Sukces batalii o opłaty likwidacyjne już blisko? Przeskoczyli przez ważną przeszkodę!

Zbliża się chyba decydujące starcie w wojnie klientów z firmami ubezpieczeniowymi. Nie, nie dlatego, że „nabici” w polisy zorganizowali wielosettysięczną demonstrację w Warszawie ;-). Raczej dlatego, że stołeczny Sąd Okręgowy przyjął właśnie do rozpatrzenia pierwszy pozew zbiorowy w tej sprawie, co oznacza prawdopodobnie pokonanie przez klientów najważniejszej przeszkody na drodze do zwycięstwa. Rzecz dotyczy opłat likwidacyjnych, które ubezpieczyciele narzucają przy wcześniejszym zerwaniu umów inwestycyjnych (zawartych na 10-15 lat). Klient nie może bezkarnie odejść i musi płacić składki nawet wtedy, jeśli jego pieniądze są inwestowane nieudolnie albo nieskutecznie. Ani wtedy, kiedy agent ubezpieczyciela miał się opiekować klientem, a tak naprawdę jego polisę miał przez całe lata w nosie. W co najmniej kilkunastu indywidualnych sprawach, wytoczonych przez klientów (niektóre z nich opisywałem w blogu, łącznie z pikantnymi szczegółami dotyczącymi strategii stosowanej przez prawników ubezpieczycieli) sądy uznały formułę naliczania opłat za nielegalną, zaś klienci odzyskali pieniądze. W tej sprawie jest też korzystny dla klientów wyrok Sądu Ochrony Konkurencji, który wpisał jedną z klauzul wcześniejszego wyjścia, stosowanych przez firmy ubezpieczeniowe, na listę niedozwolonych zapisów. .

Jednak na firmy ubezpieczeniowe nie zadziałało to tak, jak można się było spodziewać. Jedne coś-tam pogmerały w opłatach likwidacyjnych, żeby były mniej dolegliwe. I myślą, że to wystarczy, żeby uniknąć dalszych porażek w sądach. Inne spokojnie odsyłają klientów z kwitkiem sprawdzając czy będą mieli w sobie tyle determinacji, żeby pójść do sądu. A po przegranej pierwszej instancji już się nie odwołują, tylko grzecznie oddają ludziom pieniądze. Wychodzą z słusznego założenia, że lepiej płacić pojedynczym klientom, niż zmienić system na taki, który pozwoliłby odchodzić „za darmo” wszystkim. Zwłaszcza, że nie zawsze klient sprawę w sądzie wygra, zdarzają się (choć niezbyt często) także zwycięstwa ubezpieczycieli. Aby zmienić praktykę, czyli zerwać kajdany wszystkim posiadaczom polis inwestycyjnych, potrzebne jest wejście do gry Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów (czyli uznanie praktyk firm za nielgalne i dotkliwe kary finansowe), albo… kilka spektakularnych porażek ubezpieczycieli w sądzie. Spektakularnych, czyli „hurtowych”.

Dlatego właśnie tak istotne są pozwy zbiorowe zakładane w sprawie opłat likwidacyjnych. Konieczność zapłacenia kilkudziesięciu lub kilkuset klientom naraz byłoby dla firm na tyle zauważalne, że być może skłoniłoby je do jakichś prokonsumenckich rozwiązań kompleksowych. Klienci walczący w pozwach zbiorowych sami może nie wyjdą na tym najlepiej (muszą oddawać niekiedy dużą część przyszłej wygranej prawnikom), ale ich udział może mieć duże znaczenie dla Narodu. Na razie żaden z procesów zbiorowych w sprawie opłat likwidacyjnych się jeszcze na dobre nie rozpoczął, ale ostatnio poznańska kancelaria LWB pochwaliła się, że pierwszy tego typu pozew, przeciwko firmie Generali, przynajmniej został przez sąd przyjęty do rozpatrzenia. Niby nic, ale w pozwach zbiorowych procedura jest bardzo restrykcyjna i prawnicy strony przeciwnej łatwo mogą podnosić argumenty, że coś nie tak jest z roszczeniami, albo ze składem grupy. W przypadku pozwu zbiorowego „Nabitych w mBank” przepychanki formalne trwały ponad rok, chyba nawet dłużej, niż potem trwał cały proces.

Niewykluczone, że przyjęcie przez sąd pierwszego pozwu zbiorowego (jeszcze można się przyłączyć) jest przeskoczeniem najważniejszej przeszkody, bo – patrząc na rozstrzygnięcia w sprawach indywidualnych, opierające się o bardzo prostą wykładnię art. 385 Kodeksu cywilnego – potem może być już „z górki”. Gdyby zaś pierwszy proces zbiorowy został przez klientów wygrany, to na zasadzie precedensu (formalnie w polskim sądownictwie nie obowiązuje, ale przy pozwach zbiorowych sędziowie lubią się oglądać na wcześniejsze orzeczenia) łatwiej będzie o sukces w kolejnych „zbiorówkach”. A w konsekwencji ubezpieczyciele znajdą się pod podwójną presją. Po pierwsze będą musieli zacząć wreszcie zawierać ugody z klientami indywidualnymi, których dzisiaj lekce sobie ważą, wysyłając ich do sądu. Bo każdy zlekceważony klient będzie miał a nadto argumentów, że jeśli ubezpieczyciel zachowuje się nie fair, to bez problemu można „wycisnąć” go w sądzie. Indywidualnie albo zbiorowo.

A po drugie, znacznie ważniejsze, więcej będzie klientów zrywających umowy jeszcze trwające. Powiedzmy sobie szczerze – większość z nich jest obłożona takimi opłatami za zarządzanie, że klienci płaczą i płacą tylko dlatego, iż nie mają pewności odzyskania ewentualnej opłaty likwidacyjnej. Jeśli tę pewność uzyskają, to rezygnacje mogą stać się masowe. Chyba, że… firmy ubezpieczeniowe zaczną obniżać opłaty administracyjne i za zarządzanie, żeby za wszelką cenę utrzymać klientów. I to byłby scenariusz, któremu bardzo kibicuję, bo uważam, że trzeba i warto systematycznie oszczędzać, a polisy typu unit-link same w sobie nie są wcale takim złym do tego instrumentem. Złe jest przywiązywanie do nich ludzi siłą za pomocą opłat likwidacyjnych oraz bandyckie opłaty pobierane od klientów za zarządzanie polisami. Wyeliminowanie tych mankamentów – skoro nie udaje się po dobroci, to trzeba siłą – mogłoby sprawić, że polisy unit-link stałyby się całkiem przyjemnymi instrumentami budowania naszej zamożności.

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o

Subiektywny newsletter

Bądźmy w kontakcie! Zapisz się na newsletter, a raz na jakiś czas wyślę ci powiadomienie o najważniejszych tematach dla twojego portfela. Otrzymasz też zestaw pożytecznych e-booków. Dla subskrybentów newslettera przygotowuję też specjalne wydarzenia (np. webinaria) oraz rankingi. Nie pożałujesz!

Zamknij
social-facebook social-feed social-google social-twitter social-instagram social-youtube social-linkedin social-rss