Lokowanie pieniędzy poza bankiem jest w długim terminie koniecznością, bo w banku oszczędności – jak powszechnie wiadomo – są narażone na inflację i dewaluację. Alternatywą jest posiadanie kawałków dobrze prosperujących firm, dzielących się zyskiem ze swoimi współwłaścicielami. To przynosi w perspektywie co najmniej 20 lat znacznie lepsze wyniki, niż oprocentowanie depozytów bankowych. A przynajmniej tak było w dotychczasowej historii rynków kapitałowych.

Czytaj też: dlaczego nie warto trzymać pieniędzy tylko w banku? Jeden, ale za to miażdżący argument

Oczywiście: kto miał pecha i ulokował wszystkie oszczędności w “cegiełkach” spółek wtedy, gdy były rekordowo drogie – będzie czekał na zyski dłużej. Dlatego nie warto w jednym momencie lokować całego posiadanego kapitału w udziały spółek, nawet tych radzących sobie bardzo dobrze. I warto przynajmniej spróbować zastanowić się czy akcje są w danym momencie drogie, czy tanie. A więc: czy kupować je odważniej, czy ostrożniej?

“Dywidenda jak w banku”: kto dał się przekonać – przez ten rok dobrze zarobił

Ponad rok temu, kiedy wspólnie z Albertem Rokickim, analitykiem prowadzącym blog Longterm.pl, zaczynaliśmy akcję “Dywidenda jak w banku”, zakupem udziałów w firmach nie interesowal się pies z kulawą nogą. Wiedzieliśmy, że to dobra okazja, żeby zacząć opowiadać Wam o długoterminowym inwestowaniu w akcje i kto nas posłuchał – raczej się nie zawiódł. W czasie trwania naszej akcji (od kwietnia 2016 r. do dziś) indeks WIG – odzwierciedlający zmianę ceny przeciętnej firmy obecnej na warszawskiej giełdzie – poszedł w górę o ponad 40%.

Tutaj znajdziesz:  wszystkie moje teksty, klipy wideo, zapisy z webinariów oraz graficzne explainery, które powstały w ramach akcji “Dywidenda jak w banku”.  

Wejdź na stronę www.dywidendajakwbanku.pl, obejrzyj wszystkie teksty i treści multimedialne, które stworzyliśmy wspólnie z Albertem oraz zapisz się na nasz dywidendowy newsletter

Dla długoterminowego inwestora wzrost cen “cegiełek”-udziałów w spółkach jest wisienką na torcie, bo najważniejsze dla niego są i tak wypłacane raz w roku przez te spółki dywidendy. Ale wiadomo, że lepiej kupić coś taniej, niż drożej. Dlatego kto z nami jest od samego początku i postawił na nas swoje pieniądze – jest podwójnie na plusie. A ten kto obserwował nas z oddali, a dopiero teraz przekonał się, że 5-6% corocznego zysku z dywidendy może być dobrym pomysłem dla długoterminowych oszczędności? Cóż, dziś może kupić te same “cegiełki” znacznie drożej. Ale czy dziś jest już drogo?

Patrząc na 25-letni wykres indeksu WIG można z łatwością zobaczyć, że wcale nie tak wiele dzieli nas dziś od rekordu wszech czasów. To już mniej, niż 10%. Ceny polskich akcji zbliżają się do rekordowo wysokich poziomów, a to zawsze powoduje stres u osób, które chcą zainwestować w spółki swoje pieniądze. Owszem, w 20-letniej i dłuższej perspektywie najprawdopodobniej i tak będzie to dobry interes, ale…

Czy dziś warto kupować akcje? C/Z prawdę ci powie

Czy dziś warto kupować akcje? Tak naprawdę nie ma znaczenia czy akcje kosztują 10 zł czy 1000 zł. Liczy się to, czy za te 10 zł “kupujemy” 1 zł zysku przypadającego na akcję czy też 10 gr. zysku. Im większa porcja zysku spółki przypada na jedną akcję, tym szybciej inwestor odzyska włożone w nią pieniądze z wypłacanych przez spółkę dywidend. Na pytanie “czy akcje są relatywnie drogie czy relatywnie tanie” odpowiada wskaźnik Cena/Zysk (po angielsku – P/E). Występuje w kilku odmianach, ale generalnie pokazuje ile złotówek płacimy za jedną złotówkę zysku firmy.

