Dzisiejszy dzień mógł być kolejnym kamieniem milowym w walce najbardziej zdeterminowanych grup frankowiczów o “odwalutowanie” ich kredytów. Sąd rozpatrywał bowiem odwołanie mBanku od zapadłego w kwietniu 2016 r. głośnego wyroku, w którym po raz pierwszy klient został uwolniony od skutków wzrostu kursu franka. Sąd rejonowy uznał wówczas kredyt frankowy za złotowy i kazał rozliczyć się stronom tak, jakby raty nigdy nie zależały od zmiany kursu waluty obcej. Mówimy o wyroku pod sygnaturą VI C 1713/15, który bardzo dokładnie opisywałem w blogu:

Tutaj czytaj archiwalny tekst o pierwszym odwalutowaniu kredytu frankowego

Po tamtym wyroku zapadło jeszcze przynajmniej kilkanaście korzystnych dla klientów orzeczeń sądowych, choć zdecydowana większość to były wyroki nieprawomocne (kilka się uprawomocniło, bo bank nie złożył apelacji). Ale wiadomo, że losy frankowiczów definitywnie rozstrzygną się wtedy, gdy korzystne dla nich wyroki przebrną przez apelacje oraz kasacje w Sądzie Najwyższym. Pierwszy taki test właśnie nastąpił. I to z bardzo zaskakującym wynikiem. Wbrew nadziejom frankowiczów sąd stanął po stronie bankowców. I odrzucił wszystkie roszczenia klienta, choć – paradoksalnie – zgodził się, iż w umowie kredytowej są nieprawidłowości.

Czytaj też: Polska, czyli kraj nienormalnych kredytów. Alicja, franki, a teraz…

Sprawa dotyczy kredytu frankowego w wysokości 130.000 zł, który wskutek wzrostu ceny franka dziś – po dobrych kilku latach spłaty – jest wart 160.000 zł. Klient złożył pozew o zwrot części zapłaconych pieniędzy w związku z tym, że klauzula mówiąca o tym jak ma być ustalana wysokość rat (czyli jak należności wyliczone we frankach mają być przeliczane na złote) jest nieprecyzyjna. To ta sama klauzula, która w przypadku kilku banków – mBanku, Banku Millennium, Getin Banku, Raiffeisena i BPH – została już zakwestionowana przez Sąd Ochrony Konkurencji i Konsumentów oraz wpisana do rejestru klauzul niedozwolonych. Na podstawie tych klauzul banki dowolnie ustalały sobie spread walutowy.

Pierwsza instancja: klauzula “wygumkowana”, kredyt “odfrankowić”

Sąd pierwszej instancji uznał, że klauzula przeliczeniowa nie wiąże klienta oraz że całą umowę trzeba czytać tak, jakby tego jednego zapisu w ogóle nie było. A że kwota kredytu była w umowie wyrażona w złotych, to “wygumkowanie” klauzuli indeksacyjnej sprawia, iż umowa świetnie się czyta jako umowa kredytu… złotowego. Tyle, że opartego na stawce LIBOR.

Sąd powołał się na orzecznictwo sądów Unii Europejskiej i na to, że klauzula stosowana przez bank została już wcześniej zakwestionowana przez UOKiK jako niedozwolony wzorzec umowny. A skoro tak, to – zgodnie z art. 385 Kodeksu cywilnego – można ją “wygumkować’ nie zastanawiając się w ogóle co będzie dalej. Wydawało się, że takie podejście sądów do klauzul abuzywnych się powoli ugruntowuje, co zresztą potwierdzały kolejne wyroki sądów pierwszej instancji. Wynikało z nich, że albo umów się nie da wykonać (bo nie wiadomo jak liczyć dług klienta), albo w kredycie występuje podwójna waloryzacja (co też jest nielegalne).

Czytaj też: Sąd znów unieważnia kredyt frankowy. Co oznaczają te wyroki? Jaka jest argumentacja?

Czytaj też: Rewolucyjna wykładnia waloryzacji. Jeśli wszystkie sądy taką przyjmą, bankowców czeka rzeź

Choć oczywiście nie było tak, że sądy pierwszej instancji zawsze stawały po stronie klientów. Zdarzały się też wyroki odmienne, a także interpretacje prawa, które burzyły krew frankowiczów w żyłach:

Czytaj: Frankowicze wygrywają wszystko i wszędzie? Te wyroki temu przeczą

Czytaj też: Bankowi prawnicy szykują nowy bat na (niektórych) frankowiczów

Czytaj też: Nie będzie przyspieszenia procesów frankowych? Europejski Trybunał stanął w rozkroku, a polskie sądy… szkoda gadać

Prawie nie zdarzają się już za to wyroki “przyklepujące” zobowiązania klientów w ramach “starego” bankowego tytułu egzekucyjnego wystawianego przez banki. Sędziowie seryjnie stwierdzali, że w związku z nieprecyzyjnymi klauzulami w klientowskich umowach nie są w stanie powiedzieć ile klient jest winny bankowi i ile pieniędzy można mu pozwolić wyegzekwować, przybijając do BTE klauzulę wykonalności.

