Zbliżeniowa załamka: 78 złodziejskich transakcji bez PIN-u. A bank… nic nie wie

Kto pilnie obserwuje blog „Subiektywnie o finansach”, doskonale pamięta mój entuzjazm dotyczący technologii zbliżeniowej w kartach płatniczych. Cieszyłem się jak dziecko, kiedy po raz pierwszy zapłaciłem pay-passem za kawę i gazetę. I to nawet nie kartą, ale wręcz… zegarkiem. Potem z nie mniejszym entuzjazmem znaczyłem w blogu kolejne kamienie milowe w rozwoju zbliżeniowej technologii w blogu. Przemogłem się i zapłaciłem zbliżeniowo za bułę w McDonald’s (a potem przemogłem się po raz drugi i ją zjadłem), zamawiałem na koszt firmy cappuccino w kawiarni. Bez obrzydzenia wybrałem się pod Barcelonę, by tam testować zbliżenia przez telefon (czego nie robi się dla moich kochanych czytelników!). Nie mniej pracowicie zbliżałem dla Was w Paryżu. Pisałem też o tym jak można ubezpieczyć się od złodziei takich telefonów-portmonetek. Świętowałem wprowadzenie technologii zbliżeniowej do warszawskiego metra oraz do pierwszych wielkich sieci handlowych. Ale potem coś się we mnie zaczęło łamać. Patrzyłem jak banki nachalnie wciskają karty zbliżeniowe osobom, które ich wcale nie chcą. Dziwiłem się, że nie pozwalają klientom zmniejszyć limitów transakcji zbliżeniowych. Chwaliłem mBank za to, że jako jeden z nielicznych daje klientom wybór: zbliżać czy nie zbliżać.

Wątpliwości było coraz więcej, choć jako główne zagrożenie jawiło się nie przekonujące mnie zupełnie ryzyko klonowania kart zbliżeniowych. Czyli groźba „macanki” w zatłoczonym tramwaju ze strony jakiejś sympatycznej pani, wyposażonej w urządzenie czytające dane z karty na odległość. Patrzyłem na to straszenie ludzi „zbliżeniówkami” przez palce. Wykazałem odrobinę zrozumienia dla MasterCarda, który strasznie denerwował się na podważanie bezpieczeństwa technologii zbliżeniowej. Tych, którzy mieli największe wątpliwości dotyczące klonowania kart, MasterCard oskarżył wręcz o kłamstwo. Dziwiłem się, że banki i organizacje płatnicze tak pokpiły sprawę promocji kart zbliżeniowych i nie tłumaczyły ludziom, że to bezpieczna technologia. A przecież w wielu bankach nie można już mieć karty nie-zbliżeniowej. Akceptuje je już 80.000 terminali w sklepach i punktach handlowych. Sądzę, że już ponad połowa wszystkich kart płatniczych w naszych kieszeniach i portfelach to karty zbliżeniowe.  W organizacji MasterCard już 20% wszystkich transakcji to te zbliżeniowe – poniżej 50 zł nie wymagające PIN-u. Ale choć wątpliwości związane z klonowaniem kart odpłynęły w siną dal, to pojawiły się nowe.

Najpierw zgłosił się czytelnik, któremu „wyczyszczono” kartę w kilkudziesięciu transakcjach zbliżeniowych bez PIN-u, dokonanych w biletomatach komunikacji miejskiej we Wrocławiu. Sądziłem, że to z tymi biletomatami jest coś nie tak, skoro „puściły” serię transakcji nie sprawdzając salda na koncie klienta. Gdy w blogu opisałem sprawę, spadła na mnie fala kolejnych takich opowieści od innych klientów. I tylko w jednym przypadku chodziło znów o biletomaty, w pozostałych ludziom czyszczono karty w najnormalniejszych sklepach i punktach usługowych. Zawsze transakcjami poniżej 50 zł, zawsze bez PIN-u. I zawsze bank dowiadywał się o wszystkim już po zastrzeżeniu karty. Tak, jakby kompletnie nie działały limity transakcji zbliżeniowych – do 200-300 zł dziennie i do trzech-pięciu transakcji dziennie (w zależności od banku). Wszcząłem śledztwo i… chyba już wiem skąd biorą się takie przypadki. Niestety, wygląda na to, że wina leży po stronie organizacji płatniczych i częściowo banków, które tak konfigurują karty i terminale, że nie zawsze rejestrują one transakcje online. A jeśli nie ma połączenia z bankiem, to skąd bank ma wiedzieć, że ma do czynienia z hurtowymi zakupami o małej wartości, przeprowadzanymi po to, by wyczyścić kartę?   

