Co może oznaczać dla naszych oszczędności i inwestycji nowa odsłona wojny celnej Ameryki z Europą, którą zapowiedział Donald Trump? Prezydent USA spektakularnie podeptał niedawno zawartą umowę celną z Unią Europejską i zapowiedział nałożenie dodatkowych ceł na osiem państw europejskich dopóki nie zgodzą się na oddanie Grenlandii. Niewykluczone, że to klasyczny „czarny łabędź”, który właśnie nadlatuje nad nasze portfele. Jakich konsekwencji należy się obawiać?
Donald Trump zapowiedział w sobotę nałożenie dodatkowych ceł w wysokości 10% na osiem państw europejskich. Powód? Ich nieprzyjazna postawa wobec zamiarów przejęcia przez USA bogactw i terytorium Grenlandii. Wśród europejskich przywódców zapanowało niedowierzanie, bo ledwie kilka miesięcy temu Ursula von der Leyen podpisała z Trumpem układ handlowy ustalający cła w wysokości 15% na unijny eksport do USA. Pisałem wtedy w „Subiektywnie o Finansach”, że nie ma się co cieszyć (Trump groził początkowo wyższymi cłami), bo to dla wielu branż i tak będzie dramat. Mówiono zresztą, że te 15% ceł to kapitulacja Europy.
- Mieć fundusze na całe życie, na całym świecie. Jak najłatwiej zainwestować na globalnych rynkach, by gromadzić pieniądze na potem? [POWERED BY SAXO BANK]
- Banki zapowiadają bój o zamożnych klientów. Ale dziś niewiele banków ma dla nich wystarczająco szeroką ofertę. Czego brakuje? [POWERED BY CITIBANK HANDLOWY]
- Jak zdobyć motywację do systematycznego inwestowania? Oto dwa niemieckie sposoby: niech będzie za darmo i niech nam dopłacą [POWERED BY TRADE REPUBLIC]
Teraz się okazuje, że podpisane dokumenty nic dla Trumpa nie znaczą, bo jednostronnie ogłosił kolejną podwyżkę ceł. A jego urzędnicy ds. handlowych kontaktów z Europą radzą, żebyśmy nie łączyli sprawy tamtego układu handlowego z nowymi cłami zapowiedzianymi z powodu Grenlandii. Oznacza to, że Trump zamierza doliczyć nowe 10% ceł do tych z umowy handlowej. Nie znalazłem nigdzie analiz dotyczących potencjalnych konsekwencji finansowych, ale gołym okiem widać, że koszty dodatkowych ceł byłyby ogromne dla europejskiego przemysłu.
Trump o wprowadzeniu dodatkowych ceł „za Grenlandię” Blefuje?
Cła mają pójść w górę już za niespełna dwa tygodnie, od 1 lutego. Będą nimi objęte towary z Danii, Norwegii, Szwecji, a także Francji, Niemiec, Holandii, Finlandii i Wielkiej Brytanii (ten kraj ma osobną umowę handlową z USA, mówiącą o cłach rzędu 10%). Jeśli taka podwyżka ceł nie pomoże, to od 1 czerwca cła mają wzrosnąć do 25% i mają obowiązywać, do chwili, gdy „uzgodniona zostanie umowa w sprawie totalnego zakupu Grenlandii” przez USA – wynika z wpisu Trumpa w mediach społecznościowych.
Unia Europejska jest zdecydowanie największym partnerem handlowym USA, więc podwyższenie ceł już za kilka tygodni do 25%, zaś potencjalnie od czerwca do 40% musiałoby oznaczać drastyczny spadek opłacalności wysyłania do USA towarów i z dużym prawdopodobieństwem wprowadziłoby Europę w recesję.

Dla Ameryki takie posunięcie – nałożenie dodatkowych ceł na Europę – oznacza wzrost obaw o inflację, co w normalnych warunkach gwarantowałoby zatrzymanie obniżek stóp procentowych. Ale warunki nie są normalne, niewykluczone, że ludzie Trumpa uzyskają wiosną większość w komitecie Fed ustalającym stopy procentowe. Wtedy wzrost inflacji niekoniecznie musi oznaczać wyższe stopy procentowe w USA.