Kiedyś pokazywałem Wam wynik długoterminowych obliczeń amerykańskich statystyków, którzy pokazali ile można było w przeszłości zarobić na wzroście wartości firm kupując ich akcje przy określonych poziomach wskaźnika P/E. Oczywiście: im niższy był wskaźnik P/E w momencie zakupu, tym więcej statystycznie zyskiwał inwestor w kolejnych dziesięciu latach na średniorocznym wzroście ceny akcji (nie licząc dopływających dywidend).

W którym miejscu jesteśmy dziś w Polsce? Na to pytanie spróbowali odpowiedzieć analitycy TFI Quercus, jednej z największych prywatnych firm zajmujących się zarządzaniem funduszami inwestycynymi (prywatnych, czyli nie należących do żadnego banku lub firmy ubezpieczeniowej). TFI Quercus zawsze był u mnie wysoko jeśli chodzi o jakość zarządzania pieniędzmi, co nie jest tajemnicą dla tych z Was, którzy śledzą moje felietony od początku blogowania.

Dwa wykresy, które mówią wszystko

Z analizy ludzi zarządzających pieniędzmi w Quercusie wynika, że dziś ceny akcji polskich spółek są co prawda dość wysokie, ale wcale nie skandalicznie drogie. Średnio za 1 zł zysku firmy przypadającego na akcję płacimy w cenie tej akcji jakieś 13,5 zł. To mniej, niż jeszcze kilka miesięcy temu, ale oczywiście znacznie więcej, niż rok temu, gdy razem z Albertem oswajaliśmy Was z inwestowaniem dywidendowym.

O tym, że kupowanie polskich akcji – oczywiście nie na “hurra”, lecz stopniowo – może nie być najgorszym pomysłem także z innego powodu. GUS wylicza taki wskaźnik: Wskaźnik Wyprzedzający Ufności Konsumenckiej. Składa się on z kilku składników, takich jak prognoza konsumentów dotycząca zmian sytuacji w kraju w następnym roku, zmian ich własnej sytuacji finansowej, a także dane dotyczące oszczędności Polaków oraz bezrobocia.

Urzeźbiony w ten sposób wskaźnik może… prognozować zmianę cen “cegiełek” giełdowych spółek. W jaki sposób? Ano jak ludzie są w dobrym nastroju, to wpłacają pieniądze do funduszy inwestycyjnych lokujących w akcje. A jak w słabym – są ostrożni i nie wpłacają. Dobry sygnał jest wtedy, gdy nastroje są jeszcze słabe, ale poprawiają się. Zły powinien być wtedy, gdy naród jest w euforii, bo to zwiastuje bańkę spekulacyjną na giełdzie.

Jak jest dziś? Dziś – jak pokazują analitycy Quercusa – jest… dziwnie. Mamy rekordowo dobre nastroje konsumentów, a jednocześnie… odpływ pieniędzy z funduszy inwestujących w akcje. W ciągu ostatnich lat takie rozbieżności się nie zdarzały. Co to oznacza? Ano najpewniej to, że nie można jeszcze mówić o tym, że euforia w nastrojach konsumentów przekłada się na wzrost wycen akcji do astronomicznych i grożących przegrzaniem poziomów.

Te dwa quercusowe wnioski – a, powtarzam, mam o gościach z tego TFI dobre zdanie, zwłaszcza że ich “hersztem” jest Sebastian Buczek, jeden z najbardziej rozpoznawalnych zarządzających pieniędzmi w Polsce – pozwalają nieco spokojniej patrzeć na przyszłość naszych pieniędzy wpłacanych na zakup “cegiełek”-udziałów w spółkach. Jasne, zbliżamy się do rekordowo wysokich cen (nominalnie). Jasne, jest dużo drożej, niż było jeszcze rok, dwa lata temu. Ale nie można jeszcze powiedzieć, że jest horrendalnie drogo.

Zapisz się na mój newsletter!

 

W prezencie otrzymasz:

- Wstęp na e-spotkania, na których odpowiem na Twoje pytania

- Pakiet e-booków z praktycznymi poradami finansowymi

- Dostęp do dokumentów ułatwiających walkę o Twoje prawa (wkrótce)

Gratulacje! Jesteś zapisany!

Share This