Choć sieci restauracji fast food nieustannie walczą promocjami o utrzymanie klientów, to rosnące ceny wołowiny oraz wyższe koszty pracy zmuszą je w końcu do zakomunikowania fanom kanapek z mięsem: „to koniec tanich burgerów”. W Stanach Zjednoczonych, ojczyźnie burgerów, już trwa wielkie narzekanie na to, że fast food przestaje być tani. W Polsce też przestaje
Od dziesięcioleci wołowina jest symbolem amerykańskiej kuchni. Hamburger z frytkami to klasyk, który zawsze był cenowo dostępny niemal dla każdego. Zresztą i w Polsce burger w bułce jest jednym z najpopularniejszych wśród młodzieży (nienarzekającej na nadmiar pieniędzy) dań w barach fast food. Pierwsza restauracja McDonald’s w 1948 r. proponowała swoim klientom hamburgery za ledwie 15 centów. Dziś jednak burgery przestały być tanie. A to podobno dopiero początek drożyzny.
- Tak Duńczycy przygotowują się na kryzys? Bank centralny wydał nowe zalecenie dotyczące form płatności w sklepach [POWERED BY EURONET]
- Przesiadka na mniejszego konia da zarobić? Akcje polskich małych i średnich spółek mogą przejąć pałeczkę hossy od gigantów [POWERED BY UNIQA TFI]
- Jest nowy ETF oparty na polskich indeksach akcji! I to… dwóch naraz! Czy to ma sens? TFI PZU chce ściągnąć polskie pieniądze na polską giełdę [POWERED BY PZU]
Dlaczego burgery są droższe? Bo jest za mało krów
Cytowane przez Bloomberga amerykańskie statystyki podają, że w drugim kwartale 2024 r. średnia cena hamburgera w amerykańskich barach i sieciowych lokalach wynosiła 8,4 dolara (w przeliczeniu ok. 33 zł) za sztukę. W ciągu pięciu lat urosła o 16%. W McDonald’s, jednej z najbardziej rozpoznawalnych – i jednocześnie najtańszych – burgerowni cena kanapki Big Mac poszła w górę o 21% względem ceny z 2019 r. (za Big Maca płaci się w USA już 5,29 dolara (równowartość ok. 21 zł) za sztukę.
Burgery stały się na tyle drogie, że powoli staje się z tego w USA drażliwy temat. Konsumenci o niższych dochodach muszą rezygnować ze swoich ulubionych kanapek, bo zwyczajnie nie stać ich już na burgera. A powodem są oczywiście ceny wołowiny, czyli podstawowego składnika do tych kanapek.
Zaś główną przyczyną wzrostu cen wołowiny jest zmniejszająca się populacja bydła w Stanach Zjednoczonych – jego liczebność osiągnęła właśnie najniższy poziom od 73 lat. Hodowle zmniejszają się m.in. przez susze. Ponieważ coraz trudniej o odpowiednio przystosowane pastwiska, a produkcja wołowiny jest mniej opłacalna, hodowcy wysyłają zwierzęta na ubój, nie zastępując ich nowymi. To z kolei bezpośrednio prowadzi do zmniejszenia liczebności bydła i w konsekwencji do wzrostu cen wołowiny.
By hodowca zdecydował się na powiększenie stada, ceny wołowiny muszą wzrosnąć na tyle, by było to dla niego opłacalne. I ostatnio ceny wołowiny idą mocno w górę. Problemem jest jednak czas. Po zapłodnieniu krowa nosi swoje cielę przez dziewięć miesięcy. Następnie cielęta potrzebują kolejnych kilku miesięcy przy matkach – dopiero potem zaczynają być karmione na farmie. Ostatecznie trafiają do tuczarni, gdzie przebywają ok. rok (w zależności od tempa przyrostu masy). Cykl produkcji wołowiny trwa więc w okolicach pięciu lat. Dla porównania: kurczaki są ubijane zanim osiągną dwa miesiące.

Czy będzie taniej? A może to koniec ery tanich burgerów?
Rekordowo wysokie ceny zwykle powodują perspektywę zwiększenia się populacji bydła. Ale najwięksi producenci mięsa w USA nie są pewni czy on nastąpi. Spożywczy koncern JBS przewiduje, że odbudowa stad – czyli moment, kiedy nowe krowy będą gotowe do uboju – nastąpi dopiero w 2026 r. Oznacza to, że ceny wołowiny jeszcze wzrosną, zanim ewentualnie zaczną spadać. Opinię tę podziela również profesor ekonomii rolnictwa z Uniwersytetu Stanowego Oklahomy Derrell Peel.
Jest jeszcze inny problem – demografia. Średni wiek farmerów i hodowców bydła w USA wynosi 58 lat. Starzejący się producenci wołowiny, zmagając się z wysokimi stopami procentowymi, rosnącymi kosztami hodowli i suszami, decydują się na likwidację swoich stad, korzystając z obecnie korzystnych dla nich cen. Wielu farmerów rozważa tym samym przejście na emeryturę.
Nawet jeśli ceny zaczną spadać, nie wrócą szybko do poziomów sprzed podwyżek. Zmiany klimatu powodują częstsze i bardziej dotkliwe susze, co zmusza producentów do utrzymywania mniejszych stad przez dłuższy czas. Tworzy to wieloletni trend, w którym szczytowe wielkości stad są coraz mniejsze z każdym kolejnym cyklem. Dzisiejsza, najmniejsza od kilkudziesięciu lat, populacja bydła jest skutkiem dwóch wielkich susz, z których pierwsza była w… 2010 r. A susze będą dla hodowców bydła problemem coraz większym.