Dodatkowe turbulencje może wywołać ewentualna odpowiedź Europy. Prezydent Francji Emmanuel Macron napisał w sobotę na platformie X, że groźby prezydenta USA dotyczące nałożenia dodatkowych ceł są „nie do zaakceptowania” i jeśli się potwierdzą, to kraje europejskie wspólnie na nie odpowiedzą „w sposób zjednoczony i skoordynowany”. Nie wiadomo co to oznacza, ale jednym z wariantów jest dalsza eskalacja, a więc podwyższenie kosztów wojny celnej dla obu stron. Oraz wzrost ryzyka „zamrożenia” sojuszu NATO. Co z kolei oznaczałoby wzrost ryzyka, że Rosja zechce przetestować istnienie NATO na którymś z krajów wschodniej flanki.
To klasyczny „czarny łabędź”, który być może rozwala w pył dużą część prognoz analityków dotyczących zysków z oszczędzania i inwestowania pieniędzy w tym roku. A te prognozy były optymistyczne – mówiły o ciągu dalszym hossy na rynku akcji (o ile spółki będą zwiększyły zyski zgodnie z prognozami) oraz jeszcze jednym dobrym roku dla obligacji (wskutek spadku stóp procentowych). Mówiły też o niskiej inflacji, która zagwarantowałaby zyski nawet tym ciułaczom, którzy lokują wyłącznie bezpiecznie (np. w bankach). Czy to jeszcze aktualne?
Odpowiedź na to pytanie poznamy w najbliższych godzinach lub dniach. Okaże się bowiem czy Donald Trump będzie się musiał wycofać ze swoich pogróżek pod wpływem reakcji rynku (np. wzrostu żądanej przez inwestorów rentowności amerykańskich obligacji), czy też przeciwnie – kapitał zacznie odpływać z Europy do USA jako miejsca bezpieczniejszego i to zjawisko umocni pogróżki prezydenta USA. Bo jedyne, czego boi się Trump, to wzrost rentowności obligacji (już przy obecnym oprocentowaniu odsetki pochłaniają bilion dolarów rocznie).

Pojawią się też pierwsze szacunki konsekwencji zaostrzenia wojny handlowej w scenariuszu, gdy Europa ostro odpowiada własnymi cłami oraz np. zaczyna utrudniać życie amerykańskim bigtechom. Wtedy stawka kosztów dla Trumpa też idzie w górę (choć dla Europy niestety też – i to nie tylko stricte finansowa, ale też geopolityczna).
Jedynym rządem, który jak dotąd zdołał zmusić Trumpa do wycofania się z zaporowych ceł, do tej pory były Chiny. Ale zrobiły to nie poprzez dyplomację, ale poprzez dość agresywne działania odwetowe. Z tego punktu widzenia ostra odpowiedź Europy mogłaby prawdopodobnie skrócić kryzys, ale w takim scenariuszu wyprzedaż europejskich aktywów może być większa (co może być okazją do ich zakupów na dłuższy termin).
Część analityków spodziewa się, że cła nie wejdą w życie 1 lutego, jak zapowiedział Trump, bo – podobnie, jak w poprzednich takich sytuacjach – decyzja zostanie zawieszona na czas negocjacji (prezydent USA napisze w social mediach, że miał „produktywne rozmowy” z przywódcami Europy i że w związku z tym daje jeszcze miesiąc albo dwa). Poza tym Trump próbuje nałożyć cła na podstawie ustawy, którą Sąd Najwyższy wkrótce może zinterpretować w taki sposób, że ograniczy uprawnienia prezydenta. Gra na czas może mieć więc sens dla Europejczyków.

Cztery możliwe konsekwencje dla portfeli inwestorów
Tym niemniej wydaje się, że nie ma już odwrotu od wzrostu niepewności inwestorów. A więc i od wzrostu zmienności. Jakich konkretnie konsekwencji należy się spodziewać? Będą one na krótką metę dotyczyły głównie inwestujących. A na dłuższą – być również tych, którzy trzymają pieniądze w banku (o ile sytuacja się nie uspokoi).
Po pierwsze: wliczenie w ceny akcji ryzyka recesji w Europie i spadek wartości europejskich indeksów. Analitycy szacowali rok temu, że wprowadzenie 15% cła na Unię Europejską może jej „zabrać” jedną piątą, jedną czwartą wzrostu gospodarczego. Podniesienie ceł spowodowałoby załamanie w kilku kluczowych dla Europy branżach. I prawdopodobnie zepchnęłoby gospodarkę Unii Europejskiej w recesję (co dla wielu polskich pracowników mogłoby oznaczać niższe pensje lub utratę pracy).
