Czy legalnie działający fundusz inwestycyjny, nadzorowany przez Komisję Nadzoru Finansowego (bądź co bądź państwowy urząd) i oferowany w oddziałach renomowanych banków, może się okazać przekrętem? Na pierwszy rzut oka to niemożliwe. Taki scenariusz wręcz nie mieści się w głowie. A jednak wciąż mamy do czynienia z podejrzanymi historiami dotyczącymi funduszy inwestycyjnych. Państwowi nadzorcy wzruszają tylko ramionami, a klienci funduszy tracą setki milionów złotych.

Pamiętacie słynną historię funduszu BPH Nieruchomości, który w ciągu 10 lat stracił 99% pieniędzy klientów, a ci do dziś walczą o odzyskanie choćby części z włożonych do niego setek milionów złotych? Do dziś nie jestem w stanie zrozumieć jak można było stracić prawie wszystko na inwestycji w nieruchomości, gdy rosną ceny mieszkań, na rynku hotelowym trwa bezprecedensowy boom, zaś w powierzchniach handlowych i biurowych – co najmniej błoga stabilizacja. Gigantyczne straty stały się udziałem także kilku innych funduszy nieruchomości. Wypada zapytać: bezprecedensowa nieudolność czy coś więcej?

Czytaj też: Fundusz inwestycyjne są pazerne. W opłatach oddajemy im fortunę. Czas z tym skończyć

Czytaj też: Wyjątkowo ciekawy fundusz. Raz w roku wypłaci nam… dywidendę

Alior i BOŚ żyrowały obietnice świetnych zysków. Z gwarancją. Nie ma ani zysków, ani gwarancji

Dziś mój kolega z newsroomu „Gazety Wyborczej” opisuje mrożącą krew w żyłach historię czterech funduszy Fincrea TFI (Inwestycje Selektywne, Inwestycje Rolne, Vivante i Lasy Polskie), które z pomocą renomowanych banków – m.in. Alior Banku i BOŚ Banku – zebrały od Polaków ok. 500 mln zł, by ulokować te pieniądze m.in. w grunty rolne i leśne, a także w budowę hoteli, luksusowych domów dla emerytów. Przyznam, że do mnie też od kilku miesięcy trafiają skargi klientów tego TFI.

Inwestycja w fundusze Fincrea TFI wydawała się atrakcyjna, a inwestorów kusiła m.in. gwarancja zysku oferowana przez twórców funduszy, firmę W Investments. Niestety, fundusze od kilku dobrych miesięcy nie obsługują wypłat klientów i są poważne wątpliwości co do ich wypłacalności.

Klienci, którzy składają do Fincrea TFI żądanie umorzenia udziałów otrzymują po kilka procent pieniędzy albo nic. Banki, które sprzedawały ich udziały swoim zamożnym klientom (np. Alior Bank, który znalazł klientów na ok. 300 mln zł) bezradnie rozkładają ręce. I wspaniałomyślnie oferują pomoc prawną dla inwestorów, którzy nie mogą odzyskać pieniędzy.

Czytaj też: Inwestycja w condohotel? Mieszkanie na wynajem? Obiecują gwarantowane 7-9% rocznie. Prześwietlam!

Co prawda Alior Bank zapewnia w specjalnym oświadczeniu, że nic nikomu nie obiecywał, a jedynie informował o gwarancji zaoferowanej przez zewnętrzny podmiot, ale dla mnie jest to ściema. Bank to nie jest targ z warzywami, ani sklep spożywczy (zresztą nawet w spożywczaku nie sprzedaje się towarów od niesprawdzonego dostawcy). Jeśli jakaś oferta się pojawia w sprzedaży, to bank żyruje tę ofertę swoją wiarygodnością i marką. I nie wydaje mi się, by Alior mógł się teraz od tej odpowiedzialności wykręcić. Choć próbuje i to jeszcze jak:

„W momencie wprowadzania certyfikatów inwestycyjnych do dystrybucji, wedle ówczesnego stanu wiedzy oraz prognoz finansowych, stanowiły one atrakcyjną, wysoko ocenianą inwestycję alternatywną. Odpowiadać za zgodność działania funduszy z prawem oraz dbać o interes inwestorów miał depozytariusz – Raiffeisen Bank Polska. Fundusze zostały również objęte gwarancjami ze strony spółki Baltic Bridge. Bank nie składał oświadczeń w sprawie gwarancji osiągnięcia określonych zysków. Informował jedynie o gwarancji wystawionej przez inny podmiot. Bank pełnił jedynie rolę pośrednika przy sprzedaży udziałów uczestnictwa w ww. funduszach. Klientom, którzy byli zainteresowani inwestycją w certyfikaty funduszy W Investments, bank zapewnił dostęp do informacji o związanym z nią ryzyku”

Gdzie są pieniądze? Nikt nic nie wie

Firma W Investments, która w międzyczasie zmieniła nazwę na Baltic Bridge, nie zamierza wywiązywać się ze zobowiązań i wypłacić gwarancji, bo – jak twierdzi – nie jest w stanie zweryfikować wycen majątku funduszy. A nie jest w stanie, gdyż nie ma już z tym interesem nic wspólnego – w maju 2016 r. wydzieliła firmę zarządzającą i ją sprzedała.

