Oni tylko udają bank, ale za to jak! Karta gratis, niski spread, tanie przelewy do Anglii…

Oni tylko udają bank, ale za to jak! Karta gratis, niski spread, tanie przelewy do Anglii…

Czy konto służące do robienia przelewów, płacenia comiesięcznych rachunków i do bezgotówkowego opłacania zakupów trzeba mieć w banku? Przed erą „smartfonową” banki miały naturalny monopol na prowadzenie rozrachunków klientów i wydawanie im kart płatniczych, ale teraz już tak nie jest. Niedawno opisywałem w blogu pomysł pośrednika finansowego Lew, który wkrótce zaproponuje nie ubankowionym klientom konto, płatności mobilne, a nawet… kartę kredytową. Z podobnym, ale chyba jeszcze ciekawszym pomysłem startuje właśnie inna niebankowa firma finansowa – DiPocket. Ściągasz sobie na smartfona aplikację, rejestrujesz się, zamawiasz kartę płatniczą i… masz „bank w smartfonie”, tyle że od firmy technologicznej, a nie od prawdziwego, licencjonowanego banku z tysiącem oddziałów, marmurami i wysoko opłacanymi sprzedawcami.

Konto w DiPocket już testowałem tuż przed weekendem na własnych pieniądzach. Jego założenie nie zabiera więcej, niż kilka minut, a prowadzenie jest darmowe i to bez żadnych wyuzdanych warunków, jakie często stawiają banki. Przelewy na terenie kraju też są za free – tak samo, jak w każdym „normalnym” banku. Wypłaty z bankomatów albo za darmo (gdy korzystamy z urządzeń w sieci Banku Pekao) albo tańsze, niż w bankach (opłata wynosi 2,5 zł za każde skorzystanie z bankomatu obcej sieci, w bankach przeważnie ta prowizja zabiera 5 zł). Do tego w pakiecie oferowanym przez DiPocket jest karta płatnicza, która co prawda oficjalnie jest kartą pre-paidową, ale można ją „przykleić” do rachunku i wtedy działa jak zwykła debetówka (nie trzeba jej specjalnie doładowywać). Karta – jeśli jest pierwszą zamówioną przez danego klienta – też jest darmowa (oprócz tego można wziąć kartę wirtualną do płatności internetowych). W ramach aplikacji nie tylko można wysyłać normalne przelewy bankowe, ale i przekazywać pieniądze na numer telefonu innego uczestnika DiPocket. Dziesięć takich „przekazów smartfonowych” w miesiącu jest za darmo, każdy kolejny kosztuje 50 gr.

Zobacz również:

dipocketscreen

Zapytacie: po co to wszystko? Żeby mieć rzeczywiście darmowy rachunek? W bankach trudno o taki, ale czasem warunki konieczne do zniesienia wszelkich prowizji są łagodne i mało kto za konto płaci. Żeby robić przelewy bankowe przez smartfona? Przecież banki też mają aplikacje mobilne, które to umożliwiają. Żeby przekazywać sobie pieniądze bezpośrednio ze smartfona na smartfon, w czasie rzeczywistym, omijając te wszystkie bankowe systemy przelewów? W ramach bankowych sojuszy takie fajerwerki też już działają, kto ma aplikację mobilną w banku biorącym udział w systemie „Blik” może przekazywać pieniądze innym klientom na numer telefonu. Więc po co? Przewaga aplikacji DiPocket może się ujawnić w sytuacji, gdy zaczynamy podróżować i chcemy płacić w obcych walutach bądź przekazywać transgranicznie pieniądze. Pod tym względem banki nie mają najlepszej oferty. Przelewy w euro są jeszcze w miarę tanie (ceny zaczynają się od 5 zł), ale jeśli chcemy przelać inną walutę, to za przewalutowanie zapłacimy jak za zboże. Płacenie kartą za granicą? To przeważnie krwawa rzeźnia – banki biorą za przewalutowanie po 5-6% prowizji. Zresztą zobaczcie sami:

Na tym właśnie polu chce powalczyć DiPocket. Przede wszystkim są tu znacznie niższe opłaty za przewalutowanie transakcji. Jeśli płacę swoją złotową kartą w Niemczech, to DiPocket obciąży mnie opłatą za przewalutowanie transakcji w wysokości 1% oraz półprocentowym spreadem walutowym. Łącznie użycie mojej polskiej karty za granicą będzie mnie kosztowało 1,5% więcej, niż wynosiłby rachunek gdyby bezpośrednio przeliczyć moje zakupy z euro na złote po kursie NBP. To kilkakrotnie taniej, niż w przypadku przeciętnej karty bankowej. Można też oczywiście wziąć w DiPocket subkonto walutowe i kartę w walucie obcej i w ogóle ominąć spready i opłaty za przewalutowanie. Ale takie konto i karta już kosztują: 3 zł miesięcznie płaci się za drugie i kolejne subkonto (poza podstawowym kontem złotowym), a 4 zł miesięcznie za każdą dodatkową kartę (poza złotową). To już nie jest tak atrakcyjna oferta w stosunku do bankowej. U pozabankowego operatora za kilka tygodni ma być dostępna karta wielowalutowa, czyli taka, która przyjmuje za „swoją” walutę zawsze tę, która obowiązuje w kraju, w którym aktualnie przebywa jej właściciel. Jeśli jestem w Niemczech, to mój plastik pozwala płacić w euro, jeśli w Londynie – to w funtach, a jeśli poleciałem do Stanów – w dolarach. Ale taka karta będzie kosztowała już 8 zł miesięcznie. No i to już nie jest taki hit, bo podobną kartę ma m.in. Citibank oraz Bank Pekao.

W sumie więc dla kogoś, kto zbyt często nie podróżuje, najlepszą opcją może być po prostu posiadanie w DiPocket konta złotowego i karty do niego oraz korzystanie z w miarę tanich transakcji zagranicznych. Taniej, niż w bankach, można też u pozabankowego operatora robić międzynarodowe przelewy. Między portfelami klientów DiPocket jest to w ogóle darmowe, wystarczy że obie osoby mają w DiPocket konta w tej samej walucie. Założenie takiego konta może więc mieć duży sens dla członków rodzin, w których jedna z osób pracuje za granicą i potrzebuje od czasu do czasu przekazać do kraju zarobione pieniądze. Western Union czy MoneyGram pobierają za taką usługę „duże” kilka procent prowizji, a w DiPocket w zasadzie jedynym potencjalnym kosztem może być przewalutowanie pieniędzy (1% prowizji) i spread (0,5%). A jeśli ja mam konto w DiPocket, a mój partner, któremu przesyłam pieniądze, ma konto w banku? Przelew funtów do Wielkiej Brytanii kosztuje 2,5 zł, tak samo dowolny przelew w euro. W przypadku eurowych przelewów to dwukrotnie niższa prowizja, niż w najtańszych bankach, a jeśli chodzi o przelewy funtowe, to różnica na korzyść DiPocket jest kosmiczna. Droższe u tego pozabankowego operatora są tylko przelewy do bardziej egzotycznych krajów – prowizja wynosi 12 zł od sztuki.

Gołym okiem widać, że DiPocket kieruje swoje usługi do nieubankowionej jeszcze młodzieży (bo jest to platforma wyłącznie mobilna), do Polaków pracujących za granicą (jest ich dwa miliony) oraz ich polskich rodzin, do osób często podróżujących za granicę. Bardzo tanie przelewy w euro i funtach, bezprowizyjne przekazywanie gotówki między portfelami, niskie prowizje przy transakcjach zagranicznych kartą i darmowe konto z kartą – to pakiet usług, którym można śmiało konkurować z większością banków. Choć przecież są wyjątki: w zeszłym roku, jeszcze za prezesury Sławomira Lachowskiego, bardzo podobny pakiet usług – niski spread, tanie karty w różnych walutach i przekazywanie pieniędzy w czasie rzeczywistym ponad granicami – zaproponował swoim klientom Bank Smart, jedyny w Polsce bank działający wyłącznie na smartfonie. DiPocket ma bardzo podobny do niego pomysł na przyciąganie klientów. Jeśli chodzi o transfery pieniężne to konkurentami DiPocket będą zapewne serwisy internetowe takie jak uruchomiony niedawno Valuto.com, gdzie pieniądze podróżują po Europie za darmo lub prawie za darmo.

