Wypatrujemy jak kania dżdżu jakichkolwiek sygnałów z Sądu Najwyższego dotyczących kredytów frankowych. Pozbawione jasnych drogowskazów sądy pierwszej instancji podejmują radykalnie różne wyroki w bardzo podobnych sprawach, zaś klienci się denerwują, bo idąc do sądu czują się jakby brali udział w jakiejś loterii. Jedną z nielicznych spraw, które dotarły do najwyższego poziomu jest ta, którą prowadził mec. Mariusz Korpalski, znany bojownik o wolność i demokra… tfu, o prawa konsumentów-frankowiczów.

Spór dotyczy ważności tytułu egzekucyjnego, który wystawił jeden z banków (sąd nie ujawnił który) w stosunku do dwojga klientów-posiadaczy kredytu o wartości 272.000 franków szwajcarskich, zaciągniętego w 2001 r. Kredyt nie był terminowo spłacany, więc bank w 2006 r. wystąpił do sądu o zgodę na wysłanie do klientów komornika (czyli o klauzulę wykonalności na bankowym tytule egzekucyjnym). Klienci wszczęli raban i zażądali od sądu jednego z dwóch rozwiązań: unieważnienia umowy bądź uznania, że klauzula przeliczeniowa – na jej podstawie bank wyliczał wartość rat w złotych – jest niewiążąca.

Bank domagał się zwrotu prawie 180.000 franków, przeliczając – na potrzeby komornika – tę kwotę po bieżącym kursie szwajcarskiej waluty. Klienci kwestionowali dług, bo – ich zdaniem – dowolnie ustalany przez bank spread czynił zobowiązanie nieprzewidywalnym. Sąd pierwszej instancji zgodził się z klientami, że klauzula przeliczeniowa była nieprecyzyjna i niewiążąca, ale sąd apelacyjny stanął w większości po stronie banku. I ustalił zobowiązanie klientów na 169.000 franków.

Czytaj też: Frankowicze walczący w sądach coraz częściej stosują ten fortel

Czytaj też: TSUE odpowiedział na trzy ważne pytania o franki. Czy to orzeczenie zatrzęsie polskimi sądami?

Klienci złożyli kasację w Sądzie Najwyższym, a ten wydał kilka tygodni temu wyrok. Dopiero teraz pojawiło się jego uzasadnienie na piśmie, które prześledziłem z wypiekami na twarzy, bo każde spojrzenie Sądu Najwyższego na sprawy frankowe może mieć duży wpływ na tysiące procesów już toczonych przez klientów i być może dziesiątki tysięcy takich, które będą toczone w przyszłości. Rzecznik Praw Obywatelskich namawia niezadowolonych frankowiczów, by nie bali się składać w bankach reklamacji, żądać usunięcia wad z umów, a kiedy trzeba – walczyć w sądzie.

Sąd Najwyższy uznał, że warunek w umowie, który mówił o przeliczaniu franków na złote i z powrotem był nieprecyzyjny, a więc nieuczciwy (przyznawał bankowi zbyt dużą uznaniowość w kształtowaniu kursu spłaty). Uznał też jednak, że nie można unieważnić umowy, ani uznać za nieważne paragrafów umowy, które nakazują spłacanie rat w złotych. A więc z jednej strony klauzula przeliczeniowa jest nieuczciwa i trzeba ją wygumkować, a z drugiej strony trzeba dopuścić spłatę kredytu w złotych, mimo że został denominowany we franku szwajcarskim.

Kiedy już Sąd Najwyższy to ustalił, to zaczął się zastanawiać według jakiego kursu ustalić te złotowe należności banku? Skoro zapisy, które to regulują, zostały wyrzucone z umowy, zaś sama umowa jest ważna, to trzeba wymyślić coś w zamian. Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej stanął już jakiś czas temu na stanowisku, że sądy nie mogą nic do umów dopisywać, a jedyną opcją, by zmienić umowę jest wykorzystanie „przepisów dyspozytywnych prawa krajowego”.

