3 kwietnia 2017

Tak inwestuję swoje prywatne oszczędności, czyli samcikowa zasada czterech ćwiartek

Tak inwestuję swoje prywatne oszczędności, czyli samcikowa zasada czterech ćwiartek

W ramach „Dywidendy jak w banku” oswajam Was z lokowaniem oszczędności poza bankiem. Robię to z czystym sumieniem, bo sam właśnie w ten sposób inwestuję swoje prywatne oszczędności. Dziś kilka cyferek dotyczących mojego portfela oszczędności.

Nie jestem inwestorem, który szaleje na parkietach giełdowych. Nie zabrałem z banku wszystkich swoich pieniędzy. Kupuję akcje, fundusze inwestycyjne, obligacje spółek, by jechać na kilku koniach naraz, nie skupiać wszystkich oszczędności wyłącznie w jednym, bankowym worku.

Zobacz również:

Ale nigdy nie zabrałbym wszystkich pieniędzy z banku na rynek kapitałowy. Powiem więcej: nie zabrałbym z banku ani grosza, gdybym miał przy duszy niewielkie pieniądze.

Z decyzją o tym, że dla moich oszczędności jest życie „pozabankowe” poczekałem aż ich wartość przekroczy sześciokrotność mojego wynagrodzenia. A rozbudowa mojego portfela inwestycji o elementy „pozabankowe” trwała długo i była stopniowa.

Mój portfel inwestycji ma kilkanaście lat, ale wciąż jest „w budowie”. I pewnie tak już zostanie. Jego dzisiejsze „parametry” nie są więc docelowymi, aczkolwiek jestem z nich w miarę zadowolony. Kilku rzeczy mi brakuje, coś-tam bym zmienił, ale bez szaleństw.

Relacjonując Wam moją strategię celowo nie będę podawał konkretnych nazw banków, emitentów akcji i obligacji, funduszy inwestycyjnych, ani nazw pośredników z których usług korzystam w przypadku niektórych inwestycji. Po pierwsze dlatego, że to, co jest dobre dla mnie nie musi być dobre dla każdego z Was.

Po drugie zapewne nie jestem nieomylny i niektóre z moich inwestycji okażą się pomyłką. Po trzecie zanim komukolwiek zarekomenduję cokolwiek konkretnego, muszę poznać jego sytuację finansową, rodzinną, bilans kosztów i dochodów, cele życiowe, posiadany majątek, podejście do ryzyka…

Najważniejsze jego to, że mój portfel inwestycji jest obliczony na 20-30 lat i jest to horyzont znacząco inny od tego, który ma 90% osób, z którymi rozmawiam. Najczęstsze pytania od Was to te z gatunku „w co włożyć pieniądze, żeby przez rok najwięcej zarobić?”. Sorry, to nie moja bajka.

CZĘŚĆ BEZPIECZNA: NIE TYLKO BANK

Podstawą moich inwestycji długoterminowych są depozyty bankowe, konta oszczędnościowe, fundusze rynku pieniężnego oraz obligacje rządowe – udział tych elementów w moim portfelu inwestycji wynosi dziś 30%. Depozyty mam w kilku bankach (nie ze względu na jakieś niebotyczne kwoty, głównie z powodu zasady, że nie trzymam w jednym miejscu więcej, niż 5% pieniędzy) i stale męczą mnie wyrzuty sumienia, że żongluję nimi ze zbyt małą intensywnością.

Bo pieniądz ulokowany w banku najlepiej pracuje jeśli się go przenosi, mniej więcej co trzy miesiące, do nowego banku. Wtedy da się z niego wycisnąć 2,2-2,5% w skali roku. Jeśli się nie żongluje – to 1-2% (bliżej tej niższej granicy). Tak głupio ukształtowały się strategie banków, że wolą więcej płacić za odbijanie klientów konkurencji, niż dbanie o tych, których już mają i którzy mogliby przynieść im jakieś nowe oszczędności.