Niestety, strategia „doważenia” europejskich akcji kosztem amerykańskich (ze względu na ich niższe wyceny i porównywalny z amerykańskimi firmami oczekiwany wzrost zysków w 2026 r.) może stanąć pod znakiem zapytania. Kłopoty może mieć branża dóbr luksusowych (LVMH, Kering, Prada, Hermes czy Gucci). Dla branży FMCG (Nestle i podobne firmy) oraz motoryzacyjnej to może być wręcz katastrofa.
Sprzedaż aut osobowych w USA to mniej więcej 16 mln sztuk rocznie, z czego niemal połowa pochodzi od producentów spoza Ameryki. A najwięksi eksporterzy samochodów do Ameryki pochodzą z Europy (Volvo, Volkswagen). Być może czeka nas za to kolejny wystrzał notowań europejskich spółek produkujących broń. Od czasu, gdy zaczęła się rozgrywka o Grenlandię mamy kolejną bańkę spekulacyjną na tym rynku.
CZYTAJ WIĘCEJ O TYM:
Po drugie: wzrost ryzyka inflacji w USA. A w konsekwencji wyższy popyt na inwestycje „antyinflacyjne” (złoto, może srebro, nieruchomości, frank szwajcarski i obligacje w tej walucie). Mamy klasyczny sygnał wzrostu ryzyka geopolitycznego oraz wzrostu inflacji. Nie ma lepszej konfiguracji czynników dla złota, które – zdaniem niektórych analityków – i tak znalazło się już w bańce spekulacyjnej.
Teraz złoto idzie w górę o 2% i zbliża się do 4 700 dolarów za uncję. A srebro rośnie o 5% i kosztuje 93,5 dolara za uncję. Ale to cena „papierowego” srebra, ważniejsze są notowania w Szanghaju, a tam już pękło 100 dolarów za uncję.
CZYTAJ WIĘCEJ O TYM:
Pierwsza reakcja bitcoina (jedyne aktywo handlowane w weekend) sugerowała, że część inwestorów także to aktywo uznaje za „safe haven”. Bitcoin trzymał się w okolicach 95 000 dolarów za „monetę” i wyglądało to na efekt walki sił zastanawiających się czy to aktywo antyinflacyjne czy „Nasdaq na sterydach”. Ale teraz już widać, że przeważa podejście o wyprzedawaniu wszystkiego, co wahliwe i bitcoin runął o ponad 3%.
Trudno powiedzieć jak zareaguje rynek obligacji. Z jednej strony nie można wykluczyć odwrotu kapitału od europejskich aktywów (czyli umocnienia dolara i spadku oczekiwanego przez inwestorów oprocentowania obligacji), a z drugiej strony inwestorzy kupujący obligacje z dłuższym terminem wykupu mogą oczekiwać „refundacji” ryzyka wyższej inflacji – a więc chcieć wyższych odsetek. To byłaby fatalna wiadomość dla Trumpa.
Po trzecie: wzrost ryzyka załamania notowań akcji bigtechów z Magnificent 7. Każde pogorszenie warunków handlowych to gigantyczny czynnik ryzyka dla spółek technologicznych, które są niezwykle wrażliwe na takie napięcia. A nerwy inwestorów na rynku spółek technologicznych są napięte jak gumka od majtek. Nie trzeba dużego pożaru, żeby wywołać potężną korektę spowodowaną zakwestionowaniem prognoz zysków tych spółek. A ryzyko załamania handlu z Europą (tutaj bigtechy mogą być wygodnym „zakładnikiem” dla Europy) to dobry powód, by przecenić akcje firm technologicznych o 20-30%.
CZYTAJ WIĘCEJ O TYM:
Po czwarte: wzrost ryzyka zakończenia hossy na warszawskiej giełdzie. Polskie akcje wciąż nie są drogie, a silny złoty zachęca do ich kupowania inwestorów z Europy. Nie mamy też silnych związków handlowych z USA, więc niektórzy globalni gracze mogliby nas traktować jako „europejską spokojną przystań” (gdyby nie silne związki polskiej gospodarki z Niemcami…).
Ale jeśli na horyzoncie jest zakończenie NATO i wojna handlowa USA-Europa, to oznacza też konieczność wliczenia w ceny akcji na rynkach wschodniej flanki NATO nowego ryzyka – że Rosja spróbuje przetestować istnienie sojuszu. Zobaczymy na ile to będzie gwałtowna reakcja. Czy będziemy mieli „tylko” ostrożną wyprzedaż akcji, czy też wyrzucanie polskich obligacji z portfeli i spadek wartości złotego, który to wszystko przyspieszy.
