9 maja 2024

Ugoda czy proces to dylemat niejednego frankowicza. Banki składają propozycje, ale prawnicy też mają argumenty. Pan Roman między młotem a kowadłem

Ugoda czy proces to dylemat niejednego frankowicza. Banki składają propozycje, ale prawnicy też mają argumenty. Pan Roman między młotem a kowadłem

Kredyt walutowy od początku do końca. Ale jaki to ma być koniec? Ugoda czy proces z bankiem? Po jednej stronie większa „wygrana” i trudny do przewidzenia czas trwania procesu oraz opłaty na prawników. Po drugiej stronie „rabat” od banku i szybkie zamknięcie sprawy. Jak duży? Pan Roman między młotem a kowadłem

To przykład jednej z tysięcy podobnych historii z kredytem frankowym w roli głównej. Jednak być może jej finał nieoczywisty i dlatego ten przypadek zasługuje na opisanie. Zagadnienie dotyczy sytuacji jednego z naszych czytelników. Jednak nie możemy podać żadnych danych go identyfikujących ani nawet nazwy banku. Strony obowiązuje bowiem klauzula tajności.

Zobacz również:

„Przygoda” pana Romana z kredytem frankowym rozpoczęła się w 2007 r. Wtedy to postanowił nabyć nieruchomość. Odwiedził kilka banków, rozmawiał z wieloma doradcami i bankierami. Otrzymał kilka propozycji (różne waluty, również padła propozycja kredytu w złotych) i finalnie zdecydował się na kredyt denominowany do franka szwajcarskiego.

Do zakupu wymarzonej nieruchomości brakowało mu 440 000 zł i tyle postanowił w banku pożyczyć. W związku z tym, że był to kredyt „frankowy”, bank przeliczył wypłaconą kwotę na tę właśnie walutę. Saldo zobowiązania wyniosło zatem prawie 198 000 franków. Nie chciałbym się wdawać w dyskusję, czy to był kredyt walutowy, złotowy czy produkt kredytopodobny. W każdym razie bank dał kredytobiorcy możliwość spłaty rat w złotym (domyślnie) lub we frankach (na zasadzie nadpłaty, która była rozliczana na poczet rat kapitałowych).

Bank przychodzi z propozycją ugody. I to dwa razy

Pan Roman początkowo spłacał kredyt w złotych, bowiem przez około rok kurs franka był niższy (lub zbliżony) niż kurs przeliczenia z dnia uruchomienia kredytu. Jednak – jak wiemy z historii – ta sytuacja nie trwała zbyt długo, więc gdy frank ruszył w górę, kredytobiorca postanowił skorzystać z drugiej dostępnej opcji. Było to dla niego korzystne również z powodu tego, że część dochodu uzyskiwał w walucie obcej.

Większość tzw. frankowiczów nie miała jednak takiej możliwości i z biegiem czasu ich rata (przeliczona na złote) była coraz wyższa. Co więcej, pozostały do spłaty kapitał kredytu (w złotych) również rósł, zamiast maleć wraz ze spłatą kredytu. Oczywiście saldo we frankach malało, jednak marne to pocieszenie dla kogoś, kto musiał spłacać raty, kupując franki za złotówki. Taka osoba niejako była niewolnikiem swojego kredytu. Nawet po sprzedaży nieruchomości zazwyczaj uzyskana kwota nie wystarczyłaby na spłatę zobowiązania.

W tzw. międzyczasie narastał bunt frankowiczów. Coraz więcej osób zgłaszało się do prawników, coraz więcej składano pozwów, potem pojawiły się również rozstrzygnięcia TSUE. Jak wiemy, na początku banki mówiły jednym głosem: podpisałeś umowę, to spłacaj. Jednak rozstrzygnięcia w sądach stały się coraz bardziej jednoznaczne i dla banków miażdżące. Prawie wszystkie spory frankowe kończą się dziś wygraną konsumentów.