Jeśli chodzi o obligacje, to stawiam na 10-letnie, ze względu na stosunkowo najwyższe oprocentowanie (kupowałem jeszcze w czasach, kiedy marże oferowane przez Ministerstwo Finansów były wyższe, niż dziś).

CZĘŚĆ „OBLIGACYJNO-ABSOLUTNA”

Kolejne 34% mam ulokowane na rynku kapitałowym, ale w instrumenty o teoretycznie ograniczonym ryzyku. „Teoretycznie”, bo np. w przypadku obligacji korporacyjnych znacznie łatwiej stracić wszystkie pieniądze, niż kupując akcje. Ale formalnie obligacje emitowane przez firmy są zaliczane do inwestycji o niewielkim ryzyku.

Mam obligacje korporacyjne kilku spółek i nie jest to koniec moich apetytów, jednak zasada rozpraszania ryzyka między wiele rodzajów inwestycji nie pozwala mi na razie na ulokowanie pieniędzy w większą liczbę obligacji emitowanych przez spółki.

Oprocentowanie moich obligacji korporacyjnych nie przekracza stawki WIBOR plus 4,5%, co oznacza, że staram się unikać najbardziej ryzykownych obligacji, oferujących znacznie większe zarobki. Kiedyś zdarzyło mi się pójść do „kasyna” i kupić obligacje na 11% rocznie. Liczyłem na to, że w tej piramidzie finansowej będę wśród tych, którzy zdążą wyjść, ale nie zdążyłem. Strata była na szczęście niewielka, bo hazard stosuję na bardzo małą skalę.

W tej jednej trzeciej moich pieniędzy ulokowanych w instrumenty o ograniczonym ryzyko są – poza obligacjami korporacyjnymi także fundusze inwestycyjne lokujące w obligacje ze wszystkich stron świata oraz fundusze tzw. absolutnej stopy zwrotu. Czyli takie, które mają w pierwszej kolejności chronić kapitał, a dopiero jeśli to się uda – część pieniędzy skłonić do zarabiania pieniędzy. Większość z tego typu funduszy oferowanych przez polskie TFI to niewypały, więc te elementy portfela inwestycyjnego urzeźbiłem sobie z dostępnej w Polsce oferty zagranicznych asset managerów.

W portfelu inwestycji o limitowanym ryzyku mam też… polisę inwestycyjną. Ale nie taką, jakie ma większość z nieszczęśników naciągniętych kilka lat temu przez pośredników, bankowców iagentów ubezpieczeniowych, ale taką z bardzo niskimi opłatami manipulacyjnymi. Ten element portfela jest mi potrzebny w celach „spadkowych” – te pieniądze natychmiast trafią do moich spadkobierców, gdyby spadła mi cegła na głowę (nie wchodzą do masy spadkowej i nie podlegają postępowaniu spadkowemu).

NO RISK, NO FUN, CZYLI ĆWIARTKA AKCJI

Jakieś 25% mojego portfela inwestycji stanowią akcje spółek dywidendowych i fundusze akcji. Przewagę w tym portfelu mają fundusze akcji zagranicznych – nie stawiam więc wyłącznie na polską giełdę. Z kolei część z inwestycji zagranicznych (funduszy akcji globalnych i tych działających na rynkach rozwijających się) stanowią te denominowane w obcych walutach. Chciałbym, żeby było im więcej, ale sami rozumiecie: moje zasady budowania portfela, dywersyfikacji, bla, bla, bla… ;-)).

Mniejszą część portfela inwestycji wysokiego ryzyka stanowią polskie spółki dywidendowe i fundusze polskich akcji (część z nich to „ogólne” fundusze akcji, a część – fundusze akcji małych i średnich spółek). W tej części portfela też czuję niedosyt, uważam że ceny akcji na warszawskiej giełdzie są relatywnie niskiej.

