Majówka, piwo i koronawirus. Imprezy i koncerty odwołane, puby i hotele zamknięte, grill rodzinny w wersji demo. Ile piwa w tym roku nie wypijemy?

Majówka, piwo i koronawirus. Imprezy i koncerty odwołane, puby i hotele zamknięte, grill rodzinny w wersji demo. Ile piwa w tym roku nie wypijemy?

W tym roku przez konieczność trzymania społecznego dystansu nie napijemy się ze znajomymi piwa na majówce. Nie otworzymy ani jednej puszki piwa przy oglądaniu zmagań sportowców na igrzyskach i nie sprzeda się ani jeden kufel piwa na odwołanych letnich festiwalach. Duży lager w knajpie do obiadu? Nic z tego – restauracje są zamknięte, a piwo jest tam – nomen omen – „zapuszkowane”. Nawet Bawaria odwołała jesienny Oktoberfest. Ile w tym roku nie wypijemy piwa, bo nie będzie ku temu okazji? 

Majówka to dla Polaków tradycyjne otwarcie nowego sezonu grillowego. A jak grill, to – wiadomo – musi być piwo. Ale obowiązek trzymania społecznego dystansu i ograniczenia w przemieszczaniu się powodują, że w tym roku nie będzie ani karkówki z grilla, ani wypitego z tej okazji z przyjaciółmi piwa. Obowiązuje doktryna #zostanwdomu i świętowanie indywidualne.

Zobacz również:

Niestety, ma to swoje konsekwencje biznesowe. O ile browarom udało się powstrzymać spadki sprzedaży po wzroście akcyzy, o tyle pandemia może drastycznie ograniczyć sprzedaż piwa. O ile? I czy browarnikom uda się ograniczyć te konsekwencje namawiając nas do spożywania piwa w domowych pieleszach? A starają się bardzo, czas reklamowy w telewizji ugina się pod ciężarem spotów zamawianych przez browary.

Majówka i wakacje 2020 – w tym roku mógł paść piwny rekord. Ale przyszedł koronawirus

Polska to piwna potęga –  zarówno jeśli chodzi o produkcję, jak i spożycie trunku. W Europie pod względem produkcji piwa ustępujemy tylko Niemcom – z wynikiem ponad 42 mln hektolitrów piwa wyprzedziliśmy w ubiegłym roku Wielką Brytanię. Rocznie wypijamy średnio  201 półlitrowych puszek lub butelek piwa na głowę (według danych Kompanii Piwowarskiej 44% z nas wybiera puszkę, 52% butelkę, a reszta piwo z beczki).

Jeśli by przyjąć, że butelka kosztuje średnio 3 zł, to w sumie na piwo wydajemy 600 zł rocznie na głowę.  Pod względem konsumpcji na osobę jesteśmy na czwartym miejscu w Europie, za Czechami (142 litry rocznie), Austriakami (107 litrów) i Niemcami (102 litry).

Według danych banku Santander Polacy stosunkowo dużo wydają na napoje alkoholowe. Jest to jeden z niewielu asortymentów, w przypadku którego poziom wydatków per capita w Polsce jest zbliżony do średniej dla krajów UE-15. Wartość krajowego rynku alkoholu w 2018 r. została oszacowana na 52 mld zł. Z tego na piwo przypada 17 mld zł.

Gros sprzedaży browary notują w lecie. Ludzie chętniej przesiadują w ogródkach piwnych, w restauracjach i na bulwarach, gdzie piwo leje się strumieniami. Do tego musi być jednak dobra pogoda – Polscy browarnicy obliczyli, że wzrost lub spadek średniej temperatury miesięcznej o jeden stopień, przekłada się na 8-10 mln sprzedanych puszek mniej lub więcej. Idealne warunki do biesiadowania przy piwie to 25 stopni i brak opadów. Dziś trzeba do tej listy dodać jeszcze jeden parametr: brak koronawirusów w powietrzu.

W tym roku – choćby i lato było rekordowo upalne – sprzedaż piwa będzie mniejsza. Wszystko przez wprowadzone ograniczenia, czyli zamknięte restauracje, zakazy spotkań z osobom spoza rodziny, zakaz zgromadzeń i odwołane imprezy masowe – te wszystkie restrykcje są jak antytezą wszystkiego, z czym kojarzy się piwo. Na przykład: zawsze, gdy w danym roku była impreza piłkarska z udziałem Polaków, wzrosty sprzedaży piwa były rekordowe. Niestety, w tym roku Mistrzostwa Europy i Igrzyska Olimpijskie zostały przeniesione.