Dziś w blogu, a także w „Gazecie Wyborczej”, kilka opowieści osób, które padły ofiarą złodziei wykorzystujących luki w zabezpieczeniach transakcji zbliżeniowych. Nie twierdzę, że wszystkie takie karty są podatne na tego typu historie, ale obawiam się, że może to dotyczyć niemałej części wydanych przez banki kart z funkcją zbliżeniową. Napisała do mnie pani Joanna: „Tuż przed świętami skradziono mi portfel wraz z kartami debetowymi (na szczęście tylko jedna z nich, karta Alior Sync, była w technologii paypass). Za pomocą karty wyczyszczono mi konto dokonując ok. 45 transakcji w różnych sklepach.  Wcześniej, przed kradzieżą, czytałam pana artykuł „Horror we Wrocku. Nie trzeba znać PIN-u do karty, żeby wyczyścić komuś konto?” i przyjęłam wyjaśnienia, że  dokonanie tak wielu transakcji kartą  było możliwe. Sądziłam jednak, że mogło się to zdarzyć tylko dzięki jakimś błędom w programowaniu urządzeń sprzedających bilety. Teraz okazuje się, że zupełnie legalnie można wyczyścić konto do dna dostępnego limitu, dokonując w dowolnym sklepie niezliczonej ilości transakcji przez paypass” – pisze pani Joanna.

Całe szczęście, że druga karta, na której mam dostępny najwyższy limit kredytowy – aż 15.000 zł – była jeszcze „stara” i bez technologii paypass, bo aż boję się pomyśleć, co by było„. No, niewesoło by było, pani Joanno. Moją czytelniczkę bulwersuje jeszcze jedna rzecz – swego rodzaju znieczulica sprzedawców, którzy albo z wygody, albo z niezrozumienia sposobu działania karty zbliżeniowej, nie próbowali zatrzymać złodzieja, który wykonywał przestępcze transakcje  „Czy każdy może przyjść z dowolną kartą i zapłacić za zakupy? W kilku sklepach, gdzie robiono zakupy moją kartą poinformowano mnie, że  ekspedientki podejrzewały, iż karta jest kradziona, ale poprosiwszy klienta żeby ją pokazał, usłyszały od niego, że nie musi, bo to jest zbliżeniówka. W innym sklepie dokonano ok. 10 transakcji  jedna po drugiej. I nikogo nie zastanowiło dlaczego gość nie zrobi jednej transakcji, zatwierdzonej PIN-em! Czy to zgodne z przepisami? Nie ma jakichś ograniczeń w tej sferze?” – pyta czytelniczka. Ano są. Ograniczeniem jest zdrowy rozsądek i obowiązek okazania dowodu tożsamości przez klienta w przypadku podejrzenia, że może posługiwać się kartą w sposób nieuprawniony.

Karta była ubezpieczona przez bank, ale nie znaczy to, że klientka ma z górki. „Sprawa ciągnie się już dwa miesiące, a odpowiedzi od banku nadal nie mam. Ponadto za każdym razem jak dzwonię, to każą mi coś uzupełniać. Wczoraj np. – po dwóch miesiącach od zgłoszenia reklamacji – pani w banku powiedziała, że brakuje oświadczenia o tym, że karta była używana bez mojej zgody. Oświadczenie ma być sporządzone dla każdej transakcji oddzielnie! To ponad 40 stron… po moich naleganiach pani zgodziła się żeby dla każdego punktu, w którym nastąpiła płatność moją kartą, wypisać tylko jedno oświadczenie i załączyć kwoty wszystkich transakcji. Ale to i tak było 14 stron do wypisania… To nie wszystko. Wiele tych transakcji było wykonanych w sieci „Żabka”.  Na wyciągu nie ma adresów tych sklepów, a pani w banku kazała mi dowiedzieć się, w których placówkach ktoś płacił moją kartą (a to sześć, czy siedem różnych sklepów!). Zaczynam powoli tracić nadzieję, 1800 zł to jednak jak dla mnie dużo pieniędzy„. Pani Joanna ma powyżej uszu tego zamieszania, więc powiedziała w banku, że dla nowej karty, wydanej w miejsce tej skradzionej, chciałaby zablokować płatności zbliżeniowe. Bank odmówił, twierdząc, że nie ma takiej możliwości. „Testowałam to – można płacić paypassem w nieskończoność….

