Pawlak wciąż walczy ze spreadami, ale na razie bez efektów. Został jeszcze Senat

Wicepremier i szef resortu gospodarki Waldemar Pawlak od wielu miesięcy zapowiadał, ze pójdzie na wojnę ze spreadami walutowymi, które zatruwają życie setkom tysięcy polskich kredytobiorców. Próbował na etapie prac rządowych nad zmianami prawa bankowego, próbował w Sejmie, gdzie jego poprawki utrąciła Platforma Obywatelska. Teraz spróbuje w Senacie, prowokując przed wyborami premiera Tuska, by „nie kłaniał się bankom”. Senatorowie PSL po raz kolejny składają na rozpoczętym w środę posiedzeniu tej izby projekt zmian prawa bankowego, który ma ukrócić zarabianie banków na różnicach kursów walut, narzucanych przez bankowców walutowym kredytobiorcom (a ściślej pisząc – poprawki do tego projektu). Pawlak dostał wiatr w żagle po niedawnej decyzji rządu Węgier o zamrożeniu kursu franka. Tamtejsze wladze zrobiły to po to, by pomóc kredytobiorcom. Nasz wicepremier nie chce co prawda nic mrozić, ale…

U nas też ofiarami spreadów są przede wszystkim ci, którzy w ostatnich latach skusili się na tańsze od złotowych kredyty hipoteczne wyrażone we frankach szwajcarskich. Wiele domowych budżetów ledwie zipie, bo frank jest rekordowo drogi – jeszcze trzy lata temu kosztował 2 zł, dziś ponad 3,2 zł. Co najmniej 100.000 rodzin wzięło kredyty właśnie w dołku cenowym franka. Ich zadłużenie wzrosło – lekko licząc – o 15-20 miliardów złotych. Wyrażone we frankach raty puchną, a na domiar złego banki przeliczają franki na złote po swoich – dodatkowo zawyżonych kursach. Rekordziści żądają od klientów nawet o 20 groszy więcej, niż wynosi kurs franka w Narodowym Banku Polskim!

Oczywiście w Polsce sytuacja jest i tak o niebo lepsza, niż na Węgrzech, bo u nas odsetek kredytów nie spłacanych w terminie jest mikry (raptem 1,8%), a u Bratanków ma wartości dwucyfrowe. Wynika to z faktu, że większość kredytów na Węgrzech to te o stałej stopie procentowej. Podczas gdy u nas wzrost kursu franka był amortyzowany spadkiem oprocentowania samego kredytu (bo stawka bazowa LIBOR CHF, do której banki doliczają własne marże, zjechała do symbolicznego poziomu, Węgrzy cierpią podwójnie – oprocentowanie nie spadło, a kurs franka ruszył do chmur.

To oczywiście nie oznacza, że u nas jest pięknie. Banki masowo wykorzystują zawyżone kursy sprzedaży waluty jako dodatkową prowizję wrzucaną klientom za kołnierz. A ci ostatni nie wiedzą od czego zależy wysokość ich złotowej raty, bo spready nie są zwykle ujęte w umowie kredytowej i bank może je kształtować dowolnie. W warszawskim kantorze Metropol w samym centrum Warszawy w środę można było kupić franka po 3,29 zł, zaś sprzedać go po 3,18 zł. Spread wynosił więc 11 gr. W tym samym czasie Bank BPH miał w swoich tabelach kurs kupna 3,16 zł, zaś sprzedaży – 3,38 zł. Różnica – 22 gr. A w Getin Banku spread wynosił w środę… 42 gr.! (kurs kupna 3,02 zł, sprzedaży – 3,44 zł). Horror. 

Czytaj też: W walce ze spreadami Pawlak chce iść na ostro. Czy ma szansę?

Czytaj też: Oszaleli? Bank nalicza składkę ubezpieczenia we… frankach?