DiPocket ma dość ciekawy sposób rejestrowania nowych klientów. Ze względu na wymogi polskiego nadzoru finansowego firma nie jest klasyczną portmonetką finansową, której klienci byliby anonimowymi „numerami telefonu”. Tu trzeba podać imię, nazwisko, adres, zrobić sobie dwa selfie (co ciekawe jedno ma być „na smutno”, a drugie „na wesoło”), a potem przysłać fotografię dowodu tożsamości i jakiegoś rachunku (np. za gaz). Poza tym jest jeszcze weryfikacja SMS-owa (DiPocket przesyła na wskazany numer telefonu specjalne hasło aktywacyjne). Wady? Cóż, przede wszystkim brak gwarancji państwowych – tu pieniądze przekazujemy firmie działającej poza ścisłym nadzorem KNF (choć pieniądze klientów trafiają na subkonta prowadzone przez Bank Pekao, więc nie są tak całkiem „poza oficjalnym obiegiem”). Jeśli ważny przelew nie trafi do adresata na czas, nie można się poskarżyć do KNF-u, ani arbitrażu bankowego. Druga sprawa to brak oferty depozytowej i kredytowej – depozytów siłą rzeczy być tu nie może (firma nie ma licencji bankowej), a kredyty być może DiPocket kiedyś uruchomi, ale najpierw musi zgromadzić dane o swoich klientach potrzebne do zrobienia sensownego scoringu.

Bardzo jestem ciekaw jak się przyjmie na polskim rynku nowa oferta. Zarówno DiPocket jak i MiniBilll (czyli rachunek rozliczeniowy zapowiadany przez firmę Lew) to kolejny etap walki firm fintechowych o przejęcie części bankowego biznesu. Najpierw były klasyczne finansowe portmonetki, takie jak SkyCash, czy mPay, które po prostu ułatwiają mobilne płacenie za niektóre usługi (parkowanie, bilety na tramwaj, a nawet na pociąg), a teraz pojawiają się firmy, dorzucają do tego przelewy i karty płatnicze (DiPocket ma karty wydawane wspólnie z MasterCardem). A banki? Kto wie czy nie będą musiały się skupić na obsłudze klientów z wyższego segmentu oraz na oferowaniu depozytów i kredytów. Dużo zależy od funkcjonalności takich mobilnych rachunków rozliczeniowych i od tego czy korzystanie z nich będzie wygodne. Mankamentem DiPocket jest to, że jeśli chcę zapłacić rachunek za gaz, nie mogę po prostu sfotografować faktury i – za pomocą kodu paskowego, czy QR koduautomatycznie wypełnić formatki przelewu. A np. w Banku Smart, czy w Citibanku taka funkcjonalność jest. Banki nie są więc na straconej pozycji: mają przelewy na numer telefonu, szybkie opłacanie rachunków przez fotografowanie faktur, mają też karty wielowalutowe. Chyba, że pozabankowe firmy zaoferują to samo taniej i przyjaźniej.

Subscribe
Powiadom o
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments

Subiektywny newsletter

Bądźmy w kontakcie! Zapisz się na newsletter, a raz na jakiś czas wyślę ci powiadomienie o najważniejszych tematach dla twojego portfela. Otrzymasz też zestaw pożytecznych e-booków. Dla subskrybentów newslettera przygotowuję też specjalne wydarzenia (np. webinaria) oraz rankingi. Nie pożałujesz!

social-facebook social-feed social-google social-twitter social-instagram social-youtube social-linkedin social-rss top-search top-menu