Tajemnica CIRS, czyli kredyt frankowy bez franka. Czy to jest przekręt i ile zarobiły banki?

Tajemnica CIRS, czyli kredyt frankowy bez franka. Czy to jest przekręt i ile zarobiły banki?

Czy w kredytach frankowych w ogóle były jakieś franki? A może banki tylko „udawały”, że je mają? Postanowiłem zmierzyć się z tą tezą i wszystko jeszcze raz rozkminić do gołej kości

Wśród frankowiczów znów głośny jest temat CIRS-ów, czyli transakcji, za pomocą których część banków finansowała udzielanie kredytów frankowych. Burzę wywołała mec. Barbara Garlacz, jedna z prawniczek, która udziela się w sporach klientów z bankami o kredyty frankowe. Mec.Garlacz próbuje iść stosunkowo najtrudniejszą ścieżką – tą, na której poległ już najsłynniejszy polski frankowicz 🙂 Tomasz Sadlik – i w przypadku jednego ze swoich „podopiecznych” usiłuje dowodzić, że kredyt frankowy w ogóle nie ma nic wspólnego z frankami, a cały mechanizm uzależniający raty od kursu franka jest fikcją wykreowaną przez bank.

Zobacz również:

Stąd już niedaleko do wniosku, że skoro bank nie miał franków, to przecież nie musi ich też nikomu oddawać, a co za tym idzie – nie może stracić na przewalutowaniu zobowiązań klienta na złote. Mec. Garlacz powołuje się na fragmenty sprawozdań finansowych Banku Millennium, w którym otwartym tekstem bank przyznaje, że żadnych franków nie miał, a transakcje zawierane w związku z udzielaniem klientom kredytów frankowych służyły jedynie dopasowaniu strumieni odsetek w taki sposób, żeby dało się do udzielania kredytów frankowych użyć depozytów w złotych.

cirsmillennium_

Na pierwszy rzut oka takie rozumowanie nie ma sensu. Gdyby banki finansowały kredyty frankowe, oprocentowane na 2-3%, złotowymi depozytami, za które musiały płacić 5-6% w skali roku (a tak wyglądały relacje oprocentowania w czasach największego frankowego boomu), to poszłyby z torbami. Banki nie handlują własnymi pieniędzmi, tylko pożyczonymi. I żyją z tego, że pożyczają je nam drożej, a pozyskują taniej.

Część banków, żeby udzielić kredytu frankowego, zaciągała więc frankowe pożyczki za granicą lub emitowała wyrażone w tej walucie obligacje. Te banki miały franki. Nie wypłacały ich klientom, bo ci potrzebowali złote, a nie franków, a poza tym bankowcy chcieli zarobić nie tylko na samym kredycie, ale też na spreadzie, czyli wymianie franków na złote.

Spread to zło i chyba wszyscy jesteśmy tu zgodni, że bankowcy powinni zwrócić kredytobiorcom to, co zarobili na wymianie waluty, którą przeprowadzali tylko w swoich systemach informatycznych, a wyceniali tak, jak gdyby musieli wozić franki i złotego opancerzonymi furmankami przez pół Europy. Ale to tylko tak na marginesie.

Czytaj też: Na tropie Yeti. Czy banki pożyczające nam franki, miały w ogóle jakieś franki?

Lecz mec. Garlacz ma rację twierdząc, że nie wszystkie banki miały franki: były i są banki, które finansowały kredyty frankowe nie „żywymi” frankami, których klienci po prostu nie dostali do ręki, lecz dziwnymi (albo po prostu dość trudnymi do ogarnięcia, bo w świecie finansów takie rzeczy to nic nadzwyczajnego) transakcjami finansowymi, czyli SWAP-ami lub CIRS-ami.

Pytanie brzmi: czy jeśli bank nie miał franków, tylko SWAP-y lub CIRS-y, to czy oznacza to, iż straciłby krocie na przewalutowaniu klientom kredytów po kursie z dnia ich zaciągnięcia? I drugie pytanie: skoro bank zapewniał sobie „refundację” między oprocentowaniem kredytu frankowego (2-3%), a kosztem depozytu złotowego (6-7%) – ta refundacja następowała w formie transakcji CIRS – to czy w ustawie antyfrankowej powinno się klientom frankowym odliczać od korzyści z przewalutowania to, co zyskali na niższym oprocentowaniu kredytów? Przecież banki – jak sugeruje mec. Garlacz – „odzyskały” te pieniądze w formie CIRS.