W podobnej sprawie napisała do mnie pani Marta. „Kartą mBanku można płacić zbliżeniowo nieograniczoną ilość razy, gdziekolwiek się chce. Nie działają dzienne limity transakcji! 13 września 2012 r. skradziono mi kartę płatniczą. Osoba, w ręce której znalazła się moja karta, była pospolitym złodziejem, gdyż już kilka minut po przejęciu karty zostały dokonane pierwsze płatności. Zanim się zorientowałam, że nie jestem już szczęśliwym posiadaczem niebieskiego delfinka z logo mBanku, w wyniku 24 operacji bez autoryzacji, wykonanych skradzioną kartą za pomocą technologii płatności zbliżeniowej paypass, z mojego konta zostało skradzione ponad 500 zł. Były to operacje dokonywane w takich miejscach jak Auchan, kilka sklepów sieci Żabka, lokalne sklepy spożywcze, Empik, Coffee Heaven oraz sławetne biletomaty Mennicy we  wrocławskiej komunikacji miejskiej”. Pani Marta oczywiście złożyła reklamację, ale – inaczej niż pani Joanna – już jest pewna, że nie odzyska całej kasy. Bank poinformował ze w świetle obowiązujących przepisów nie może uznać reklamacji, bo w momencie dokonywania transakcji karta była fizycznie przy terminalu i transakcje te otrzymały autoryzację. „Zastanawia mnie jaką autoryzację ma na myśli bank, skoro to były transakcje zbliżeniowe?” – pyta pani Marta.

Mam na stole również kolejny przypadek kradzieży pieniędzy za pomocą biletomatu komunikacji miejskiej we Wrocławiu. Rzecz dotyczy pani Katarzyny, klientki mBanku. „Sprawa dotyczy kradzieży jej karty Visa Electron paywave, wydanej przez mBank, a następnie wykorzystania jej przez złodzieja do wykonania zakupów na kwotę 3444 zł (przy saldzie na rachunku ok. 1250 zł i braku linii debetowej). Karta została skradziona razem z portfelem z zamkniętej torebki. Mogło mieć to miejsce w zatłoczonym tramwaju. Po kradzieży złodziej zaczął używać skradzionej karty we wrocławskich automatach biletowych, w tym samym dniu dokonał 78 transakcji na łączną kwotę 3444 zł (59 transakcji po 50 zł, dziewięć transakcji po 24 zł, trzy transakcje po 48 zł, trzy transakcje po 30 zł, dwie transakcje po 10 zł, dwie transakcje po 12 zł). Wrocławskie automaty biletowe znane są z tego, że można w nich kupić doładowania telefonów pre-paid, a wszystkie transakcje są bez autoryzacji, nie ma sprawdzania PIN-u lub podpisu. Doładowania są sprzedawane w postaci kodu doładowującego o długiej ważności, który złodziej może sprzedać później w wygodnych dla siebie warunkach„.

Po powrocie z pracy pani Kasia nie potrzebowała portfela i nie sprawdzała, czy nadal go ma w torebce. „Brak portfela zauważyła rano następnego dnia, po czym natychmiast zadzwoniłam na infolinię mBanku. W trakcie rozmowy z pracownikiem mBanku zastrzegłam kartę i dowiedziałam się, że mam niedozwolony debet na rachunku w kwocie 2189,59 zł spowodowany wieloma transakcjami kartą we wrocławskich automatach Mennicy. Następnie w trakcie rozmowy telefonicznej złożyłam reklamację. Kradzież została również zgłoszona na policję„. W mBanku pani Kasia złożyła pismo: „Oświadczam, iż nie dokonałam osobiście kwestionowanych przeze mnie transakcji, ani nie upoważniłam nikogo innego do jej dokonania. Nikomu również nie udostępniłem poufnego kodu identyfikacyjnego (PIN)„. Czytelniczka powołała się na art. 28 ust. 2 ustawy o elektronicznych instrumentach płatniczych, z którego wynika, że „posiadacza nie obciążają operacje dokonane z użyciem utraconej karty płatniczej, jeżeli ich dokonanie nastąpiło wskutek nienależytego wykonania zobowiązania przez wydawcę lub akceptanta„. I zażądała zwrotu całości skradzionej kwoty: 3170 zł.

