźniejszego przyjęcia euro. Najpoważniejszy argument? Niedopasowanie strukturalne gospodarek polskiej i tych w strefie euro. I fakt, że inaczej absorbują tzw. asymetryczne szoki. „Wspólny obszar walutowy udał się w Stanach Zjednoczonych. Dlaczego? Bo tam przenoszenie się ludzi z miejsca na miejsce, z jednego stanu do drugiego, nie wywołuje takich napięć jak w Europie” – mówi Dąbrowski. A to przenoszenie się ludzi jest „zamiennikiem” osłabiania i wzmacniania się walut. I w pewnym stopniu reguluje rozwój różnych stanów USA.
„Dopóki będziemy mieli państwa narodowe w Europie, taki poziom mobilności będzie bardzo trudny do zaakceptowania i zresztą w przeszłości rodziło to problemy” – uważa Ireneusz Dąbrowski. I dodaje, że aby uniknąć wędrówki ludów można próbować łagodzić napięcia poprzez transfery finansowe. Jednak wspólny budżet europejski jest za mały, żeby miał siłę stabilizującą. „To jest tylko kilka procent PKB Unii Europejskiej, to nie zapewni nam stabilizacji”.
Ireneusz Dąbrowski uważa, że jeżeli ma dojść do pełnej unii walutowej, czyli euro miałoby być we wszystkich krajach Unii Europejskiej, to musi to oznaczać jednocześnie unię fiskalną, czyli de facto wizję państwa unitarnego.
Michał Rubaszek przypomniał, że ponieważ rośniemy szybciej niż gospodarki w strefie euro, to potrzebujemy wyższych stóp procentowych. I – żeby mieć na stole konkretną liczbę – podał szacunki prof. Michała Brzoza-Brzeziny z NBP, które wskazują, że potrzebujemy w Polsce wyższych niż w strefie euro realnych stóp procentowych o półtora punktu procentowego, żeby szybko się rozwijać.
A więc to niedopasowanie gospodarek, które wymaga w Polsce wyższych stóp procentowych, można byłoby w warunkach wspólnej waluty zneutralizować transferami finansowymi między różnymi częściami Europy oraz migracjami ludności z obszarów droższych do tańszych jeśli chodzi o koszty życia. Ale musiałoby to być „superpaństwo”, przypominające bardziej Stany Zjednoczone, niż obecną Unię Europejską.
Polska bardziej potrzebuje niskiego kosztu kapitału, niż własnej waluty
Michał Rubaszek przypomina, że w pierwszym raporcie NBP o euro w Polsce, opublikowanym w 2004 roku, którego redaktorem był Jakub Borowski, głównym argumentem było to, że będziemy mieli tańszy dostęp do kapitału, więc będzie więcej inwestycji i przyspieszenie wzrostu gospodarczego. Zostaną wyeliminowane koszty transakcyjne, ryzyko kursowe i to da przyspieszenie wzrostu. Problemem miało być to, że stopa procentowa będzie… zbyt niska, więc wahania cykliczne będą prawdopodobnie większe i trudniej będzie stabilizować gospodarkę.
Ale czasy się zmieniają. I tamte argumenty są już historią. W 2014 roku, czyli tuż po kryzysie zadłużeniowym w strefie euro, powstał raport „Ekonomiczne wyzwania integracji Polski ze strefą euro”. W nim podstawowa teza brzmiała, że wejście do strefy euro to szansa realizacji scenariusza przyspieszonego wzrostu gospodarczego oraz wzrostu zamożności społeczeństwa i szansa na przyspieszenie wzrostu gospodarczego w Polsce. Warunek? Musiałyby zostać wzmocnione instytucje strefy euro, a potencjał polskiej gospodarki wyższy.
„Dziś już widzimy, że te dwa warunki zostały spełnione. Strefa euro jest stabilnym obszarem walutowym, nie takim jak Stany Zjednoczone, bo nie ma pełnej unii fiskalnej, ale prawdopodobieństwo rozpadu strefy euro jest zerowe. Euro stanowi 20% rezerw światowych i jest w trendzie wzrostowym. Polska gospodarka również się wzmocniła w ostatnich latach. W 2004 roku PKB per capita w Polsce to było 50% średniej unijnej, teraz to jest 80%” – wylicza Michał Rubaszek.
