Obiecują 9,5% rocznie i udział w budowie polskiego supersamochodu. Warto się skusić?

Obiecują 9,5% rocznie i udział w budowie polskiego supersamochodu. Warto się skusić?

Obiecują 9,5% rocznie odsetek za obligacje i udział w budowie polskiego supersamochodu – Arrinera Hussarya. Wszystko wygląda znakomicie, ale czy rzeczywiście ryzyko finansowania tego interesu jest takie niskie, jak się wydaje na pierwszy rzut oka? Bynajmniej

Dostałem od Was w ostatnich dniach kilka pytań o, to czy warto zainwestować oszczędności w sprzedawane właśnie obligacje spółki Arrinera, która zajmuje się budową pierwszego polskiego supersamochodu. Emocje wzbudza już sam profil spółki (któż by nie chciał przyłożyć cegiełki do stworzenia polskiego odpowiednika McLarena, czy Ferrari?), a i warunki finansowe wydają się być rewelacyjne.

Zobacz również:

Dwuletnie – a więc nie za długie – obligacje są oprocentowane według wysokiej, stałej stawki 9,5% w skali roku. To sporo, zwłaszcza jeśli porównamy potencjalny dochód z tych papierów z oprocentowaniem dwuletnich obligacji rządowych (2% w skali roku, również stała stopa).

W dodatku odsetki od obligacji Arrinery są wypłacane kwartalnie, co czyni tę inwestycję atrakcyjniejszą dla rentierów, niski jest też próg wejścia – żeby wspomóc konstruktorów supersamochodu wystarczy już 1000 zł. W sumie Arrinera chce pozyskać od inwestorów 5 mln zł, co nie jest dużą kwotą jak na publiczną emisję obligacji (zwykle spółki emitują obligacje o wartości kilkudziesięciu milionów złotych).

A na koniec trzeba zauważyć, że obligacje są zabezpieczone akcjami Arrinery, czyli na pierwszy rzut oka wyglądają na dość bezpieczne. W perspektywie jest też przyjemny bonus pozafinansowy – inwestorzy, którzy włożą w obligacje największą kwotę, wezmą udział w jazdach testowych.

arrinerascreen1

Czy rzeczywiście jest to okazja jakich mało? Cóż, opisuję czasem w blogu oferty spółek, które sprzedają nam obligacje i zwykle należą one do jednej z dwóch podstawowych grup. Pierwsza z nich to „młode wilczki”, które szukają w naszych kieszeniach finansowania, bo banki dyktują im bardzo twarde warunki kredytowania. Stąd tak chętnie sprzedają swoje obligacje np. firmy pożyczkowe (jak opisywana w blogu Mikrokasa).

Druga grupa to duże firmy, działające w trudnych, narażonych na turbulencje branżach. W tej grupie są windykatorzy wierzytelności (jak lider tego rynku Kruk, albo nieco mniejszy konkurent – Best), czy firmy deweloperskie. Zarówno te na dorobku, jak i solidne, o uznanej już marce, jak Ghelamco, który niedawno pożyczał od Was pieniądze na budowę biurowca Warsaw Spire, czy Murapol, o którym dość ciepło pisałem ostatnio, bo właśnie oferuje swoje obligacje.

Generalnie znacznie bardziej lubię spółki z tej drugiej grupy, bo wolę pożyczać pieniądze ludziom, którzy już pokazali, że potrafią zrobić coś z niczego. Rzecz jasna młode wilczki płacą wyższe oprocentowanie, ale warto zdawać sobie sprawę, że wraz z wysokością odsetek w tempie wykładniczym rośnie ryzyko niewypłacalności emitenta.

arrinerascreen2

Arrinera jest ekstremalnie młodym wilczkiem. Potrzebuje pieniędzy nie tyle po to, żeby rozszerzyć skalę działalności, lecz po to, by w ogóle wprowadzić na rynek swój produkt. Firma deklaruje, że do końca tego roku wyprodukuje trzy samochody testowe, które posłużą jako podstawa do wyprodukowania 33 „docelowych” samochodów marki Arrinera Hussarya do końca 2016 r.  Ma to-to przyspieszać do setki w ciągu 3,2 sekundy i maksymalnie osiągać prędkość 340 km/h.

