Wzruszyłem się czytając ten wyrok, czyli nikt im nie wmówi, że białe jest białe

To miała być standardowa sprawa o zwrot opłaty likwidacyjnej. Taka, którą wygrałoby z zakładem ubezpieczeń nawet prawnicze dziecko. Po prostu pisze się kilkustronicowy pozew, bierze sprawdzone w wielu podobnych sprawach uzasadnienie roszczeń oparte na art. 385 Kodeksu cywilnego i spokojnie czeka na wygraną, która musi nastąpić, gdyż jest pewna, jak w banku. Skąd ta pewność? Dla tych, którzy ostatnie 10 lat spędzili na Marsie krótkie korepetycje: jak wiadomo, firmy ubezpieczeniowe przez długie lata dorzucały do oferowanych przez siebie polis inwestycyjnych opłatę likwidacyjną wyrażoną ryczałtowo, a więc kompletnie oderwaną od ponoszonych przez nie kosztów (bo te przecież nie zmieniają się liniowo). Opłaty te musieli płacić klienci wycofujący się z polis przed upływem np. 10 lat trwania umowy i dzięki temu firmy ubezpieczeniowe mogły sobe pozwalać na wynagradzania górami złota sprzedawców-naciągaczy. Ci, mając w perspektywie możliwość sowitego zarobku, dobrze wywiązywali się ze swojego zadania.

Cały ten interes został zdemaskowany. Firmy ubezpieczeniowe zaczęły przegrywać procesy sądowe, a klauzule likwidacyjne są często-gęsto uznawane przez sąd jako łamiące dobre obyczaje. Doszło do tego, że towarzystwo Aegon straciło ochotę do walki w sądzie i oddało walkowerem proces grupowy oraz ogłosiło, iż tym klientom, którzy do tej pory nie zrezygnowali, pozwoli odejść „za darmo”. Część klientów jest „przepakowywana” w inne polisy, więc Aegon być może nawet wyjdzie na swojej „kapitulacji” nie najgorzej. Inna sprawa, że te nowe polisy też wyglądają podejrzanie, bo zamiast opłaty likwidacyjnej jest w nich ujęta mająca jeszcze bardziej niekorzystne skutki opłata dystrybucyjna, bądź „opłata warunkowa”, która też wygląda podejrzanie, bo pomimo ciekawej nazwy tak naprawdę chyba jest… bezwarunkowa, bo płaci się ją zawsze, a czasem ewentualnie można ją odzyskać ;-). Czyżby prawnicy Aegona wciąż „lecieli w kulki” z klientami? Nieeeee… to by już przecież była recydywa 🙂

opata_warunkowaaegon

 W takich właśnie okolicznościach przyrody na procesik wybrał się mój czytelnik, W lutym 2013 r. stracił on ochotę do dalszego opłacania składek w ramach ubezpieczenia MultiPortfel Spektrum Plus i zażądał zwrotu bieżącej wartości rejestru. Skandia wypłaciła mu tylko połowę pieniędzy, czyli niecałe 11.400 zł, podczas gdy łączna wartość rachunku wynosiła niemal 22.000 zł. Tę drugą połowę stanowiła oczywiście opłata likwidacyjna. I właśnie tych pieniędzy domagał się pan Mariusz, dorzucając do tego 1450 zł tytułem utraconych korzyści, które by osiągnął, gdyby mógł tymi pieniędzmi dysponować i włożyć ją na lokatę bankową. Sąd pierwszej instancji zachował się planowo: uznał, że trzeba użyć art. 385 Kodeksu cywilnego i udowodnił, iż firma ubezpieczeniowa rażąco naruszyła dobre obyczaje oraz interesy klienta klauzulą o opłacie likwidacyjnej. Choć klauzula używana przez Skandię – w odróżnieniu od aegonowej – nie została do tej pory uznana za abuzywną przez Sąd Ochrony Konkurencji, to sąd rozpatrujący sprawę klienta Skandii uznał, że przecież SOKiK zakwestionował podobne klauzule. I wziął to pod uwagę wydając wyrok. Uzasadnienie było oparte o art. 385, który zapewne, jako stali czytelnicy bloga, znacie już na pamięć.

„Postanowienia umowy zawieranej z konsumentem nie uzgodnione indywidualnie nie wiążą go, jeżeli kształtują jego prawa i obowiązki w sposób sprzeczny z dobrymi obyczajami, rażąco naruszając jego interesy. Nie dotyczy to postanowień określających główne świadczenia stron, w tym cenę lub wynagrodzenie, jeśli zostały sformułowane w sposób jednoznaczny”.