Czytaj też: Ocieplenie klimatu kiedyś zabije ludzkość. Ale najpierw zobaczymy w sklepach… bardzo drogie piwo. Naukowcy: „lepiej napijcie się na zapas

Czytaj też: „Nową normalność” i stopniowe „odmrażanie” gospodarki zapowiada premier Mateusz Morawiecki. Jak będzie wyglądała? Oto największe zmiany, które nas czekają

Tutaj: trochę liczb o tym kiedy jak pijemy piwo

O ile mniej wypijemy piwa w 2020 roku?

Majówka tradycyjnie otwiera piwny sezon. To ten czas, kiedy Polacy robią tradycyjnie największe, piwne zapasy w ciągu roku. Rytuał wyglądał zawsze podobnie –  wyjazd do sklepu, zapakowane koszyki kiełbaskami, karkówką, węglem na grilla i zgrzewką (albo dwiema) piwa. Według szacunków Browaru Żywiec w tygodniu bezpośrednio poprzedzającym weekend majowy sprzedaż piwa jest zazwyczaj wyższa o ok. 4 mln litrów w porównaniu do uśrednionej tygodniowej sprzedaży w całym roku.

Na ubiegłoroczne pytanie agencji Starcom „czego się napijesz w długi majowy weekend” aż 59% ankietowanych odpowiedziało, że piwa. Prawie co trzeci badany odpowiedział, że wódki, a 22%, że napije się wina. Ale tego świata już nie ma – jest za to pandemia koronawirusa.

Nie ma szacunków, które mówią, o ile spadnie sprzedaż piwa podczas tegorocznej majówki – to się okaże za kilka tygodni. Punkt odniesienia to wspomniany wyżej wzrost o 4 mln litrów i 9,5% rocznego spożycia. Odpowiedź na to pytanie zależy od tego, na ile Polacy posłuchają apeli o trzymanie społecznego dystansu i nie grillowanie ze znajomymi. Otwarte pozostaje też pytanie  ile piw kupią gospodarstwa domowe, które „legalnie” mogą wspólnie spędzić ten czas.

To że, piwa pijemy mniej, to już widać. Według firmy CMR (Centrum Monitorowania Rynku), w marcu wolumen sprzedaży piwa w małych sklepach spadł o około 6% w stosunku do marca roku ubiegłego – a trzeba wiedzieć, że to główne punkty zaopatrzenia konsumentów w piwo. Z kolei jak szacuje Związek  Pracodawców Przemysłu Piwowarskiego sprzedaż piwa w pierwszych tygodniach trwania epidemii we wszystkich sklepach była niższa o ok. 4,5-5 % rok do roku.

A to przecież dane obejmujące jedynie początek lockdownu. Największe spadki sprzedaży browary zanotują za kwiecień, gdy zamknięte były hotele, restauracje, puby, nie odbywały się żadne zawody sportowe, a ludzie mogli wychodzić z domu tylko „w celu zaspokojenia podstawowych potrzeb życiowych”. W telewizji widzieliśmy inwazję reklam piwa, ale to chyba tylko dlatego, żeby możliwie duża grupa Polaków wbiła sobie do głowy, że zakup piwa też jest na liście tych podstawowych potrzeb.

Niektóre – z natury rzeczy nieprecyzyjne – szacunki mówią, że „piwna żałoba” może być warta co najmniej 2-3 mld zł, czyli ponad 10% rocznej wartości sprzedaży piwa. I to tylko do tej pory. Nawet po otwarciu restauracji i pubów ruch w nich może być mniejszy. Koncerty jeszcze długo nie będą się odbywały, podobnie jak duże konferencje. Zawody sportowe będą bez publiczności (ale w tym przypadku sprzedaż i konsumpcję da się przekierować na „domową”, choć zapewne mniejszą, niż w przypadku spotkań w dużych grupach). Będzie więc bardzo trudno odrobić „piwne” straty z dwóch miesięcy lockdownu. A może się okazać, że będą one jeszcze narastały.