Wreszcie piekło zamarzło i banki – widząc, że fala pozwów narasta – zaczęły proponować swoim klientom ugody. Na początku ich warunki nie były zbyt korzystne i niekiedy wręcz bardziej motywowały zainteresowanych do działania – czyli do jeszcze bardziej upartego skarżenia banków w sądach.

Również i pan Roman otrzymał od swojego banku propozycję ugody. Otrzymał ją pomimo tego, że nie zamierzał się z bankiem sądzić. Warunki ugody były „fenomenalne”. Bank zaproponował, że jeżeli kredyt zostanie od razu całkowicie spłacony, to kurs spłaty (po przeliczeniu franków na złote) będzie o ok. 30 gr niższy niż ten obowiązujący akurat w banku.

Kredytobiorca próbował z bankiem negocjować te warunki, jednak skłonność do rozmów (po stronie banku) była żadna. Temat zatem upadł. Minęło kilka miesięcy i… bank znów zaproponował ugodę. Tym razem propozycja brzmiała: spłać nam 200 000 zł i będziemy uważać zobowiązanie za całkowicie spłacone. Klient był podejrzliwy. Jeżeli bank, zamiast ok. 80 000 franków (a właściwie równowartości w złotych) zadowoli się kwotą 200 000 zł, to trzeba się zastanawiać, czy tu nie ma pułapki.

Ugoda czy proces? Pan Roman między młotem a kowadłem?

Klient skontaktował się z kilkoma kancelariami prawniczymi specjalizującymi się w tzw. sprawach frankowych. Każda z nich otrzymała jego umowę kredytową z prośbą o opinię i wskazanie ew. podstaw do dochodzenia prawa w sądzie. Analizy nie były identyczne, jednak ich wspólnym mianownikiem było to, że argumenty świadczące za unieważnieniem umowy są mocne.

Pan Roman „uzbrojony” w argumenty z kancelarii prawniczych postanowił dalej z bankiem negocjować. Tym razem bank już takiej możliwości kategorycznie nie wykluczał. I klient naprawdę dużo ugrał. Finalnie negocjacje stanęły na tym, że klient zobowiązał się oddać bankowi 50 000 zł (z prawie 80 000 franków, które zostały do spłaty) i kredyt miał zostać zamknięty. Jednocześnie ugoda oczywiście miała zamykać też możliwość sądowego rozstrzygnięcia sprawy.

Decyzja jednak nie była jeszcze podjęta. Na drugiej ręce były bowiem „obietnice” kancelarii. One niemal gwarantowały wyrok w postaci uznania kredytu za niebyły. Jednak opcja ta miałaby również i pewne minusy. Otóż proces sądowy musiałby trwać najmarniej 2-3 lata oraz wiązać się z określonymi kosztami. Opłata wstępna dla kancelarii, zastępstwo procesowe oraz na końcu tzw. success fee. Szacunkowo ok. 50 000 zł.

Ugoda czy proces? Ciężka sprawa, bo zysk na unieważnieniu umowy mógłby być znacznie wyższy niż z ugody, która oferowała de facto umorzenie równowartości 80 000 franków szwajcarskich minus 50 000 zł. Kredytobiorca postanowił podsumować opcje i wyliczyć „wynik finansowy” kredytu. W 2007 r. pożyczył od banku 440 000 zł, a do spłaty miał wówczas prawie 198 000 franków. W całym okresie kredytowania oddał bankowi prawie 147 000 franków (kapitał, zapłacone odsetki, prowizja).

Pamiętajmy, że nasz bohater spłacił część rat bezpośrednio we frankach (zarabiał w euro, więc wymieniał je na franki). Ale – powtórzmy raz jeszcze – nie jest to typowa sytuacja, większość posiadaczy kredytów frankowych nie miała takiej możliwości. Gdyby spłacał kredyt frankowy przez cały czas w złotych – tak, jak każdy inny śmiertelnik – kwota poniesionych kosztów (uwzględniając potencjalną ugodę) wyniosłaby ok. 580 000 zł (raty obliczone po kursie średnim NBP plus spread banku).