W dodatku – zdaniem Rubaszka – traci siłę argument dotyczący konkurencyjności cenowej naszej gospodarki, opartej przez lata na niższych kosztach pracy, którą łatwiej budować z własną walutą. „Koszty pracy w Polsce są już na poziomie Portugalii i zbliżają się do kosztów w Hiszpanii. Są wciąż poniżej kosztów w Niemczech czy Francji, ale już wiemy, że musimy budować konkurencyjność strukturalną, a nie cenową, czyli taką opartą na jakości, a nie na cenie” – mówi prof. Rubaszek.
I dodaje: „Jeżeli myślimy o motorach wzrostu polskiej gospodarki na następną dekadę, to potrzebujemy inwestycji, transformacji energetycznej, innowacyjności. Firmy, żeby rosły dalej, powinny rozwijać się, czyli zwiększać skalę działalności. Do tego potrzeba finansowania zewnętrznego. A przedsiębiorcy zadają pytanie: dlaczego kredyt u nas kosztuje 8%, a na Zachodzie 3%?” Ten koszt kapitału będzie działał na niekorzyść polskich firm i utrudni nam rozwój, jeśli jego silnikiem nie mają być niskie koszty pracy, lecz innowacyjność i inwestycje.
Najpierw „posprzątajmy” państwowy budżet. Bez tego euro nas nie zbawi
Ernest Pytlarczyk uważa, że w Polsce euro nie jest centralnym tematem debaty publicznej, bo ewentualne wprowadzenie euro nie byłoby żadnym antidotum na problemy polskiej gospodarki, a tych problemów nie ma wcale aż tak dużo. „Polska szybko rosła, społeczeństwo się bogaciło, rosły płace. Polska wychodzi z pułapki średniego rozwoju” – uzasadnia Ernest Pytlarczyk to, że w Polsce sprawa euro nie jest szczególnie ważna dla polityków i Polaków.
Zdaniem Pytlarczyka euro to jest pomysł na korygowanie szoków, które mają charakter idiosynkratyczny, czyli takich, które dotknęły tylko jednego kraju, jednej gospodarki, a nie są wspólnych dla całej strefy euro. „Jeżeli mamy do czynienia z szokiem idiosynkratycznym, euro nie jest żadną odpowiedzią, w takiej sytuacji należy stymulować gospodarkę za pomocą polityki fiskalnej”.
Kłopot w tym, że – jak słusznie zauważył Ernest Pytlarczyk – my nie mamy teraz tzw. przestrzeni fiskalnej. A więc nie jesteśmy w stanie w sytuacji kryzysowej wpompować do gospodarki pieniędzy w formie transferów, czy inwestycji albo obniżyć podatków. Sytuacja państwowej pasy jest zbyt trudna. „W tym momencie nie moglibyśmy na szok dotyczący tylko Polski zareagować stymulacją fiskalną. Strefa euro jest natomiast tak zaprogramowana, żeby reagować na szoki dotykające wszystkich krajów jednocześnie”.
Z tego punktu widzenia – jak twierdzi Pytlarczyk – wprowadzenie Polski do strefy euro nie zwiększyłoby naszego bezpieczeństwa. Bo nie jesteśmy w stanie reagować zmianami w polityce fiskalnej na ewentualne szoki dotyczące polskiej gospodarki. A więc zostaje nam reagowanie osłabianiem własnej waluty.
„Nie uważam, że lokalna waluta jest antidotum na wszelkie problemy, ale może się okazać, że akurat Polska zostanie dotknięta takimi szokami asymetrycznymi, przy których własna waluta umożliwi szybkie dostosowanie.
Wprowadzić euro trzeba wtedy, gdy będziemy umieli go dobrze użyć
Ernest Pytlarczyk powiedział też inną ciekawą rzecz: że dyskusja na temat wspólnej waluty w Polsce powinna być dużo głębsza i odpowiedzieć na pytanie, czy my rzeczywiście mamy na tyle sprawne instytucje, czy jesteśmy krajem, który może tak funkcjonować w gorsecie euro, żeby nie zafundować sobie na przykład dekady stagnacji. I to jest ważny argument dotyczący dojrzałości społeczeństwa oraz polityków. Euro będzie wymagało zmian i pewnych dostosowań. Inaczej może zaboleć.