Czyli zastosowanie jakichś istniejących przepisów (i to tylko wtedy, gdyby w innym wypadku umowa miała upaść, czyniąc szkody konsumentowi). Sąd Najwyższy uznał, że w tej sprawie musi właśnie jakiś przepis znaleźć.

Czytaj też: Sąd Najwyższy o kredycie frankowym. Dług istnieje, ale jaki?

Sąd Najwyższy znalazł dwa rozwiązania. Pierwsze to poszukanie w innych punktach umowy woli stron dotyczącej rozliczeń walutowych. Sąd doszedł do wniosku, że w jednym z punktów umowy strony zastosowały przeliczenie kwoty pożyczki na złote po kursie kupna franka szwajcarskiego zawartego w tabeli kursowej banku. Był to kurs również ustalony przez bank w sposób nieprzejrzysty, ale klient go nie kwestionował. Sąd Najwyższy uznał, że można „zalepić” nim dziurę w umowie.

Co to oznacza? Przeliczenie każdej zapłaconej przez klienta w przeszłości raty po kursie kupna z tabel banku (czyli stosując „ujemny” spread i „umiarkowaną” abuzywność)? A może przeliczenie całego obecnego długu klienta przez kursu kupna z dnia wystawienia tytułu egzekucyjnego? A może jeszcze inaczej: przeliczenie całej umowy po kursie kupna franka szwajcarskiego z dnia zaciągnięcia kredytu?

Pierwsze rozwiązanie od razu odpada, bo Sąd Najwyższy nie mówi o przeliczeniu rat, lecz o przeliczeniu „kwoty pożyczki”, czyli całego długu. Ale według kursu z którego dnia? Bieżącego czy z tego, w którym kredyt został zaciągnięty? Mec. Mariusz Korpalski interpretuje orzeczenie Sądu Najwyższego w ten sposób, iż wartość długu trzeba przeliczyć po kursue „startowym”, bo odniesienie do kursu kupna w umowie jest zawarte w punkcie mówiącym o wypłacie kredytu. Wypłata była na początku, więc i kurs powinien być wzięty z pierwszego dnia umowy – uważa prawnik.

Tutaj: gruntowne omówienie interpretacji wyroku przeczytasz w blogu mec. Mariusza Korpalskiego 

Ja pewności, że właśnie tak należy interpretować postanowienie Sądu Najwyższego nie mam. Niestety, z pisemnego uzasadnienia nie wynika jaki dokładnie kurs kupna ma być stosowany. Czytamy jedynie, że „można kierować się wolą stron wyrażoną w innych postanowieniach umowy, a konkretnie (zastosować) punkt (…), który przewiduje przeliczenie kwoty pożyczki na złote według kursu kupna franka szwajcarskiego”. Moim zdaniem tu brakuje na końcu słów „z dnia takiego i takiego”. W tym sensie Najwyższy zadał nam do rozwiązania nie lada szaradę.

Ale jest i drugie proponowane przez Najwyższy rozwiązanie – skorzystanie z prawa wekslowego, które mówi, że „jeśli weksel wystawiono na walutę, która nie jest walutą miejsca płatności, sumę wekslową można zapłacić w walucie krajowej według jej wartości w dniu płatności”. Kredyt nie weksel, ale coś trochę do weksla podobnego, więc może… Ale tu znów rodzi się zagadka: jak ocenić wartość waluty w dniu płatności? Kursem NBP? To by oznaczało, że klienci ugraliby tylko spread walutowy – musieliby spłacić kredyt po kursie NBP z dnia spłaty.

Sąd Najwyższy nie powiedział jaką drogę mają zastosować sędziowie Sądu Apelacyjnego, do którego sprawa teraz wróci. Ścieżki są dwie i każda z nich jest niezbyt klarownie zarysowana. Najwyższy mógłby być bardziej jednoznaczny, bo im dłużej czytam jego orzeczenie, tym mniej wiem. Wyrok ma sygnaturę II CSK 803/16

zdjęcia: RonnyK, SoftCodex