Rząd unieważnił „Polski Ład”, ale ze wzrostu składki zdrowotnej dla przedsiębiorców się nie wycofał. Koniec z niską, ryczałtową składką płaconą przez osoby, które niejednokrotnie zarabiają krocie. Ale czy dodatkowy zastrzyk pieniędzy do systemu ochrony zdrowia – „sponsorowany” przez przedsiębiorców – poprawi jakość usług? Na co wystarczy wyższa składka zdrowotna? A może… na nic?
Wojna w Ukrainie sprawiła, że tak przyziemne sprawy jak „Polski (nie)Ład” zeszły na drugi plan. Ale opisane, również na naszych wirtualnych łamach, kompromitujące wpadki polskoładowe nie pójdą w zapomnienie. Prace nad unieważnieniem „Polskiego Ładu” zaczęły się jeszcze przed wojną w Ukrainie, ale po ataku Rosji rząd dostał do ręki nowy argument, by zgrabnie uzasadnić potrzebę zmian.
- Wymarzony moment, żeby inwestować w fundusze obligacji? Podcast z Pawłem Mizerskim [POWERED BY UNIQA TFI]
- Nowe funkcje terminali płatniczych. Jak biometria zmieni świat naszych zakupów? [POWERED BY FISERV]
- BaseModel.ai od BNP Paribas: najbardziej zaawansowana odsłona sztucznej inteligencji we współczesnej bankowości!? [POWERED BY BNP PARIBAS]
I oto mamy zapowiedź kolejnych zmian w systemie podatkowym. Zamiast ulgi dla klasy średniej – niższy podatek PIT (12% zamiast 17%). A dla przedsiębiorców – możliwość odliczenia od dochodu do opodatkowania części podwyższonej przez „Polski Ład” składki zdrowotnej. Rząd zapowiedział, że od połowy 2022 r. przedsiębiorca na liniówce będzie mógł sobie odliczyć od dochodu (do kwoty 8 700 zł rocznie) składkę zdrowotną.
Nie zmienia to faktu, że przedsiębiorcy rozliczający się podatkiem liniowym muszą pożegnać się z ryczałtową, niską składką zdrowotną na rzecz procentowej. Oznacza to wzrost wpływów do NFZ. Ogólny sens zmian w podatkach jest taki, że o ponad 30 mld zł spadną dochody państwa z PIT, ale za to wzrosną do NFZ (wyższa składka zdrowotna dla przedsiębiorców).
Ile dodatkowej kasy zamierza zebrać NFZ dzięki zmianom? W sumie będzie to 7 mld zł (ostatnie zmiany tu niewiele ruszyły, ubytek w ich wyniku jest symboliczny i wynosi 60 mln zł). To niemała kwota, biorąc pod uwagę cały – liczący 129 mld zł – budżet NFZ. Do 2027 r. przedsiębiorcy mają dokładać się do NFZ kwotą o 11,4 mld zł rocznie większą. Czy od tych pieniędzy polska ochrona zdrowia rozkwitnie?
Wydatki na zdrowie rosną szybciej niż PKB. Czy czuć poprawę?
Bolączki polskiej służby zdrowia każdy z nas zna aż za dobrze. Mamy za mało lekarzy, za mało pielęgniarek i za mało wydajemy na leczenie, a przede wszystkim – na profilaktykę zdrowotną. Statystycznie co drugi z nas – choć płacimy przecież składkę zdrowotną – leczy się i prywatnie, i publicznie, a już 10% Polaków – wyłącznie prywatnie. Ok. 30% funduszy przeznaczanych na ochronę zdrowia w Polsce wydajemy z prywatnych kieszeni (kasa idzie do prywatnych klinik i lekarzy, a nie do publicznego systemu).
Prywatne wydatki na opiekę medyczną w Polsce w roku 2023 r. wyniosą ok. 70 mld zł – wynika z raportu Pracodawców Medycyny Prywatnej i Deloitte. Z jednej strony dzięki temu odciążana jest publiczna część systemu ochrony zdrowia, a z drugiej – lekarze się nie rozdwoją i jeśli pracują prywatnie, to nie ma ich do dyspozycji pacjentów-podatników.