Witold Orłowski zadał barwne pytanie: czy to dobrze mieć szybki, sportowy samochód? „Jak się umie korzystać, jak się umie go prowadzić, to są same przyjemności. Ale jak niedoświadczony kierowca właduje się na drzewo i zabije, to gorzej. Czy euro jest dobre czy złe? To zależy, jak się tego używa. Zostawmy argumenty z lat 90., bo one zostały stworzone po to, żeby wytłumaczyć krajom zachodnioeuropejskim, po co jest euro. My już jesteśmy w innej sytuacji” – mówił prof. Orłowski.
Jego zdaniem mówienie dziś, że powinniśmy wejść do euro ze względu na niższe koszty transakcyjne to żart. Te koszty nie są znaczące, a w XXI wieku są proste i relatywnie tanie sposoby zabezpieczania się przed ryzykiem kursowym. Prof. Orłowski uważa też, że nieaktualny jest argument przeciwko wejściu do euro, który mówi, że tracimy w ten sposób swobodę wspierania gospodarki w sytuacji szoku poprzez kontrolowane osłabienie złotego.
„Przecież NBP od 25 lat nie prowadzi polityki kursowej, raczej możemy mówić o działaniu rynku, który może sam absorbować szoki, a nie o jakimś celowym osłabieniu waluty bądź nie. Z drugiej strony, czy narzędzie własnej polityki pieniężnej jest zawsze wykorzystywane w dobrych celach? Czy w Polsce nie mamy obaw, że kiedykolwiek ktokolwiek „wydrukuje pieniądze” z innego powodu niż dlatego, że jest rzeczywiście taka ekonomiczna potrzeba?” – pyta prof. Orłowski.
„Zwolennicy euro mówią: potrzebujemy tańszego kapitału. Hiszpanie niższe stopy procentowe wykorzystali, żeby inwestować w nieruchomości, a Grecy, żeby zapożyczać się i zrujnować państwo. Polityka gospodarcza powinna być w tym momencie skierowana tak, żeby dobrze wykorzystać niskie stopy procentowe. Oczywiście Grecja nie wpadła w kryzys dziesięcioletni z powodu używania euro. Grecja wpadła w kryzys dziesięcioletni z powodu nadmiernego zadłużenia państwa” – mówi prof. Orłowski. A więc pytanie brzmi: czy mamy pomysł jak wykorzystać tani kredyt po ewentualnym wejściu do strefy euro?
Wprowadzenie euro uwolniłoby setki miliardów złotych na spłatę długów
Marek Belka poruszył ważny temat rezerw walutowych: „Teoria, ale i praktyka przetestowana w wielu krajach mówi, że jeśli dany kraj jest dynamiczny, tempo wzrostu wydajności pracy jest konsekwentnie wyższe niż u sąsiadów, to jego waluta powinna się wzmacniać. Tak było z marką zachodnioniemiecką przez lata i stąd dzisiaj czasami mówimy, że Niemcy najbardziej korzystają z euro, bo utrzymują sztucznie zaniżony kurs marki zachodnioniemieckiej, który jest „wyrażony” w euro”.
„Co my robimy przez te dwadzieścia parę lat? Sztucznie zaniżamy kurs złotego” – mówił były prezes NBP Marek Belka. „Dlaczego tak robimy? Bo chcemy za wszelką cenę utrzymać naszą konkurencyjność kosztową. Jak to robimy? Gromadząc rezerwy walutowe, które są kompletnie niepotrzebne krajowi, który nie prowadzi polityki sztywnego kursu walutowego. Zgromadziliśmy sto parędziesiąt miliardów euro. Pieniędzy, których nigdy w sposób prosty nie będziemy w stanie wykorzystać” – mówi Belka.