Biorąc pod uwagę spłacanie rat bezpośrednio w walucie obcej oraz ugodę, w ciągu 17 lat nasz czytelnik oddałby bankowi o ok. 40 000 franków mniej, niż od niego pożyczył. Gdyby nie spłacał rat w obcej walucie, lecz w złotych – z pożyczonych 440 000 zł spłaciłby o ok. 140 000 zł więcej. Też nieźle. Jednocześnie wartość nieruchomości, którą wtedy nabył, wzrosła o ok. 60%.

ugoda czy proces w sprawie franków
Ugoda czy proces w sprawie franków?

Co tak naprawdę zaproponował bank?

Zamknijmy na chwilę oczy i wyobraźmy sobie zwykły kredyt złotowy oparty na stawce WIBOR o wartości 440 000 zł, spłacany przez 17 lat w ratach równych. Aby jego koszt w tym okresie wyniósł 140 000 zł, to oprocentowanie musiałoby wynieść mniej więcej 3,4%. Dla przypomnienia: obecnie oprocentowanie (standardowego) kredytu hipotecznego wynosi około 7,5% i w ciągu ostatnich kilkunastu lat jedynie przez krótki czas było niższe niż te 3,4%.

Zaproponowana przez bank ugoda – gdyby przyjąć, że dotyczy typowego klienta (nieposiadającego dochodów w obcych walutach) – de facto oznacza propozycję zamiany kredytu na taki, który kosztowałby 3,4%. Takiego mocno preferencyjnego. Po drugiej stronie jest propozycja kancelarii prawniczej, by złożyć pozew i po kilku latach uzyskać darmowy kredyt – czyli być kolejne 140 000 zł do przodu minus koszty prawników.

Jaką byście podjęli decyzję? Ugoda czy proces? Zdradzę Wam tajemnicę – pan Roman postanowił przyjąć ofertę ugody ze strony banku. Ugoda nie jest jeszcze sfinalizowana, ale procedury są już w trakcie. Jak uważacie, czy zamierza podjąć właściwą decyzję, dogadując się z bankiem, czy raczej powinien walczyć w sądzie o nieważność umowy i pełną pulę, dzieląc się swoim finansowym szczęściem z prawnikami?

Pan Roman też jest tego ciekawy. Wyraził zgodę na publikację tego materiału (pod klauzulą usunięcia wszystkich danych identyfikujących) i z pewnością chętnie zapozna się ze wszystkimi konstruktywnymi opiniami. A zatem zachęcam do wyrażania swojego zdania. Jakie rozwiązanie wybralibyście, będąc na jego miejscu? Nie ma złych odpowiedzi, ale każdą warto uzasadnić.

Tego rodzaju analiza możliwa jest dla praktycznie każdego przypadku kredytu frankowego, w którym na jednej szali stoi możliwość nieważności umowy minus czas i koszty prawnicze, a na drugiej ugoda. Potrzebne są jedynie dane do obliczeń. Może zanim zdecydujecie się pozwać bank, warto zaproponować temu bankowi ugodę (na własnych warunkach). Bank być może podejmie negocjacje. Jeśli macie pytania, piszcie do mnie.

Czytaj też: Sąd Najwyższy przestał udawać strusia i wyrzucił to z siebie. Co wynika dla frankowiczów, a co dla banków z kompleksowej uchwały w sprawie franków?

Zdjęcie tytułowe: Maciej Bednarek

Subscribe
Powiadom o
67 komentarzy
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze
mariusz
2 lat temu

ugoda = PIT od umorzenia zobowiązania, może nawet 32%, jak ktoś jest bogaty i jest w drugim progu (ironia). Wyrok = zaniechanie poboru podatku.