mBankowi odpowiedź na reklamację zajęła 44 dni. W piśmie do klientki… odmówił uznania reklamacji, odmówił też zwrotu całości skradzionej kwoty. Bank zwrócił co prawda część pieniędzy, ale z pominięciem równowartości 150 euro. Pracownik mBanku, zapytany dlaczego mBank nie zwrócił całości skradzionych pieniędzy, odpowiedział, że pani Kasia nie miała wykupionego w mBanku ubezpieczenia karty. Przyznam szczerze, że nie podoba mi się to. Sądzę, że gdyby pani Kasia złożyła przeciwko bankowi pozew do sądu, to okazałoby się, iż bank nie jest w stanie wykazać, że transakcje zostały dokonane przez czytelniczkę, a nie osobę trzecią. A to przecież nie pani Kasia wymyśliła, że niektóre transakcje mają nie wymagać żadnej autoryzacji poza okazaniem karty przy terminalu… Do winy nie poczuwa się też Mennica. „Nasze automaty biletowe pracują tak, jak działają karty – a o tym jak działają karty decydują wystawcy kart (banki) i organizacje płatnicze. W Polsce jest ok. 80.000 urządzeń przyjmujących płatności zbliżeniowe – w tym 800 Mennicy Polskiej. To takie same urządzenia jak np. terminale w sklepie. Nie możemy sami zmienić systemu działania kart . To mogą zrobić wystawcy kart. Rozwiązania bez-PIN-owe zostały wprowadzone po to, aby ktoś nie mógł podpatrzeć PIN przy zakupie biletów w zatłoczonym autobusie, ukraść karty, i następnie wyczyścić klientowi konta. Takie rozwiązania stosuje się na całym świecie w komunikacji miejskiej„.

Czas na wyjaśnienie całej grandy: jak to jest możliwe, że transakcje zbliżeniowe są zatwierdzane w sklepach bez sprawdzania salda konta?. Rozmawiałem na ten temat w kilkoma ekspertami od kart i wiem – a w zasadzie się domyślam, bo chodzi o technologię, której szczegółami finansiści nie lubią się dzielić – że sprawa wygląda następująco. Otóż rzeczywiście jest tak, że każdy bank ustala limit dzienny liczby transakcji i łączną kwotę, którą można wydać za pomocą transakcji zbliżeniowych. Jest to zwykle 200-300 zł dziennie i 3-5 transakcji. Ale… nie każdy bank sprawdza po każdej transakcji, czy limity zostały przekroczone! W mBanku otwarcie mi powiedzieli, że limity dotyczą tylko transakcji autoryzowanych online. Technologia zbliżeniowa może bowiem zostać skonfigurowana jako działająca online lub offline. W tym drugim przypadku – transakcja obciąża konto klienta, ale terminal nie łączy się przy tym z bankiem. W przypadku kart wydanych przez organizację Visa (Pay-vawe) transakcje poniżej 50 zł są zawsze autoryzowane offline, zaś organizacja płatnicza MasterCard (Pay-pass) daje bankom wybór – czy autoryzować drobne transakcje online czy offline. Autoryzacja online jest bezpieczniejsza (terminal łączy się z bankiem i sprawdza saldo na koncie oraz czy nie przekroczono limitów dziennych), ale oznacza wydłużenie transakcji z 4-5 sekund do kilkunastu. A to oznacza, że płatność zbliżeniowa traci swój podstawowy atut w stosunku do standardowej – szybkość. Dlatego niektóre banki ustawiają konfigurację offline (o ile organizacja płatnicza daje im wybór).