Skandia jak to Skandia, złożyła odwołanie. Wydawało się, że jest to odruch rozpaczy, bo cóż można ugrać w apelacji przy miażdżącym wyroku z pierwszej instancji? Okazało się jednak, że stała się rzecz dziwna. Sąd apelacyjny podważył wyrok z „rejonu” i spojrzał na sprawę zupełnie inaczej. A jak? Skandia od zawsze tłumaczy swoim klientom, chcącym odzyskać opłaty likwidacyjne, że niestety nic im nie zapłaci, bowiem jej zdaniem wartość wykupu, czyli ta część świadczenia, która pozostaje po odliczeniu opłaty likwidacyjnej, to… świadczenie główne. Jak oni do tego doszli – nie wiem. Przecież ubezpieczenia nie zawiera się po to, żeby doszło do jakiegoś wykupu, tylko po to, żeby ubezpieczyciel dostarczył ochronę ubezpieczeniową. Ale ludzie ze Skandii obrali taką właśnie linię obrony i w nią brną. Co ciekawe, zabrnął w nią także sąd apelacyjny rozpatrując sprawę pana Mariusza. A dokładniej argumentacja sądu brzmiała tak:

skandiawygrana1

Bardzo mi się to nie podoba, ale niestety ten wyrok jest prawomocny. Gdyby taka linia orzecznictwa się utrwaliła – a w sądzie na warszawskiej Woli, do którego „przynależy” Skandia, różni sędziowie będą przecież orzekać podobnie, bo pewnie trzymają sztamę – to klienci mogą mieć przerąbane. A gdyby tę linię przyjęły inne sądy, to przerąbane mieliby wszyscy klienci polis inwestycyjnych, którzy chcą uciec. Absolutnie hitowe, rozczulające, jest zakończenie uzasadnienia sądu apelacyjnego w sprawie przeciwko Skandii.

skandiawygrana2

Aż się popłakałem ze wzruszenia nad losem biednej firmy ubezpieczeniowej, która z opłaty likwidacyjnej musi opłacać swoje koszty funkcjonowania. A te są niezmierzone: ta bohaterska firma musi zarządzać, analizować i nadzorować multum funduszy i jeszcze oferować klientom zmontowane z nich portfele modelowe. Powiem coś Wysokiemu Sądowi na uszko: oni w tych firmach ubezpieczeniowych tak naprawdę jakoś specjalnie się nie męczą tym zarządzaniem. Biorą fundusze inwestycyjne, robią z nich portfele, ubierają w to klientów i kasują prowizję. Chciałbym też, Wysoki Sądzie, zauważyć, że pasibrzuchy z firm ubezpieczeniowych za tę swoją robotę pobierają na tyle wysokie prowizje, że klient i tak w większości przypadków co najwyżej wychodzi na zero. Jednak Wysokiemu Sądowi najwyraźniej wszystko zupełnie się pomyliło, więc doszedł do wniosku, że…

skandiaprzegrana3

Wysokiemu Sądowi zapewne się wydaje, że setki doradców ubezpieczeniowych codziennie dumają: co by tu zmienić w portfelach klientów, żeby było tym klientom lepiej. Że dzwonią co drugi dzień, żeby zapytać klienta jak leci, że pomagają aktywnie zarządzać ich portfelami. Otóż niekoniecznie: większość z nich po wciśnięciu klientowi polisy już się więcej nie odzywa. A na pewno niczym nie próbuje „zarządzać”. Na podstawie opowieści prawników firm ubezpieczeniowych, strapionych i zapłakanych nad swoim losem, Wysoki Sąd posiadł fałszywą wiedzę i na tej podstawie wypisuje w wyrokach jakieś farmazony. Tylko jak to teraz odkręcić? Szkolenie jakieś im zrobić, czy cóś?

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o

Subiektywny newsletter

Bądźmy w kontakcie! Zapisz się na newsletter, a raz na jakiś czas wyślę ci powiadomienie o najważniejszych tematach dla twojego portfela. Otrzymasz też zestaw pożytecznych e-booków. Dla subskrybentów newslettera przygotowuję też specjalne wydarzenia (np. webinaria) oraz rankingi. Nie pożałujesz!

Zamknij
social-facebook social-feed social-google social-twitter social-instagram social-youtube social-linkedin social-rss