CZĘŚĆ ALTERNATYWNA, CZYLI ŚWIECIDEŁKA

Pozostałe 11% moich inwestycji to te alternatywne – a więc metale szlachetne (w skarbcu firmy zajmującej się przechowywaniem fantów), wino, whisky (np. w piwniczce pod Londynem, do którego niedługo nie dostanę się bez wizy ;-)) i takie tam… przydałyby się jeszcze obrazy, znaczki pocztowe i klasyczne samochody, ale znam się na tym mniej, niż na alko :-)). Gdybym miał nieograniczone zasoby, to pewnie nieco szybciej doważałbym udział złota w portfelu.

Jakiś czas temu zadeklarowałem, że jeśli złoto zjedzie w okolice 1000 „zielonych” za uncję to biorę się do zakupów. Zatrzymało się nieco wyżej i… od tego czasu w ciągu kilku miesięcy dało zarobić 25%. Moja strategia inwestowania – której trzymam się bezwzględnie i konsekwentnie zakłada stopniowe i wolne lokowanie nowych pieniędzy, rozkładanie zakupów w czasie. Uwzględniam w tym miejscu także dochód z wynajmu. I to by było na tyle jeśli chodzi o subiektywny portfel inwestycji ;-).

Jak widzicie daleko mi do inwestora-ryzykanta. Mój portfel stricte finansowy, którego zadaniem jest performować w tempie mniej więcej dwa razy większym, niż depozyt bankowy, to w 30% lokaty teoretycznie bardzo bezpieczne (bank i fundusz pieniężny), w 34% umiarkowanie bezpieczne (obligacje firm, globalne obligacje i fundusze absolute return), a w 36% – potencjalnie ryzykowne (akcje, fundusze akcji, złoto i takie tam).

Przy czym portfel stale rozwija się w takim kierunku, by nieco doważać inwestycje natury akcyjnej i alternatywnej. I taką strategię polecam też Wam – niech procent pieniędzy, które lokujecie poza bankiem rośnie powoli, stopniowo i niech osiągnie wysoki poziom dopiero wtedy, gdy cały portfel będzie już spory. A na koniec należy Wam się słów kilka o tym jak „troszczę” się o mój portfel.

PRZEŚWIETLENIE: RAZ NA KILKA MIESIĘCY

Jeśli chodzi o inwestycje teoretycznie bezpieczne, to przegląd robię raz na pół roku. W przypadku depozytów sprawdzam ich średnią rentowność i porównuję z oprocentowaniem lokat w najlepszych bankach. Jeśli zarabiam mniej, niż połowę tego, co oferują najbardziej agresywni gracze – przenoszę pieniądze tam, gdzie płaci się za nie więcej. Ale temu ruchowi podlega tylko połowa kasy.

Druga połowa pracuje w bankach, które cenię za podejście fair, nawet jeśli nie płacą aktualnie najlepiej. Jeśli chodzi o inwestycje o umiarkowanym i wysokim ryzyku, to przegląd odbywa się mniej więcej raz w roku. Inwestycje, z których jestem niezadowolony trafiają na „listę obserwacyjną”. Dopiero po drugim przeglądzie je skreślam.

STOP-LOSS: PRZY WIĘKSZYCH INWESTYCJACH

Jeden z czytelników zadał mi niedawno pytanie czy stosuję tzw. stop-lossy w przypadku inwestycji w akcje lub fundusze akcji. A więc: czy automatycznie wycofuję się z inwestycji jeśli moja strata przekroczy określony poziom (np. 20%). Standardowo staram się tak lokować oszczędności, żeby nawet „wyparowanie” jakiegoś elementu portfela nie położyło mnie na łopatki.