Wiemy już co to oznacza – ktoś może wykonać nawet kilkadziesiąt transakcji i przekroczyć wszelkie limity, a bank nie będzie miał jak tego sprawdzić. Jak długo będzie ślepy i głuchy? O ile dobrze rozumiem technologię zbliżeniową, przy ustawieniu technologii w wariancie offline „wyczytanie” wszystkich transakcji następuje dopiero przy pierwszej transakcji zatwierdzanej tradycyjnie, czyli przez PIN, albo przy codziennym, wieczornym „zrzucie” wszystkich transakcji przez działający offline terminal do bazy danych. W praktyce może to oznaczać, że bank dowie się o kradzieży karty dopiero od klienta, bo przecież żaden złodziej nie zakończy cyklu transakcji zbliżeniowych transakcją z PIN-em. Nie zakończy, bo po prostu tego PIN-u nie zna. Nie udało mi się do końca ustalić – a rozmawiałem z wieloma osobami dobrze zorientowanymi – czy jest jakiś sposób, by karta – nawet ustawiona w trybie offline – przestała honorować transakcje zbliżeniowe po iluś-tam zakupach. (UPDATE: okazuje się, że karta może zostać zarówno zaprogramowana w taki sposób, żeby w pewnym momencie odesłała klienta do podania PIN, jak i żeby w ogóle przestała honorować zbliżenia – odpowiadać powinien za to licznik transakcji, zainstalowany na czipie). A więc czy jest możliwe, by np. po pięciu, czy dziesięciu transakcjach zbliżeniowych terminal wyczytał na czipie karty tę informację i zażądał, by kolejna transakcja została przeprowadzona tradycyjnie, czyli za pomocą PIN-u (przeszła do trybu online). Jeśli taka możliwość istnieje, to pytanie brzmi: dlaczego nie wszystkie banki ją stosują. A jeśli nie istnieje, to dlaczego nie uwzględniają z marszu wszystkich reklamacji i nie oddają ludziom 100% skradzionych pieniędzy? Czy to wina klientów, że banki z własnej, nieprzymuszonej woli, pozwalają na wykonywanie operacji bez PIN i bez sprawdzenia salda?

Można oczywiście powiedzieć: jak klient zgubi kartę, albo da sobie ją ukraść, to niech za to odpowiada. Ale gdyby zgubił „zwykłą” kartę, to złodziej, nie posiadając PIN-u do niej, może co najwyżej podłubać nią sobie w zębach. A zblżeniówki ustawionej w trybie offline może sobie oprócz tego dość obficie poużywać. Klienci są autentycznie zdezorientowani i przestraszeni. Pani Marta: „Skoro bank dopuszcza transakcje bez jakiejkolwiek autoryzacji w niczym nieograniczonej liczbie, a jednocześnie nie daje klientowi żadnego narzędzia, ani możliwości wyłączenia funkcji zbliżeniowej, powinien uwzględniać reklamacje takich transakcji będących wynikiem przestępstwa. Nie powinno mieć znaczenia czy klient wykupił dodatkowe ubezpieczenie, czy też nie„. Pani Joanna: „Po smutnych doświadczeniach usiłowałam ustalić jakieś limity wartości transakcji dokonywanych przez paypass – nie da się! Ani w mBanku, ani w Alior Sync po prostu nie ma takiej usługi. Można dokonać płatności – czy to paypassem, czy tradycyjnych – do wysokości dostępnego limitu na koncie, albo do wysokości  kwoty określonej jako możliwa kwota do płacenia kartą.  Jeśli określę limit na 200 zł – to nic większego nie kupię- nawet z PIN-em!  Jeśli ustawię limit 2000 to mogą mi je paypassem wyciągnąć… Pat? Przecież karty podobno były po to żeby gotówki przy sobie nie nosić? A teraz muszę  chodzić z gotówką, bo wtedy mogą mi ukraść najwyżej tyle, ile jej mam. Gdybym miała przy sobie kartę, to mogą mi ukraść wszystko, co mam na koncie!.