„Ze sprawozdania finansowego Banku Millennium wynika, że w zamian za udostępnione frankowiczom złotówki, bank otrzymywał od frankowiczów stawkę LIBOR, a pozostałą część uzupełniającą do wysokości stawki WIBOR generował na transakcjach CIRS i wynik z tych transakcji prezentował w przychodach z tytułu odsetek. Może to oznaczać, że skoro banki otrzymywały rzeczywistą stawkę WIBOR za kredyty indeksowane do waluty CHF, to nie ma podstaw do tego, aby frankowicze dopłacali bankom do oprocentowania w przypadku przewalutowania kredytów po kursie historycznym”

– pisze mec. Garlacz. I domaga się wyliczenia przez KNF zysków banków nie tylko ze spreadów, ale i z transakcji CIRS oraz z różnych ubezpieczeń dodawanych do kredytów. W sumie z tym apelem się zgadzam i z tego co wiem, to analiza KNF, zapowiadana na marzec, będzie takie wyliczenia zawierała. I teoretycznie mogłoby się okazać, że po uwzględnieniu zysków banków ze spreadów, CIRS-ów i ubezpieczeń „prawdziwe” straty banków na ustawie antyfrankowej będą mniejsze. Rzeczywiście, zyski z transakcji CIRS jakieś musiały być, skoro banki wpisywały je w dochód odsetkowy.

cirsmillennium21

Mec. Garlacz stawia też trzecie pytanie, równie ciekawe: czy jeśli udowodnimy, że banki z tytułu transakcji CIRS (czyli „refundacji”) gwarantowały sobie otrzymywanie od kredytów frankowych dochodu opartego na WIBOR-ku, to czy sądy powinny w ogóle traktować te kredyty jako walutowe? Jeśli nie, to byłaby otwarta szeroka autostrada do anulowania klauzul indeksacyjnych, do unieważniania umów bądź przewalutowania kredytów z datą startową.

„KNF powinna zwrócić uwagę czy banki słusznie przyjęły, że kredyty te należy ujmować w sprawozdaniach finansowych banków właśnie jako kredyty walutowe. Takie przedstawienie problemu powinno wpłynąć na ocenę sądów co do walutowego charakteru kredytów z uwagi na stosowaną w umowach stawkę LIBOR, bo pokazuje, że w istocie rzeczywiste wynagrodzenie banków za te kredyty było co najmniej równowartością stawki WIBOR”

– pisze mec. Garlacz. Jako, że po powrocie z wypoczynku w dzikich Bieszczadach (wiem, nie było widać w blogu, że wypoczywam, ale wiecie, że już od sześciu lat wrzucam świeże wpisy nawet gdy siedzę w jacuzzi) mam świeży umysł, spróbuję wyrazić swój pogląd na każde z trzech pytań zgłoszonych przez mec. Garlacz.

Banki nie miały franków, więc nie stracą na przewalutowaniu?

Żeby zmierzyć się z tą tezą musimy zrozumieć na czym polega transakcja CIRS, która jest źródłem „niemania” franków przez polski bank. Otóż – jak pisałem wyżej – nie wszystkie banki mogły mieć franki (lub pożyczyć je skądś tanio), bo ich wiarygodność w oczach zagranicznych banków nie była wystarczająco wysoka, żeby „zaganiczni” chcieli tak na piękne oczy pożyczyć im dużo franków.

Skoro tak, to polskie banki, w ramach swoistego „zastawu”, przekazywały bankom-pożyczkodawcom franków swoje depozyty złotowe. Bank zagraniczny pożyczał więc polskiemu franki, a bank w Polsce w zamian oddawał jakąś kwotę w złotych. Wartość „zastawu” zależała od kursu franka i zmieniała się wraz ze zmianą tego kursu (ale polskiego banku to nie bolało, bo koszty wzrostu kursu i tak przerzucane były na jego klientów frankowych).

Ponieważ polski bank jest jednak ciut wiarygodniejszy, niż klient lombardu, do którego przynosi się klejnoty rodowe w zastaw, to mógł liczyć na to, że dostanie od banku zagranicznego oprocentowanie wynikające z depozytów wstawionych do zagranicznego „lombardu”. I tak polski bank płacił zagranicznemu za pożyczkę we frankach, a w zamian dostawał oprocentowanie wynikające z własnych depozytów „przechowywanych” jako „zastaw w lombardzie”.