Restauracje i bary fast food próbują złagodzić skutki rosnących cen wołowiny, oferując promocje zwiększające przychody (czyli „drugi burger taniej”) i tnąc własne koszty. Nie da się szybko zmniejszyć innych wydatków, takich jak koszty pracy. Niektóre bary zaczynają rezygnować z opcji jedzenia na miejscu (przynajmniej w niektórych mniej popularnych lokalizacjach). Brak stacjonarnej restauracji i oferowanie wyłącznie „wynosów” pozwala znacznie zmniejszyć koszty.
Wołowina może wkrótce stać się jedzeniem luksusowym. Zwłaszcza że produkcja mięsa będzie musiała się stać bardziej ekologiczna (zwierzęta będą musiały być lepiej traktowane, nawet w USA wprowadzane są normy znane z Europy), a więc znacznie droższa. I wprost przekładająca się na cenę burgerów.
Dla konsumenta – nie tylko w Ameryce – będzie oznaczało to konieczność przystosowania się do nowej rzeczywistości, w której wołowina przestaje być tanim codziennym produktem spożywczym. Wzrost cen może zmusić wielu miłośników fast foodów do szukania tańszych alternatyw. Lance Zimmerman, analityk rynku mięsa, cytowany przez Bloomberga mówi: „Dni cheeseburgerów za dolara są policzone. Przygotujmy się na więcej kanapek z kurczakiem„.
W polskich fast foodach wołowina też drożeje
W 2006 r. cheeseburgera w polskim McDonaldzie można było kupić za 2 zł w ramach promocji „Strefa dobrych cen”. Niecałe 6 lat później (w 2012 r.) za tę samą kanapkę musieliśmy zapłacić już 3,5 zł. Stan ten utrzymywał się mniej więcej do 2019 r. Obecnie za cheeseburgera musimy zapłacić… już prawie 9 zł! Niespełna 20 lat i ponad czterokrotna podwyżka ceny. McDonald’s, by utrzymać marże i nie „zabijać” cenami burgerów wrażliwych na podwyżki konsumentów, próbuje zarabiać więcej na frytkach i napojach.
Patentem na to jest spłaszczanie różnicy cen między małą a dużą porcją. W efekcie za małą płacimy znacznie więcej. Małe frytki kosztują obecnie aż 9,7 zł, a duże 10,9 zł. Z kolei średnie, będące zazwyczaj najpopularniejszą opcją wśród konsumentów, są jedynie o 20 groszy tańsze od dużych. Podobny trick stosuje się z napojami, których ceny również idą w górę, by zneutralizować mniejszą marżę na sprzedaży burgerów. Jeszcze w marcu tego roku za coca-colę o pojemności 0,25 l płaciliśmy 7,5 zł, dziś to już 8,5 zł. Niby tylko złotówka, ale mówimy o podwyżce ceny o kilkanaście procent.
Jeżeli chcielibyśmy zjeść duży obiad w barze McDonald’s złożony m.in. z burgerów, w którego skład wchodzą trzy cheeseburgery (po 8,9 zł), sześć nuggestów (20,1 zł), duże frytki (10,9 zł) i napój gazowany o pojemności 0,25 l (8,5 zł), to za całość zapłacilibyśmy aż 66 zł. Koszt posiłku w zwykłej restauracji (nie w barze fast food) dla jednej osoby to 50-80 zł. A więc kwota porównywalna. Koszty pracy oraz koszty drożejącego surowca – mięsa – sprawiły, że restauracjom fast food coraz trudniej wyróżnić się ceną.
—————————————
POSŁUCHAJ PODCASTU „FINANSOWE SENSACJE TYGODNIA”

>>> W nowym odcinku „Finansowych Sensacji Tygodnia” rozmawiamy o rynku pracy w IT. Ostatnio dużo się mówi o kryzysie w tej branży: programiści są mniej potrzebni, a do tego ich rolę przejmie w jakiejś części sztuczna inteligencja. W Polsce sytuacja jest jeszcze gorsza, bo stanęło wiele projektów #IT w firmach. Jak dziś wygląda rynek pracy dla informatyków i programistów? Jak zmieniły się zarobki? Jakie są perspektywy dla tego zawodu? Czy iść w tym kierunku, czy warto dziś planować pracę w IT? Gościem „Finansowych Sensacji Tygodnia” jest Michał Zabielski, który prowadzi niewielki software house i szczerze opowiada, co w tej branży piszczy. Zapraszamy do posłuchania!
>>> W 231. odcinku „Finansowych Sensacji Tygodnia” gościem Macieja Samcika był prof. Adam Mariański, szef i twórca Mariański Group. To kancelaria zajmująca się doradztwem podatkowym i strategicznym, pomocą w zarządzaniu majątkiem zamożnych Polaków oraz doradztwem w tworzeniu fundacji rodzinnych. I właśnie od fundacji rodzinnych zaczęliśmy naszą rozmowę. Ministerstwo Finansów uważa, że duża część z nich powstała tylko po to, żeby optymalizować podatki. I chce ograniczyć ich przywileje. Czy to dobry pomysł? Drugim tematem naszej rozmowy są podatki. Jak należałoby zmienić system podatkowy w Polsce, żeby było sprawiedliwie? I jak zreformować PIT – najbardziej „nierówny” podatek?
Źródło zdjęcia tytułowego: Freepik