Tę ostatnią konstatację potwierdza inny czytelnik, pan Piotr: „Jakiś czas temu, jako klient mBanku, dostałem nową kartę debetową z funkcją płatności zbliżeniowej. Czytając (także u Pana w blogu) o różnych sytuacjach kradzieży i nieuczciwego wykorzystania płatności zbliżeniowej postanowiłem wyłączyć tę funkcję na  swojej karcie. Sekundy potrzebne do wpisania PIN-u przy każdej transakcji mnie nie zbawią, a będę spał spokojnie. Zadzwoniłem na infolinię mBanku i zapytałem czy da się wyłączyć możliwość płatności zbliżeniowej? Konsultant: nie ma takiej możliwości. Ja: czy w takim razie mogę zmienić ten limit transakcji np. na 1 zł? Konsultant: również nie ma takiej możliwości. Ja: Czy mogę zamienić swoją kartę debetową na kartę „starego typu”, bez możliwości płacenia zbliżeniowo? Konsultant: niestety, nie mamy już w ofercie starych kart  Ja: Co w sytuacji kradzieży karty i dokonania płatności zbliżeniowej przez złodzieja? Konsultant:  powinien pan zastrzec jak najszybciej kartę. Zwrotu pieniędzy może pan dochodzić od sprzedawcy, u którego wykorzystano kart,ę ponieważ jego obowiązkiem jest  zweryfikowanie właściciela karty. Może pan też wykupić pakiet „Bezpieczna karta” za 1.75 zł miesięcznie„. Gwoli sprawiedliwości: nie zawsze banki „wrabiają” klientów w udział własny w szkodzie. Przez czas jakiś zajmowałem się sprawą pana Huberta, okradzionego w taki sam sposób, jak inni opisywani czytelnicy. „Donoszę, że MasterCard i mBank okazały się być porządnymi firmami i zwróciły mi całość skradzionej kwoty (1080 zł). Pracownik banku powiedział mi, że w przypadku wystąpienia wielu transakcji pod rząd wydawcy kart są ubezpieczeni od takich wpadek„.

Pan Piotr jednak podsumowuje rozmowę w taki sposób. „bank, nie dając mi możliwości rezygnacji z karty, ani zmiany limitów płatności zbliżeniowej, zmusza mnie do ubezpieczenia karty. Jasne, niecałe 2 zł na miesiąc to żaden wydatek, ale niesmak pozostaje…„. A jak działa ta procedura, o której mówił konsultant, czyli dochodzenie roszczeń od sprzedawcy, który nie sprawdził, czy nazwisko na karcie zgadza się z nazwiskiem w dowodzie osobistym osoby płacącej zbliżeniowo, pokazałem Wam na przedstawionych powyżej przykładach. Dlaczego bankom nie wystarczy, że nie istnieją żadne dowody na to, iż to klient osobiście zatwierdził transakcje, które kwestionuje? Nie ma PIN-u, nie ma podpisu. Sam pisałem, że w tej sytuacji prawo pozwala żądać od banku pieniędzy. Bo transakcje, które nie zostały autoryzowane, nie obciążają posiadacza karty. I co? Banki zakładają, że klient, jeśli dostał kartę i jej nie zastrzegł, dokonuje wszystkich transakcji prawidłowo. Nie podoba mi się ta praktyka, ale póki ona jest w bankach obowiązująca, mam dla Was następującą rekomendację. Zróbcie przegląd wszystkich posiadanych plastików. Jeśli któryś z nich jest kartą zbliżeniową, skontaktujcie się z bankiem i sprawdźcie, czy karta została przez bank ubezpieczona od nieautoryzowanych transakcji przeprowadzonych przez jej zastrzeżeniem (najlepiej: na 24 godziny lub 48 godzin przed zastrzeżeniem) i czy na pewno oznacza to, że zniesiony jest udział własny klienta w szkodzie na poziomie 150 euro. Jeśli karta ubezpieczona nie jest – niestety musicie wykupić w banku takie ubezpieczenie na własny rachunek.

JESZCZE DZIŚ W BLOGU: co myślą o bezpieczeństwie kart zbliżeniowych przedstawiciele banków i organizacji płatniczych. JESZCZE DZIŚ W RADIU TOK FM: słuchaj o godz. 13.40 audycji z udziałem autora blogu. KUP DZIŚ „GAZETĘ WYBORCZĄ”: tam jeszcze więcej informacji o zbliżeniowej załamce. JUTRO W BLOGU ORAZ W „GAZECIE WYBORCZEJ”: karta zbliżeniowa może kosztować cię ekstra-prowizje nawet jeśli jej nie zgubisz, ani ci jej nie ukradną.  Jak to możliwe?

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o

Subiektywny newsletter

Bądźmy w kontakcie! Zapisz się na newsletter, a raz na jakiś czas wyślę ci powiadomienie o najważniejszych tematach dla twojego portfela. Otrzymasz też zestaw pożytecznych e-booków. Dla subskrybentów newslettera przygotowuję też specjalne wydarzenia (np. webinaria) oraz rankingi. Nie pożałujesz!

Zamknij
social-facebook social-feed social-google social-twitter social-instagram social-youtube social-linkedin social-rss