Biznes się wszystkim opłacał, bo bank zagraniczny dostawał za pożyczone do Polski franki godziwe oprocentowanie, np. stawkę LIBOR plus 0,5-1,5% (czyli znacznie wyższą od tej, po której pozyskiwał u siebie depozyty), zaś polski bank miał franki i jeszcze czerpał korzyści ze swojego „zastawu” z depozytów złotowych. Czas przeszły jest tu w zasadzie nieuzasadniony, bo te transakcje wciąż trwają.

Co by się stało, gdyby polski bank nagle powiedział do zagranicznego: „misiu-jasiu, zrywamy deal, oddaję twoje franki, a ty wyskakuj z mojego zastawu w depozytach złotowych”? W zasadzie nic, poza tym, że polski bank musiałby pokryć różnicę kursową między ceną franka z dnia podpisania umowy o CIRS, a ceną obecną.

Bo w tej transakcji kurs też się liczy, a wartość „zastawu” musi się zgadzać z wartością pożyczki we frankach (inaczej jedna ze stron traciłaby na wymianie strumieni odsetek). Jeśli pożyczyłem od banku w Szwajcarii miliard franków przy kursie 3 zł za franka, to oddałem mu w „zastaw” 3 mld zł. Jeśli kurs franka skoczy do 4 zł, to muszę dorzucić do „zastawu” miliard (ale też kredytobiorcy refundują mi to w wyższych ratach).

Jeśli umarzam polskim klientom np. połowę długu (przeliczam ich raty po kursie 2 zł), to moje zobowiązania wobec banku w Szwajcarii nie spadają, wciąż muszę zapewnić „zastaw” o wartości 4 mld zł, mimo że od kredytobiorców dostanę znacznie mniej. Z faktu, że zamiast „żywych” franków polski bank finansował się CIRS-em (a więc pośrednio depozytem złotowym, który jest zabezpieczeniem pożyczki frankowej udzielonej przez zagraniczny bank) nie wynika raczej, że polski bank nie straci na przewalutowaniu po kursie historycznym.

Banki dostają „refundację”, więc powinny oddać klientom zarobek na spreadzie?

Prezydencki projekt ustawy antyfrankowej mówi, że banki mają wziąć na klatę wszystkie różnice kursowe, a klienci – oddać różnicę wynikającą z niższego oprocentowania kredytów frankowych, niż złotowych. Mec. Garlacz stawia tezę, że skoro banki sobie „zrefundowały” różnicę między ratami frankowymi, płaconymi przez klientów według stawki 2-3%, a kosztem depozytów złotowych „używanych” jako zabezpieczenie, to zarabiały na CIRS-ach. I ten zarobek powinny oddać klientom, a nie płakać, że mają 44 mld zł strat.

Czy są w tym rozumowaniu okruchy prawdy? Jeśli przyjąć, że CIRS to transakcja zabezpieczająca, w której dwa banki symetrycznie wymieniają się strumieniami odsetek, to na zarobek chyba nie ma tu zbyt dużo miejsca. Biorę od polskiego klienta depozyt na 6%, oddaję go w „zastaw” bankowi np. szwajcarskiemu (ale nie pozbywam się prawa do odsetek), w zamian ten bank pożycza mi franki, za które płacę np. LIBOR plus 1,5%. Te franki pożyczam polskiemu klientowi w formie kredytu frankowego z marżą 2%. Kiedy polski właściciel depozytu przyjdzie do mnie po odsetki, to płacę mu z pieniędzy przysłanych ze Szwajcarii, w formie odsetek od „zastawu”.

Mój zysk – jako polskiego banku – to różnica między tym, co płacę bankowi w Szwajcarii w formie odsetek od pożyczki frankowej, a marżą kredytu frankowego. Tę różnicę – jak pisze mec. Garlacz – księguję sobie jako dochód odsetkowy (marżę odsetkową). Jestem trochę do przodu, ale czy są to grube miliardy? Nie sądzę. Ale będzie super jeśli KNF to wyliczy.

Czy kredyt, w którym nie było franków, sądy powinny uznawać za „frankowy”?

Nie jestem prawnikiem, więc nie chcę się wymądrzać. Jednak wydaje mi się, że sytuacja nie wygląda tak, jak pisze mec. Garlacz, że kredyty frankowe były „finansowane depozytami w złotych”, a różnicę między oprocentowaniem wynikającym ze stawki LIBOR a WIBOR-em pokrywały z transakcji CIRS.