CZYTAJ WIĘCEJ O TYM:
Kto najmniej „przegra” na nowej wojnie Trumpa?
Po piąte: może… nie stanie się nic? Wiele zależy od tego w jakim stopniu inwestorzy uodpornili się na szaleństwa Trumpa. Jeśli dojdą do wniosku, że gość jak zwykle robi dym, po czym – gdy odbije się od ściany – się uspokoi, może będziemy mieli „tylko” stonowaną reakcję polegającą na zimnym dystansie do kupowania akcji przez jakiś czas i przenoszenia pieniędzy na rynek bezpieczniejszych aktywów. Czyli typowa gra na przeczekanie: „głupi dziad sobie pokrzyczy, a za tydzień wielki kapitał przywoła go do porządku”.
Jeśli jednak inwestorzy dojdą do wniosku, że to się dobrze nie skończy, nieuchronnie będziemy mieli również wzrost obaw o inflację (czyli ciąg dalszy hossy metali szlachetnych i wyższą rentowność obligacji) oraz spadek bezpieczeństwa w Europie. Wtedy główne oczekiwania analityków na ten rok – czyli wzrost rynku akcji o jakieś 10% oraz jeszcze jeden rok wysokich zysków z funduszy obligacji (powinny zarobić 6-8%) – mogą się obrócić w pył.
To może też po raz kolejny zakwestionować sens popularnej strategii 60/40 (ETF-y akcji i fundusze obligacji mogą w tym samym czasie tracić na wartości). W takiej sytuacji zyskają dobrze zdywersyfikowani inwestorzy, którzy nie zapomnieli o 10-15% udziału inwestycji alternatywnych w portfelach i mają również w portfelach inwestycje nieruchomościowe, zmniejszające wahliwość portfeli.
————————————
PRZECZYTAJ TEŻ:

——————————
ZAPISZ SIĘ NA NASZE NEWSLETTERY:
>>> W każdy weekend sam Samcik podsumowuje tydzień wokół Twojego portfela. Co wydarzenia ostatnich dni oznaczają dla Twoich pieniędzy? Jakie powinieneś wyciągnąć wnioski dla oszczędności? Kliknij i się zapisz.
>>> Newsletter „Subiektywnie o Świ(e)cie i Technologiach” będziesz dostawać na swoją skrzynkę e-mail w każdy czwartek bladym świtem. Będzie to podsumowanie najważniejszych rzeczy, o których musisz wiedzieć ze świata wielkich finansów, banków centralnych, najpotężniejszych korporacji oraz nowych technologii. Kliknij i się zapisz.
———————————
ZOBACZ SUBIEKTYWNE ROZMOWY:
„Subiektywnie o Finansach” jest też na Youtube. Raz w tygodniu duża rozmowa, a poza tym komentarze i wideofelietony poświęcone Twoim pieniądzom oraz poradniki i zapisy edukacyjnych webinarów. Koniecznie subskrybuj kanał „Subiektywnie o Finansach” na platformie Youtube
———————————
ZNAJDŹ SUBIEKTYWNOŚĆ W SOCIAL MEDIACH
Jesteśmy nie tylko w „Subiektywnie o Finansach”, gdzie czyta nas ok. pół miliona realnych odbiorców miesięcznie, ale też w mediach socjalnych, zwanych też społecznościowymi. Tam krótkie spostrzeżenia o newsach dotyczących Twoich pieniędzy. Śledź, followuj, bądź fanem, klikaj, podawaj dalej. Twórzmy razem społeczność ludzi troszczących się o swoje pieniądze i ich przyszłość.
>>> Nasz profil na Facebooku śledzi ok. 100 000 ludzi, dołącz do nich tutaj
>>> Samcikowy profil w portalu X śledzi 26 000 osób, dołącz do nich tutaj
>>> Nasz profil w Instagramie ma prawie 11 000 followersów, dołącz do nich tutaj
>>> Połącz się z Samcikiem w Linkedin jak 26 000 ludzi. Dołącz tutaj
>>> Nasz profil w YouTube subskrybuje 12 000 widzów. Dołącz do nich tutaj
>>> „Subiektywnie o Finansach” jest już w BlueSky. Dołącz i obserwuj!
——————————-
zdjęcie tytułowe: Pixabay, Canva