Sylwester
2 lat temu
Reply to  mariusz

To zależy od konstrukcji ugody, ale słusznie trzeba zauważyć, by unikać słowa umorzenie.
Ważnym też jest, że jeśli zostało pożyczone 440 000 zł, to jeśli zostanie uznane, że kwota bazowa została spłacona (a nie odsetki/marża), to wszystko co jest ponad tę kwotę (właśnie odsetki/marża) bank może „umorzyć”, a raczej odstąpić od ich naliczenia.
I nie jest tu ważne, że pożyczone zostało 198 000 franków, a spłacone prawie 147 000 franków, bo liczy się kwota złotowa.

Tak czy siak, przyda się dobry prawnik/doradca podatkowy, który będzie zwracać uwagę na sformułowania, bo faktycznie można wpaść w PIT zupełnie niechcący.

Admin
2 lat temu
Reply to  Sylwester

Pełna zgoda, warto uważać na podatek

Krzysiek
2 lat temu
Reply to  Maciej Samcik

Do końca 2024 roku obowiązuje rozporządzenie ministra finansów w sprawie zaniechania poboru podatku w przypadku ugody. Trzeba tylko spełnić kilka warunków.
A co do samej ugody to ona może być sensowna w przypadku gdy prawdopodobieństwo wygranej w sądzie jest niższe, np. gdy jest podejrzenie że bank udowodni kredytobiorcy że nie jest konsumentem tylko przedsiębiorcą.

Admin
2 lat temu
Reply to  Krzysiek

Jeszcze bym dodał sytuację, w której spodziewamy się bardzo długiego procesu i wizja odsetek ustawowych otrzymanych za 10 lat nas nie grzeje

Jacek
2 lat temu
Reply to  Maciej Samcik

Przecież to niezły sposób na podwyższenie emerytury 😉

Robert Sierant
2 lat temu
Reply to  Maciej Samcik

ale kwestia potencjalnego podatku była częścią ugody i w tym wypadku nie występuje

Robert Sierant
2 lat temu
Reply to  mariusz

wystarczy spełnić warunki (dość łatwe) postawione przez MF i nie ma podatku; stosowny dokument jest częścią ugody

Wojtek
2 lat temu
Reply to  Robert Sierant

Może większość nie wie, ale jeśli np. wpłaciło się zaliczkę za zakup mieszkania, a później w wyniku umowy kredytowej bank nam tą zaliczkę zwróci na konto (a wartość zaliczki dopisze się go do kredytu, czyli kredyt na 100% wartości), to od tej części kredytu trzeba zapłacić podatek. Tak wychodzi z interpretacji KIS.

Zbyszek
2 lat temu

Tak naprawdę rozważania sprowadzają się do czasu jaki klient jest gotowy poświęcić. Jeśli sprawa nie jest gardłowa i klient nie musi uwolnić hipotekę pod sprzedaż nieruchomości to warto iść do sądu. Tam zawsze jest więcej do ugrania plus odsetki ustawowe, o ile klient złoży wezwania do zapłaty za wszystkie do tej pory wniesione raty kapitałowo-odsetkowe (bo nieważność powoduje ich całkowity zwrot). Prawdopodobnie pozew spłaci się prawie całkowicie sam z odsetek ustawowych, które bank będzie zmuszony spłacić po prawomocnym wyroku. Zatem kliencie jeśli nie nagli Cię czas i problemem nie jest trzymanie przez bank łapy na hipotece, to walcz o swoje.… Czytaj więcej »

ArnoldB
2 lat temu
Reply to  Zbyszek

Ja dodałbym jeszcze, aby nie bać się straszaka, że sprawa trwać będzie wiele lat. 2-3 lata oczekiwania na pierwszą rozprawę jest sytuacją skrajną, spotykaną w największych miastach typu Warszawa czy Wrocław. Przykład – sprawa złożona w byłym mieście wojewódzkim na Dolnym Śląsku, od złożenia sprawy w sądzie do pierwszej rozprawy minęło 10 miesięcy. Koszt obsługi prawnej przez znaną kancelarię warszawską wyniósł 22 000 zł za pierwszą instancję. Tzw. success fee jest niewielkim procentem od wartości kredytu i wynosi kilka tysięcy zł.

Last edited 2 lat temu by ArnoldB