Według OECD na zdrowie z pieniędzy publicznych wydajemy 4,34% PKB – jesteśmy na 9. miejscu od końca na liście państw rozwiniętych. A w ubiegłym roku – według danych publikowanych przez Zakład Ubezpieczeń Społecznych – wartość składek przekazanych do NFZ była znacząco niższa niż w prognozie przychodów Narodowego Funduszu Zdrowia na lata 2021-2023.
W dłuższej perspektywie nasze wydatki na system ochrony zdrowia rosną. Co prawda za wolno, ale rosną. W 2015 r. nakłady na służbę zdrowia wynosiły 74 mld zł, a w 2022 r. mają wynieść 129 mld zł. W tym samym czasie PKB wzrósł w Polsce mniej więcej o 27% – z 427 mld dolarów do ok. 600 mld dolarów. Realny wzrost wydatków powoduje, że NFZ finansuje więcej skomplikowanych procedur, które są coraz droższe, rosną też wynagrodzenia lekarzy. Ale mimo wszystko dostęp Polaków do usług zdrowotnych jest coraz gorszy. A zdaniem Federacji Przedsiębiorców Polskich samo oskładkowanie przedsiębiorców nie wystarczy i żeby zachować wzrost tempa finansowania ochrony zdrowia, trzeba będzie wprowadzić nowe opłaty, np. ubezpieczenie opiekuńcze finansujące opiekę długoterminową.
Ważne, by leczyć pacjenta, a nie wyleczyć?
Polska służba zdrowia polega na tym, że 38 mln Polaków płaci składki i podatki (do niedawna system „wisiał” głównie na osobach, które zarabiały duże kwoty na etatach), dostęp do niej mają tylko niektórzy. Tak po prostu jest, bo trudno mówić o leczeniu, gdy w Grodzisku Mazowieckim na wizytę u endokrynologa czeka się 5 lat, a w jednym z warszawskich szpitali termin operacji zaćmy wyznaczono na 2033 r. Albo trzeba zapłacić (drugi raz, pierwszy raz zapłaciliśmy w składce zdrowotnej) i iść do prywatnej służby zdrowia, albo witać się ze św. Piotrem.
W pandemii ludzie konali w karetkowym korku przed SOR-ami. Ale najgorzej być trochę chorym i być w sytuacji, gdy nie weszło się w tryby leczenia. Akurat jestem na bieżąco, bo znam relację z pierwszej ręki członka rodziny, który dostał skierowanie do szpitala na badania diagnostyczne wystawiane przez lekarza specjalistę. Jak na takie skierowanie zareagował oddział otolaryngologii Szpitala Bielańskiego, który należy do m.st. Warszawy? Jak diabeł na święconą wodę.
Najpierw odesłał „petenta” na Szpitalny Oddział Ratunkowy. Lekarz z SOR odesłał pacjenta do poradni przyszpitalnej w celu zakwalifikowania go do szpitala. A poradnia przyszpitalna zapisała pacjenta na wizytę u tego samego lekarza, z którym pacjent widział się tydzień wcześniej na SOR. Taki ping-pong, który wydłuża kolejki, wydłuża leczenie. A szpital odpisał na złożoną skargę, że wszystko jest tak, jak należy.
Nawet takie firmy jak Lux Med, czyli wielkie prywatne sieci medyczne (ta konkretna obsługuje 2,5 mln osób), nie są w stanie dotrzymywać złożonych przez siebie obietnic, np. dostępu do lekarza specjalisty w ciągu 3 dni. Powód? Mamy w Polsce za mało lekarzy. Problem dotyczy większości dużych firm medycznych – prywatnych i publicznych.
Czytaj też: Czy płacimy na służbę zdrowia za mało? Czy rząd źle wydaje kasę? O co chodzi z protestem lekarzy?
Czy wyższa składka zdrowotna skruszy medyczny beton
Co trzeba zmienić? Rozmawiałem na ten temat z prof. Markiem Balickim, byłym ministrem zdrowia i ekspertem od finansowania służby zdrowia. Jaka jest jego recepta?