Sąd Najwyższy mówi: “Ten kredyt istnieje, ale nie wiadomo ile go jest”

Apelacja: klauzula nie wiąże, ale… nie zmienia to natury kredytu. Zmienia tylko kurs

To wszystko było dość obiecujące z punktu widzenia frankowiczów. Wydawało się, że jeszcze kilka takich wyroków i organizacjom skupiającym frankowiczów uda się wywołać lawinę pozwów składanych przez tych bardziej ostrożnych klientów, którzy mają poczucie krzywdy, ale do tej pory bali się iść do sądu ze swoim kredytem. Na różnych festynach i imprezach zaczęły pojawiać się kancelarie prawne i prowadziły regularne “nabory” do pozwów grupowych.

No i teraz, w tej atmosferze sądowego pochodu od zwycięstwa do zwycięstwa – ważnego zwłaszcza po tym, jak stopniały nadzieje na rozwiązanie ustawowe sprawy franków – zdarzyło się coś dziwnego. Co? Przejdźmy przez ten wyrok po kolei. Sąd Okręgowy, rozpatrując odwołanie mBanku w sprawie pierwszego “odfrankowania” kredytu, przyznał, że umowa po części jest źle skonstruowana. Powiedział, że postanowienia uzależniające wysokość raty od tabel kursów walut obcych publikowanych przez mBank są abuzywne, a więc nie wiążą klienta. W tej części Sąd Okręgowy zgodził się z argumentami sądu pierwszej instancji. Ale to koniec dobrych wiadomości dla tego konkretnego frankowicza, a niewykluczone, że też dla innych.

O ile w pierwszym wyroku sąd uznał, że wyrzucenie klauzuli oznacza, że trzeba czytać umowę tak, jakby kredyt był złotowy, to sąd odwoławczy stwierdził, że nie można podważyć charakteru kredytu jako waloryzowanego kursem franka szwajcarskiego. A więc: konkretny model ustalania raty klienta był zły, ale nie oznacza to, że klient jest zwolniony z obowiązku spłacania kredytu jako waloryzowanego kursem obcej waluty.

Według sędziego klauzula określająca taki sposób spłacania kredytu była z klientem uzgadniana indywidualnie – to kontrowersyjne stwierdzenie, bo klient otrzymał wzór umowy taki, jaki bank standardowo przedstawiał klientom kredytów frankowych – więc w ogóle nie można jej zakwestionować powołując się na prawo konsumenckie.

“Dłużnik powinien wykonać zobowiązanie zgodnie z jego treścią i w sposób odpowiadający jego celowi społeczno-gospodarczemu oraz zasadom współżycia społecznego, a jeśli istnieją w tym zakresie ustalone zwyczaje – także w sposób odpowiadający zwyczajom”

– takie stwierdzenie sądu zanotowali, jako kluczowe, obecni na rozprawie obserwatorzy. Sąd dobił też frankowicza stwiedzeniem, że…

“To na powodzie ciążył obowiązek udowodnienia, że bank wykonywał umowę sprzecznie z zasadami współżycia społecznego, a więc stosował niewłaściwe kursy. Ponieważ powód nie wskazał takich kursów, to nie wykazał, aby zapłacił kwoty zawyżone, a więc powództwo podlegało oddaleniu”

– ogłosił sąd. Doszedł więc do wniosku, że klient nie zaproponował żadnego alternatywnego sposobu wyznaczania wysokości raty – np. na podstawie kursu średniego NBP. Sędziowie nie uznali się za kompetentnych, by go w tym zadaniu zastąpić.

Pytania do wyroku: jak wykonać taką umowę? Co z orzecznictwem unijnego Trybunału?

Przyznam, że ten fragment relacji z ustnego uzasadnienia wyroku przeczytałem z rozwartymi szeroko gałami. No bo posłuchajcie: w umowie kredytu jest klauzula, która okazuje się bezskuteczna, bo zbyt nieprecyzyjna (przyznająca bankowi zbyt duże prawa). I sąd żąda, żeby to klient udowodnił, że na podstawie tej klauzuli bank zawyżał kursy. Przecież to, co bank robił na podstawie nieprecyzyjnej klauzuli, nie powinno mieć żadnego znaczenia, skoro jest ona nieuczciwa, czyli nie wiąże klienta. Ostro pojechane.

Klientowi nie pomogły też istotne poglądy w sprawie, które wydały dwa urzędy specjalizujące się w ochronie praw konsumentów – biuro Rzecznika Finansowego oraz Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Choć w większości przypadków sądy poważnie traktują i biorą pod uwagę argumenty tych urzędów, to w tym przypadku sąd je w przeważającej części zignorował.