Były szef NBP zarzeka się, że nie krytykuje NBP za kupowanie złota („to akurat była bardzo dobra decyzja”). Ale te pieniądze – jego zdaniem – są pakowane w studnię bez dna. Po co? Zdaniem prof. Belki po to, żeby utrzymać słaby kurs złotego. A więc osiągnąć ten sam efekt, który – gdybyśmy weszli do euro – byłby uzyskany w sposób naturalny i bezkosztowy. „Te sto pięćdziesiąt miliardów euro rezerw to jest koszt utrzymywania naszej waluty. Jeżeli się rezerwy trzyma na czarną godzinę, to właśnie ta czarna godzina nadeszła dzisiaj” – mówi były szef NBP.
Przystępując do strefy euro, musielibyśmy dołożyć do „wspólnego kotła”, czyli skarbca EBC, pewną ilość rezerw, 7% całego kapitału, który posiadamy, czyli ok. 10 miliardów euro. A co z resztą góry pieniędzy dziś zamrożonych w rezerwach walutowych? „Gdybyśmy chcieli wydać to na powiększenie świadczenia 800+, to niedobrze, natomiast gdybyśmy chcieli te pieniądze przeznaczyć na całkowitą spłatę zadłużenia zagranicznego, to nie widzę żadnych negatywnych konsekwencji dla gospodarki. Można by część tych rezerw wyodrębnić na rodzaj wealth fund czy funduszu aktywów państwowych na wypadek poważnego zagrożenia narodowego” – mówił prof. Belka.
Czytaj więcej o tym:
Polska bez euro. Czy odbieramy sobie dziejową szansę?
Debata w Poznaniu pokazała, że w sprawie wejścia Polski do strefy euro dyskutanci posługują się argumentami sprzed wielu lat, już nieaktualnymi. Sytuacja się zmieniła i czas na nowe argumenty. Czy jest paląca konieczność szybkiego przyjmowania euro? Rząd oficjalnie nie ma takich planów. Minister finansów i gospodarki Andrzej Domański deklaruje, że widzi korzyści z tego, że Polska ma własną walutę. Prezes NBP Adam Glapiński podtrzymuje, że nigdy nie zgodzi się na zamianę złotego na euro. Nawet euroentuzjastyczne 20 lat temu nastawieni ekonomiści dziś są bardziej realistami.
Gospodarka polska dobrze sobie radzi bez euro, a Polacy obawiają się wzrostu cen po przyjęciu euro. Pytanie czy w ten sposób nie zabieramy sobie dziejowej szansy. Przy mądrym wykorzystaniu niższych stóp procentowych i większym dostępie do taniego kapitału ze strefy euro mielibyśmy górę grosza na finansowanie wielkich infrastrukturalnych inwestycji, które nas czekają, a na które zaciągamy dosyć drogi dług. Moglibyśmy też uwolnić część rezerw walutowych, które dziś się „marnują”.
Czy bez wejścia do strefy euro Polska może stracić przewagi, które pozwoliły nam osiągnąć sukces w postaci trwałego wzrostu gospodarczego, wynoszącego średnio ok. 3% PKB rocznie powyżj inflacji? Jeśli ten sukces w dużej części wynikał z wykorzystania rezerw tańszej niż w Zachodniej Europie siły roboczej, a nie z innowacyjności czy wysokich inwestycji, to ten argument będzie zanikał. Polski pracownik jest już i będzie coraz droższy. A w przyszłości, w czasie kryzysu demograficznego, ważniejsze mogą okazać się kompetencje, poziom automatyzacji i robotyzacji oraz bliskość geograficzna, a nie pensja pracownika. Być może kluczowy będzie też koszt kapitału, którym moglibyśmy finansować inwestycje.
Polska traci przewagę kosztową, więc musi przejść na model oparty na jakości i innowacjach. W tym kontekście euro może być czynnikiem zmuszającym polskie firmy do modernizacji i większego otwarcia np. na wyzwania sztucznej inteligencji. Jednak wprowadzenie euro wymaga silnych instytucji publicznych i odpowiedzialnej polityki gospodarczej. W przeciwnym razie, przy niestabilnych instytucjach, krajowi może grozić stagnacja jak w przypadku Grecji. Czy mamy takie instytucje?
———————————
CO NAS CZEKA W 2026 ROKU?
———————-
W JAKIEJ KONDYCJI JEST POLSKA GOSPODARKA?
Źródło zdjęć w tekście: Copilot/Canva, Maciej Danielewicz