>>> Po pierwsze – za mało pieniędzy w systemie ochrony zdrowia. W polskiej służbie zdrowia jest strukturalnie za mało pieniędzy. Dlatego nie rozwijamy leczenia w najwyższych standardach oraz profilaktyki. W USA wydaje się na służbę zdrowia 16-17% PKB – to bardzo dużo, na to nas na pewno nie stać (nawet gdybyśmy umieli wydać te pieniądze mądrze). Zachodnioeuropejskie 7-8% PKB na zdrowie jest jednak w naszym zasięgu. Lekiem nie będzie całkowita prywatyzacja ochrony zdrowia. Polecam tekst o tym, jak świeżo upieczony korespondent mediów w USA musiał skorzystać z usług amerykańskiej służby zdrowia. Tytuł: „Bandziory w białych kitlach”.
>>>Po drugie – kto inny zbiera pieniądze od składkowiczów, kto inny je wydaje. Każdy szpital i każda przychodnia ciągnie finansową linę w swoją stronę, nikt nie patrzy na perspektywę całego systemu. Problemem jest to, że kto inny finansuje, a kto inny zarządza placówkami zdrowia. W Polsce jest za dużo szpitali, które przejadają pieniądze – mamy ich prawie 1000. W Danii, która ma jedne z najwyższych wydatków na ochronę zdrowia w Europie (ponad 8% PKB), szpitali jest 16. Gdyby trzymać się proporcji liczby ludności, w Polsce powinno wystarczyć 130 szpitali. Słynna wypowiedź lekarza i marszałka Senatu Tomasz Grodzkiego wywołała burzę, ale jest trafiona w punkt.
>>> Po trzecie – medycy dostają punkty za leczenie, a nie za wyleczenie. W Polsce opłaca się leczyć pacjenta – wtedy płyną za nim pieniądze od NFZ. Za każdy zabieg albo wizytę przyznawane są punkty, a punkty to pieniądze. Gdy pacjent jest wyleczony, źródełko się kończy i kończy się też zarobek. To dlatego, że system zbudowany jest tak, że placówki służby zdrowia dostają pieniądze za leczenie, a nie za wyleczenie (nie ma premii za ozdrowieńca). Zdaniem mojego rozmówcy, powinno się przejść na system, w którym w danym rejonie służba zdrowia jest rozliczana z odpowiedzialności za zdrowie danej populacji.
Profesor Marek Balicki nie jest zdziwiony, gdy opowiadam mu o historii pacjenta, który przed wizytą na oddziale szpitalnym musi „odbębnić” jeszcze trzy inne wizyty. I wspomina historię pacjenta, który miał krwiaka śródczaszkowego – nie przyjął go żaden szpital, za to odwiedził ośmiu różnych lekarzy. Pacjent zmarł.
Wyższa składka zdrowotna nie wystarczy
Zatrważająca jest lektura raportu NIK z 2021 r. na temat „Wyceny Świadczeń Opieki Zdrowotnej”. W co drugiej skontrolowanej placówce stwierdzono nieprawidłowości w funkcjonowaniu mechanizmów kontroli operacji finansowych i gospodarczych. Jak stwierdza NIK, w placówkach zdrowia jest taki bałagan (brak jednolitej metodologii i jednego standardu raportowania), że Agencja Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji i Narodowy Fundusz Zdrowia nie są w stanie prawidłowo wycenić świadczeń.
Pieniędzy oczywiście potrzebujemy więcej, bo Zachód wydaje na leczenie prawie dwa razy więcej w proporcji do wielkości swojej gospodarki. Ale wyższa składka zdrowotna nie wystarczy. Potrzeba więcej lekarzy i pielęgniarek, trzeba też zmienić sposób wydawania pieniędzy – czyli zmienić sposób wynagradzania obsługi pacjentów. Na razie rząd znalazł w kieszeniach przedsiębiorców trochę dodatkowych pieniędzy, co nie daje żadnej gwarancji sukcesu.
źródło zdjęcia: PixaBay