Premier Pawlak – który dziwnym trafem o spreadach przypomina sobie zawsze przed wyborami – ma dwa pomysły. Pierwszy jest taki, że prawo miałoby zobowiązać banki do przyjmowania rat kredytowych bezpośrednio we frankach (chodzi o to, by klienci nie musieli korzystać z zawyżonego kursu wymiany). Drugi pomysł przewiduje, by spread w ogóle zlikwidować – bankowcy musieliby obliczać wartość rat przeliczając franki po średnim kursie NBP lub po średnim kursie obowiązującym w ich banku. W obu przypadkach – bez doliczenia spreadu.

Pierwszy pomysł (ze spłacaniem rat bezpośrednio we frankach) to według mnie bicie piany. Możliwość przyjmowania rat od razu w walucie obcej dały klientom ubiegłoroczne regulacje Komisji Nadzoru Finansowego. Korzysta z nich mało klientów i to nie dlatego, że banki biorą prowizję za sporządzenie stosownego aneksu do umowy. Po prostu kupowanie waluty i jej transferowanie do banku jest kłopotliwe, a po drodze zdarzają się rafy (np. trzeba założyć w banku płatne konto walutowe) i niewielu osobom chce się podejmować ten trud. Pawlak chce, by teraz było łatwiej, bo decyzję o formie spłaty można byłoby wielokrotnie zmieniać (teraz na spłatę w walucie obcej można zdecydować się tylko raz w życiu). Banki nie mogłyby brać za te zmiany formy spłacania kredytu ani grosza prowizji. Brzmi pięknie, ale nadal uważam, że Polaków chętnych, by spłacać kredyty w walucie obcej nie będzie zbyt wielu.

Czytaj też: Sprawdź jak banki chachmęcą przy spreadach

Czytaj też: Frank drogi, więc bank namawia klientów do rezygnacji ze spreadu

Większy sens ma drugi pomysł Pawlaka. Gdyby spready zostały ustawowo ograniczone, część banków musiałaby poskromić swój dziki apetyt i nie mogłaby bez końca rozszerzać widełek kursowych. Na podobnej zasadzie działa ustawa antylichwiarska (choć przecież banki znalazły sposoby, by ją omijać, np. dorzucając do kredytu obowiązkowe ubezpieczenie). Mam jednak obawy, że Pawlak licytuje za ostro. Całkowita likwidacja spreadów z jednej strony godziłaby w wolność gospodarczą (na całym świecie wymiana walut obciążona jest różnicami kursowymi, dlaczego u nas miałoby być inaczej?). Z drugiej strony stanowiłaby dla bankowców świetny pretekst, by zaskarżyć nowe prawo do Trybunału Konstytucyjnego. Na razie nie mają co zaskarżać, bo – jak wynika z ostatnich informacji – Senat zajmie się poprawkami Pawlaka dopiero na swoim lipcowym posiedzeniu.

Bankowcy natychmiast zapytają: dlaczego to bank, który udzielił klientowi kredytu, ma dodatkowo ponosić cały koszt wymiany waluty i tym samym dopłacać do interesu? To argument trudny do obrony, dlatego wolałbym, żeby Pawlak wybrał bezpieczniejszą drogę, czyli ustanowienie limitów dla spreadów. Plan minimum, który wymuszą zresztą europejskie przepisy o kredycie konsumenckim, to konieczność informowania klienta przez bank jakie są zasady naliczania spreadu i ile on wynosi. Zasady te powinny być też wyranie opisane w umowie kredytowej, która jest wiążąca dla banku. Konieczne jest zerwanie z koncepcją, że klient nie wie ile zapłaci raty, bo to m.in. zależy od spreadu, którego wartość ustala jakiś bankowy urzędnik z Pcimia (pozdrowienia dla Johna Cleese’a!).   

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o

Subiektywny newsletter

Bądźmy w kontakcie! Zapisz się na newsletter, a raz na jakiś czas wyślę ci powiadomienie o najważniejszych tematach dla twojego portfela. Otrzymasz też zestaw pożytecznych e-booków. Dla subskrybentów newslettera przygotowuję też specjalne wydarzenia (np. webinaria) oraz rankingi. Nie pożałujesz!

Zamknij