Nie wiadomo czy cacko w ogóle powstanie, czy będzie na nie popyt i przy jakiej marży firma będzie mogła prowadzić sprzedaż. Arrinera twierdzi, że zainteresowanie zakupem modelu Arrinera Hussarya wyraziło już ponad 200 osób, z czego 37 z Polski. Ale to dopiero wstępna faza, do wiążących zamówień jeszcze daleko.

Trzeba też zdawać sobie sprawę z tego, że nawet jeśli Arrinera wypuści swoją supermaszynę (w dwóch wersjach – sportowej i cywilnej), to będzie to produkt rywalizujący w segmencie dóbr luksusowych – szybko rozwijającym się, ale bardzo kapryśnym. W tym segmencie albo trafia się w punkt potrzeb klientów i bardzo szybko zarabia się ogromne pieniądze, albo się nie trafia i wtedy się bankrutuje.

Arrinera celuje w tę samą grupę klientów, która kupuje auta takie jak Lamborghini (w 2014 r. sprzedało się 2500 tych aut), McLaren (1600 aut), czy Ferrari (7200 sprzedanych w zeszłym roku egzemplarzy) Oczywiście, nie jest to ani mały, ani zwijający się rynek – wart jest globalnie 350 mld euro (ale wlicza się w to sprzedaż aut luksusowych, typu BMW, czy Audi) i rośnie w tempie 10% rośnie, co jest nieosiągalne na rynku „zwykłych” samochodów, na którym karty rozdają koncerny Toyota, Volkswagen i General Motors.

Projekt supersamochodu koszmarnie się wlecze – pierwsze projekty powstały jeszcze w 2008 r., ale dopiero w 2011 r. opracowano koncepcję nadwozia i podwozia. Pierwsze prezentacje odbyły się w 2012 r., zaś testy jeżdżącej ramy oraz aerodynamiczne testy projektowanego nadwozia – jesienią 2014 r. Czy takie tempo prac gwarantuje wyprodukowanie trzech aut testowych do końca roku i 33 samochodów w kolejnych miesiącach? Jeśli sypniecie groszem, to pewnie tak :-). Oferta obligacji uda się, jeśli zgłoszą się inwestorzy dysponujący kwotą 2 mln zł.

Obligacje Arrinery formalnie są zabezpieczone i to porządnie – wartością akcji spółki o wartości dwukrotnie większej, niż emitowane obligacje. Tyle, że tego typu zabezpieczenie jest fikcją, bo jeśli za dwa lata nie uda się wyprodukować i sprzedać samochodu, to te akcje będą niewiele warte. Oczywiście, trudno wymagać od spółki, która jeszcze nie weszła na rynek, żeby wystawiła świetne zabezpieczenie, w zasadzie mogłyby to być tylko jakieś nieruchomości.

Fakt jest taki, że obligacje Arrinery, choć formalnie zabezpieczone, trzeba traktować jako „gołe”, czyli niezabezpieczone. Wszystko to sprawia, że obligacje Arrinery niosą w sobie bardzo dużą porcję ryzyka inwestycyjnego, być może nawet większą, niż zakup akcji którejś z giełdowych spółek.

Widać to zresztą po oprocentowaniu. Firmy o uznanej pozycji rynkowej pożyczając pieniądze w ofertach publicznych obiecują oprocentowanie w granicach WIBOR plus 3,5-4%, co oznacza w obecnych warunkach 5,2-5,7%. Spółki „na dorobku” dorzucają do tego jeszcze 1-2% (punkty procentowe), ale w przypadku Arrinery ta „premia” za ryzyko jest ustawiona jeszcze dużo wyżej – 4% powyżej tego, co płacą spółki już i tak dalekie od dawania obietnicy pełnego bezpieczeństwa (taki np. Orlen, PKO BP, czy PZU płaciłyby nie więcej odsetek, niż WIBOR plus 1,5-2%).

Subscribe
Powiadom o
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze

Subiektywny newsletter

Bądźmy w kontakcie! Zapisz się na newsletter, a raz na jakiś czas wyślę ci powiadomienie o najważniejszych tematach dla twojego portfela. Otrzymasz też zestaw pożytecznych e-booków. Dla subskrybentów newslettera przygotowuję też specjalne wydarzenia (np. webinaria) oraz rankingi. Nie pożałujesz!