Po drugie zaś – jak mówi Warren Buffet – cena to cena, ale ja kupuję wartość – staram się wybierać takie inwestycje, które mają w sobie tę wartość. I nawet jeśli ich ceny się mocno wahają, to owa wartość pozwala mi spać spokojnie. Stop-lossy stosuję wtedy, jeśli z jakichś przyczyn muszę zainwestować w jeden instrument pieniądze przekraczające kilka procent mojego portfela inwestycji. Wtedy staram się ograniczać ryzyko zjazdu wartości portfela.

ZASADA 5%: ZAWSZE I WSZĘDZIE

Znacie moje podejście do długoterminowego lokowania oszczędności – nie ma dla nich żadnego bezpiecznego miejsca. Wszędzie – nie wyłączając banku – są narażone na ryzyko. Albo jest to ryzyko spadku do zera wartości nominalnej, albo realnej (np. w banku). Do tego dochodzi druga sprawa: nawet jeśłi dana forma inwestowania generalnie okaże się być wporzo, to ja zawsze mogę mieć pecha i trafić na pośrednika, zarządzającego lub sprzedawcę, który okaże się kanciarzem lub nielotem.

Dlatego zawsze i wszędzie stosuję zasadę, by nie przeznaczać na pojedynczą inwestycję w konkretnym miejscu więcej, niż 5% moich pieniędzy. Wierne stosowanie tej zasady wielokrotnie uratowało mi już życie. Można sobie pozwolić na dowolną ekstrawagancję, łącznie z zainwestowaniem pieniędzy w piramidę finansową, ale tylko pod warunkiem, że jest to nie więcej, niż 5% naszych oszczędności.

Oczywiście: ta zasada zaczyna działać dopiero wtedy, kiedy tych pieniędzy jest więcej, niż przysłowiowe 10.000 zł. Ale nawet mając 40.000 zł warto już podzielić je na kilka części (od 4 do 6).

SPÓŁKI DYWIDENDOWE: KIEDY SIĘ ODKOCHUJĘ?

Generalnie jestem przeciwnikiem skakania z kwiatka na kwiatek. W moim portfelu są inwestycje, które nieprzerwanie pielęgnuję od 10 lat i dłużej. Są to firmy, których jestem fanem, które są „zbyt duże by upaść” (z dnia na dzień ;-)), których biznes jest prosty i zrozumiały i które są liderami w swoich branżach. Ale… czasem trzeba się odkochać i wyjść z inwestycji. W przypadku inwestowania w spółki dywidendowe jest kilka czynników, które powodują, że tracę wiarę w to, że powinienem mieć ich akcje przez kolejne 20 lat. Jakie to przesłanki?
>>> trzy kolejne lata bez dywidendy,
>>> spadek przychodów przez dwa kolejne lata,
>>> zmiana strategii działania firmy,
>>> możliwość, że skończy się rynek dla produktów danej firmy.

Jeśli ziszczą się przynajmniej dwie z tych przesłanek – jest niedobrze. Jeśli trzy – uciekam gdzie pieprz rośnie. Jak widzicie wśród tych przesłanek nie ma spadku kursu, bo on – z mojego punktu widzenia inwestora długoterminowego – nie ma większego znaczenia. Jego spadek może być co najwyżej efektem któregoś z powyższych kłopotów.

 

1 Komentarz
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze

[…] Poza tym musisz mieć pieniądze w banku, w obligacjach, w inwestycjach alternatywnych, w nieruchomościach (z tymi ostatnimi jest problem, bo brakuje w Polsce REIT-ów, czyli instrumentów pozwalających kupić „kawałek” nieruchomości). Więcej na ten temat pisałem w tekście o zasadzie czterech ćwiartek, którą stosuję inwestując własną kasę. […]

Subiektywny newsletter

Bądźmy w kontakcie! Zapisz się na newsletter, a raz na jakiś czas wyślę ci powiadomienie o najważniejszych tematach dla twojego portfela. Otrzymasz też zestaw pożytecznych e-booków. Dla subskrybentów newslettera przygotowuję też specjalne wydarzenia (np. webinaria) oraz rankingi. Nie pożałujesz!