Dla rodzimej Grupy Żywiec już pierwszy kwartał 2020 r. finansowo był najsłabszy od 2002 r. Ale, powiedzmy to wyraźnie, to jeszcze nie jest efekt pandemii, tylko większych kosztów produkcji (pamiętacie o rekordowych podwyżkach cen prądu?). Wartość sprzedanego przez Żywiec piwa nawet wzrosła i to o prawie 160 mln zł. Nie wiemy, ile sprzedało się litrów piwa, ale wzrostu przychodów nie można wytłumaczyć tylko wyższymi cenami, bo spółka podała, że przychody z każdego hektolitra piwa były zbliżone do tych sprzed roku.

Żywiec jednak, jak wynika z komentarzy spółki zawartych w raporcie za pierwszy kwartał, szykuje się na trudny okres. To, jak sprzedawało się piwo w pierwszym kwartale pokazują dane spółki-matki Żywca, czyli Heinekena. Globalnie sprzedaż tego – drugiego co do wielkości na świecie – producenta piwa spadła o 2,1%. Najwięcej, bo o 6,9%, w Europie Wschodniej. Na dokładniejsze dane na temat tego, jak bardzo pandemia przekłada się na wyniki browarów, trzeba jeszcze poczekać.

Największy piwny holding na świecie, belgijski Anheuser-Busch InBev (właściciel takich marek jak Budweiser, Corona czy Stella Artois) spodziewa się spadku sprzedaży piwa w pierwszym kwartale o 10% (wyniki finansowe za pierwszy kwartał poda dopiero 7 maja). Koncern już 27 lutego informował, że sprzedaż mocno spadła m.in. z powodu ustania „nocnego życia” na rynku chińskim, gdzie zaczęła się pandemia.

Notowane na nowojorskiej giełdzie akcje Anheuser-Busch InBev straciły od początku roku mniej więcej połowę swojej wartości. Nieco lepsze notowania ma Heineken – jego kurs spadł „tylko” o ćwiartkę, ze 100 do 75 euro.  Na tym tle Grupa Żywiec wykazuje się wyjątkową odpornością. Notowania spadły w ciągu trzech miesięcy tylko o 3% do 480 zł. A trzeba przypomnieć, że to kultowa spółka dywidendowa.

Czytaj też: Straciłeś pracę? Liczysz na zasiłek dla bezrobotnych? Jak się zarejestrować w Urzędzie Pracy i kto dostanie zasiłek. Oto dwa postulaty, by bezrobotnym było łatwiej

Czytaj też: Zrobiłem sobie komercyjnie test na koronawirusa. Nie bolało, ale czy było warto? Ile kosztuje nieziszczalne marzenie o „paszporcie odporności”?

Polska Partia Przyjaciół (kraftowego) Piwa

W kryzysie piwnym, nie wszystkie browary jadą na tym samym wózku. Okazuje się, że duży może więcej i wielkie koncerny piwne zapewne będą w stanie przejść przez kryzys w miarę suchą nogą i dostosować produkcję do mniejszego popytu. Bo w ich przypadku ten popyt, choć mniejszy, to jednak jest. Sklepy działają, a o prohibicji nie ma mowy (choć wprowadzono ją ostatnio w RPA i przyczyniła się do zwiększenia „mocy przerobowych” służby zdrowia).

W największych kłopotach są małe browary rzemieślnicze, które w przeciwieństwie do piw „koncernowych” nie mają rozbudowanej sieci dystrybucji – znane marki można kupić przecież prawie w każdym sklepie. A piwa niszowe – rzemieślnicze i z małych browarów – niekoniecznie.

Te piwa można było kupić głównie w pubach, barach i restauracjach, które teraz są zamknięte. Odcięte od rynku zbytu firmy liczą dni do czasu otwarcia gastronomii, bo obecnie ich biznes praktycznie stanął.  Zagraniczne organizacje  branżowe (brytyjska i australijska)  informują o spadku sprzedaży piwa rzemieślniczego o 70-80%.

Jak to jest w Polsce?  Bardzo podobnie. Zdaniem Stowarzyszenia Regionalnych Browarów Polskich spadki wynoszą – w zależności od marki – od 20% do 100%. Tak, są browary, które nie sprzedały nic, bo cała produkcja trafiała do pubów.