To jest baaaardzo odważny wyrok. W kilku punktach mam wątpliwości czy sędzia nie posunął się za daleko w miażdżeniu klienta. W dużym stopniu przemawiają do mnie argumenty dra Jacka Czabańskiego, który – jako jeden z najbardziej aktywnych prawników występujących po stronie frankowiczów – skomentował wyrok na swoim blogu.

“Sąd błędnie uznał, że waloryzacja kredytu kursem franka była indywidualnie uzgodniona z klientem (…). Waloryzacja była zaproponowana we wzorcu umownym przez bank (…) Skoro sąd stwierdził, że świadczenia banku były pobierane w nienależnej wysokości (…) to należało z urzędu powołać biegłego dla ustalenia właściwego zdaniem sądu kursu do waloryzacji (…) Skoro umowa zawiera skuteczny zapis o waloryzacji kursem franka, ale nie wiadomo jaki to kurs, to umowa ta nie nadaje się do wykonania

Tutaj: czytaj cały komentarz mec. Jacka Czabańskiego

A najważniejsze jest to, że wyrok sądu odwoławczego w sprawie kredytu frankowicza w zasadzie ignoruje orzecznictwo europejskie, które dość surowo ocenia możliwości wykręcania chołubców prawniczych po wykreśleniu z umowy kredytowej zapisów, które są nieuczciwe i nie wiążą klienta. Wyrok powiela argumentację polskiego Sądu Najwyższego z 2015 r., z której wynikało, że w miejsce zakwestionowanego postanowienia dotyczącego ustalania kursu franka należy wprowadzić inny mechanizm oparty o zwyczaje rynkowe.

Czytaj też: Sąd Najwyższy odprawił “Nabitych” z kwitkiem. Antykonsumencki sabotaż? Bardzo ostry wyrok

Tymczasem unijny Trybunał Sprawiedliwości w swoim orzecznictwie podkreśla, że w miejsce “wygumkowanych” zapisów nie można nic wpisać o ile nie istnieją na ten temat żadne uregulowania ustawowe (a w Polsce ich nie ma). Choć prawnicy bankowi już znaleźli wytrych w tej kwestii, którego starają się użyć w przypadku procesów dotyczących kredytów frankowych z oprocentowaniem ustalanym decyzją zarządu.

Czytaj też: Nabici mają kłopoty? Bankowcy byli w defensywie, ale wymyślili ten trik. Czas się bać?

Co ten wyrok oznacza dla innych frankowiczów?

Pytanie jak twała okaże się linia orzecznicza sądów odwoławczych oparta na tego typu argumentach. Nawet jeśli ten wyrok okaże się odosobionym “wybrykiem natury”, to kłopot polega na tym, iż jest już… nie do podważenia, bowiem wartość sportu wynosiła poniżej 50.000 zł i nie ma możliwości, by Sąd Najwyższy przyjął wniosek o kasację. Tak przynajmniej napisał mec. Czabański w swoim komentarzu. Nie znam dobrze zasad przyjmowania wyroków do kasacji, ale jeśli rzeczywiście tak to wygląda jak pisze prawnik, to ryzyko kwestionowania kredytów frankowych trzeba uzupełnić o jeszcze jeden element – że sąd drugiej instancji coś chlapnie i nie będzie można tego w żaden sposób zakwestionować. Choć oczywiście zawsze jest droga odwoławcza na szczeblu eueopejskim – np. walka w Trybunale Sprawiedliwości. Te młyny mielą wolniej, niż krajowe, ale…

Powstaje też dużo trudniejsze pytanie – o konsekwencje tego wyroku dla innych spraw. Pojedynczy, nawet prawomocny, wyrok w polskim prawie nie jest oficjalnym precedensem, który musi wpływać na inne sądy. Nie można wykluczyć, że kolejne wyroki w sądach apelacyjnych oraz zbadanie którejś ze spraw przez Sąd Najwyższy (nie ma wątpliwości, że do tego poziomu dojdą przynajmniej niektóre procesy frankowiczów z bankami) pójdą w zupełnie innym kierunku.

Dziś jednak bankowcy odnieśli największe sądowe zwycięstwo w sprawie kredytów frankowych od czasu zakwestionowania wyroków w grupowym procesie wytoczonym przez “Nabitych w mBank”. Przypomnę: wtedy po siedmiu latach walki i wygranej “Nabitych” w dwóch instancjach Sąd Najwyższy odwrócił argumentację sędziów niższego szczebla i uznał, że to biegły powinien ustalić “sprawiedliwą wartość szkody” klientów.  Tutaj mamy bardzo podobny pogląd. Wygląda na to, że bój o “odfrankowienie” kredytów będzie trudniejszy, niż można się było spodziewać w ostatnich miesiącach.

Czytaj też: Świat z frankiem, czyli najważniejsze dane dotyczące kredytów walutowych i frankowiczów

Czytaj też: Problem franków rozwiązuje się sam? Tak wynika z danych KNF

Czytaj też: Kiedy spadnie kurs franka? Wystarczy, że zdarzą się te cztery rzeczy