Chyba raczej interpretowałbym tę sytuację tak, że polski bank pożyczał z zagranicy franki, którymi finansował udzielenie kredytu walutowego swojemu polskiemu klientowi, ale tę pożyczkę zabezpieczał „zastawem” w formie własnych depozytów złotowych. W takiej sytuacji te polskie depozyty nie byłyby podstawą finansowania kredytów walutowych, lecz zabezpieczeniem tego finansowania.

Oczywiście jest tu pewna cienkość. Może być tak, że banki rzeczywiście nie wymieniają się miliardami złotych i franków. To może wyglądać tak, że między bankami płyną wyłącznie odsetki, a reszta to tylko należności i zobowiązania, księgowane w bilansie. A więc zagraniczny bank nie bierze prawdziwego „zastawu”, ani nie wypłaca polskiemu bankowi prawdziwych franków, a wszystko odbywa się na poziomie bilansu. No i jeśli rzeczywiście to tak wygląda, to tych franków w polskim banku rzeczywiście nigdy nie było.

No i teraz pytanie: czy może być kredyt frankowy w sytuacji, gdy polski bank fizycznie nigdy nie miał żadnych franków? Od strony finansowej w tej transakcji międzybankowej wszystko jest bezpieczne i dobrze policzone – audytorzy pozwalają, by wszystko działo się na poziomie bilansów i ograniczało do wymiany odsetek. Ale od strony „filozoficznej” można się rzeczywiście zastanawiać czy kredyt frankowy może być frankowy, choć nikt nigdy nie widział żadnego franka. W tym sensie przed sądami stoi duże wyzwanie.

—————————————————–

kieszonkoweKSIĄŻKA O KIESZONKOWYM DLA DZIECI I RODZICÓW! O tym dlaczego dziecko powinno dostawać kieszonkowe, jak dawać kieszonkowe, żeby maksymalnie wykorzystać jego wychowawczą rolę, jak bawić się w „domowy bank”, za co dziecku płacić, a za co w żadnym wypadku, jak stymulować w dziecku dobre nawyki, a jak zwalczać wyuzdaną konsumpcję – piszę w książce „Moje pierwsze kieszonkowe”. Jest w niej również o nowych formach pieniądzach (bitcoinach i innych dziwactwach), o tym jak bezpiecznie zarządzać pieniędzmi w formie bezgotówkowej, jakie zasady bezpieczeństwa stosować mając konto internetowe, kartę płatniczą i bank w smartfonie. Książkę kupicie w dobrych księgarniach, w internecie (np. na stronie kulturalnysklep.pl), a jeśli wolicie czytać na tablecie, to jest też wersja elektroniczna, dostępna np. w Publio.pl. Miałem przyjemność opowiadać o niej w audycji Tomasza Kwaśniewskiego w Radiu RDC, a także u Aleksandry Dziadykiewicz w TOK FM. Posłuchajcie! Zapraszam Was też do zakupu pozostałych moich książek spośród tych, które są jeszcze w sprzedaży – „100 potwornych opowieści o pieniądzach, czyli jak żyć, zarabiać i wydawać z klasą” (o tym jak rozwiązać większość finansowych problemów, które mogą cię spotkać w życiu) oraz „Jak inwestować i pomnażać oszczędności” (o tym jak zabrać się za budowanie swojej finansowej niezależności).

—————————————————-

JAK MIEĆ PIENIĄDZE NA OSZCZĘDZANIE? Jak z małych pieniędzy zbudować swój finansowy spadochron? Jak lokować pieniądze w erze niskich stóp procentowych? Jak uszyć pierwszy plan systematycznego oszczędzania i nie dać nabić się w butelkę przez pośredników? Osiem pomysłów dla twojego portfela podanych w lekkostrawnej formule obejrzyj na moim kanale w YouTube.

 

Subscribe
Powiadom o
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze

Subiektywny newsletter

Bądźmy w kontakcie! Zapisz się na newsletter, a raz na jakiś czas wyślę ci powiadomienie o najważniejszych tematach dla twojego portfela. Otrzymasz też zestaw pożytecznych e-booków. Dla subskrybentów newslettera przygotowuję też specjalne wydarzenia (np. webinaria) oraz rankingi. Nie pożałujesz!