Jak informował 14 kwietnia Związku Pracodawców – Browary Polskie, wartość niesprzedanego piwa, które pozostaje w zamkniętych lokalach gastronomicznych to 12 mln zł. Większość z tego jest już niezdatna do picia z powodu krótkiego terminu ważności – wiadomo, piwo było niepasteryzowane. Zdaniem branży wiele spośród 300 browarów rzemieślniczych stoi na skraju bankructwa i nie wiadomo, czy przetrwają.

Na domiar złego, ci najmniejsi mogą mieć zaraz na głowie fiskusa, bo zabutelkowali swoje piwo, co oznacza obowiązek uiszczenia akcyzy. Ale piwo stoi w magazynach i zaraz będzie się nadawać tylko do wylania, zaś obowiązek podatkowy zostanie. O jakie kwoty chodzi? Od kilku do kilkuset tysięcy złotych, w zależności od ilości rozlanego już piwa.

Czy problemy ze sprzedażą mają tylko browary, czy też inni producenci alkoholu? Okazuje się, że spadek sprzedaży trunków dotyczy wszystkich segmentów rynku. Nie jest więc tak, że w kwarantannie siedzimy w domach i upajamy się alkoholem.  „Widzimy, że alkohol to nie jest to produkt pierwszej potrzeby” – odnotowali przedstawiciele Związku Pracodawców Polski Przemysł Spirytusowy.

Okazuje się, że recepta jest tylko jedna, czyli powrót do względnej normalności i ponowne umożliwienie relacji społecznych. Alkohol kupowany na potrzeby konsumpcji w domu nie zamortyzuje spadku sprzedaży podczas imprez i pubach oraz w restauracjach.

źródło zdjęcia: Pixabay

Subscribe
Powiadom o
3 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
gosc
5 miesięcy temu

Zaczynam uważać, że to Szwecja ma rację jeśli chodzi o podejście do epidemii (oni cały czas mogą pić piwo w lokalach i ogródkach). Ich restrykcje są bardzo umiarkowane, ale dzięki temu są w stanie utrzymać je na tym poziomie przez rok lub dwa w zależności od tego jak długo będzie trwała epidemia. To daje wszystkim poczucie stabilności i powoduje mniejsze koszty gospodarcze. Jeśli chodzi o wysoki poziom śmiertelności to Szwedzi mówią, że po 12 miesiącach trwania epidemii ich statystyki w porównaniu z innymi krajami nie będą już tak niekorzystne. Myślę, że wszyscy, którzy krytykują Szwecję i naciskają ją aby wprowadzić… Czytaj więcej »

Ksawery
5 miesięcy temu
Reply to  gosc

Warto jednak zauważyć, że w krajach gdzie od dwóch tygodni następuje luzowanie ograniczeń nie ma żadnych wzrostów zakażeń tylko są spadki. W Szwecji współczynik reprodukcji też już jest poniżej 1. Masa ludzi samodzielnie weryfikująca rzeczywistość i dane widzi, że faktycznie śmiertelność w najbardziej zakażonych krajach wzrosła, ale sa to wzrosty kilkuprocentowe max. kilkunastoprocentowe, co nie specjalnie przekracza znane z przeszłości anomalie miesięczne globalnej śmiertelności w danym kraju.
To czego politycy się boją, jak i część naukowców, to utrata twarzy gdy okaże się że szkody z ich nadreakcji są nieporównywalne do zagrożenia stworzonego przez wirusa.

Tylczyn
5 miesięcy temu

Browary rzemieślnicze wysłały pismo do minister Emilewicz o możliwość sprzedaży piwa z dowozem oraz przez internet – to mogłoby je uratować.
Niestety panuje cisza…

Subiektywny newsletter

Bądźmy w kontakcie! Zapisz się na newsletter, a raz na jakiś czas wyślę ci powiadomienie o najważniejszych tematach dla twojego portfela. Otrzymasz też zestaw pożytecznych e-booków. Dla subskrybentów newslettera przygotowuję też specjalne wydarzenia (np. webinaria) oraz rankingi. Nie pożałujesz!

social-facebook social-feed social-google social-twitter social-instagram social-youtube social-linkedin social-rss top-search top-menu