A to jak radzi sobie z funduszami nowy zarządzający – Meridian Fund Management – to już zupełnie inna historia. Jej podejrzane transakcje opisuje w szczegółach „Wyborcza”, ja nie będę już wnikał w meandry. Pewne jest to, że Fincrea, że nie wypłaca pieniędzy. I że część pieniędzy – zarówno przed zmianą zarządzającego, jak i po niej – trafiała do spółek, m.in. na Cypr. Od podmiotów z tego kraju jeden z feralnych funduszy kupił za kilkadziesiąt milionów złotych spółkę, której wartość została potem sprowadzona do zera.

Nie ma gwarancji, że pozostałe aktywa funduszy Fincrea TFI są coś warte (choć powinny tam być grunty i lasy, więc pewnie to jest coś warte). Fundusze bowiem nie kupują aktywów bezpośrednio, tylko przez spółki zależne. Klienci nie mogą więc łatwo sprawdzić w sprowozdaniach funduszu wartości poszczególnych inwestycji. Jest tylko wartość spółek. Ale czy rzetelnie wyceniona? Nie wiadomo.

Wpłacić pieniądze do funduszu łatwo. Ale wyjąć…

Teoretycznie nad funduszami powinien czuwać bank-depozytariusz. I nie tylko prowadzić jego rachunki, ale też kontrolować rzetelność wyceny udziałów. Ale wygląda na to, że – podobnie jak w przypadku nieruchomościowego funduszu BPH – bank-depozytariusz (w przypadku Fincrea był to Raiffeisen) się nie popisał. Sprawdzał zbyt pobieżnie czy w papierach wszystko się zgadza i nie zadawał zbyt wielu pytań. Snem sprawiedliwego spała też Komisja Nadzoru Finansowego.

Kłopoty z odzyskaniem pieniędzy mają nie tylko inwestorzy, którzy zainwestowali w nieruchomości, lasy i grunty rolne. Kilka miesięcy temu zgłosiło się do mnie kilku czytelników, którzy bezskutecznie usiłują odzyskać pieniądze zainwestowane w fundusz subGo Wierzytelności (kupował portfele złych długów). Jednemu z klientów fundusz zwrócił 4% wpłaconych pieniędzy (mimo, że ten domagał się wykupu całości) i zadeklarował, że więcej odda może za dwa kwartały.

W prospektach informacyjnych subGo Wierzytelności był przedstawiany jako fundusz o umiarkowanym ryzyku (3 w skali 1-6). W połowie zeszłego roku Komisja Nadzoru Finansowego nie zgodziła się, by firma zarządzająca funduszem zmieniła statut, która mogłaby ograniczyć możliwość wypłat pieniędzy dla klientów. To oznacza, że już jakiś czas temu zarządzający funduszem wiedzieli co się święci. I zdawali sobie sprawę z tego, że „umoczyli” pieniądze klientów w taki sposób, że nie będą w stanie ich oddać zgodnie z umową.

To rynek regulowany czy kabaret? Kto pilnuje nielotów z funduszy inwestycyjnych?

Można powiedzieć: taka natura inwestowania. Wszystkie wymienione fundusze to fundusze zamknięte, o ponadprzeciętnym poziomie ryzyka. Nie dotyczą ich tak restrycyjne limity inwestycyjne, jak „zwykłych” funduszy otwartych. Mogą inwestować w rodzaje aktywów, które dla funduszy otwartych są niedostępne.

M.in. w aktywa nienotowane na rynku publicznym, których wycena może być utrudniona. Czy to jednak usprawiedliwia podejrzane transakcje, które uszczuplają majątek funduszy, wykazywanie strat rzędu 99%, czy blokowanie klientom dostępu do pieniędzy wbrew statutowi funduszu?

Rynek funduszy inwestycyjnych jest rynkiem regulowanym. O ile klienci muszą się liczyć z mniejszym lub większym ryzykiem inwestycyjnym (w przypadku funduszy zamkniętych – raczej większym), to powinni mieć gwarancję, że nadzór państwowy będzie pilnował, by nie dochodziło do nieprawidłowości w zarządzaniu pieniędzmi. By nie były łamane zasady, na które inwestorzy umówili się z zarządzającymi funduszami. Skoro ani banki-depozytariusze, ani KNF nie są w stanie zapobiec takim przypadkom, to coś jest nie tak.

Czy możemy ufać wycenom majątku funduszy?

W funduszach zamkniętych aktywów niepublicznych jest prawie 100 mld zł. Część z tych pieniędzy to oszczędności zwykłych Polaków, którzy dali się przekonać do niestandardowej lokaty kapitału. Problem nie dotyczy jednak tylko funduszy zamkniętych. Mieliśmy w ostatnich latach kilka przypadków funduszy otwartych, w których również dochodziło do nieprawidłowości w zarządzaniu pieniędzmi.

Przykładem niech będą niektóre fundusze obligacji korporacyjnych. Choć postrzegane przez klientów jako bezpieczne, kupowały bardzo ryzykowne obligacje, które później okazywały się bezwartościowe. Bywało, że aby ukryć problem fundusze wyceniały posiadane obligacje według tzw. wyceny liniowej, czyli niezależnie od kondycji frimy.

Inwestorom dopisywano papierowe zyski, ale gdy przeszli po pieniądze, okazywało się, że wycena nie ma się nijak do kwot, które fundusz jest w stanie odzyskać z obligacji. Klinicznym przykładem jest fundusz obligacji korporacyjnych należący do Idea TFI (obecnie Inventum TFI, w likwidacji). Miał fenomenalne wyniki, dopóki nie okazało się, zainwestował w obligacje firm-bankrutów.

Odszkodowanie za nieudolne zarządzanie

Czy tak być musi? Fundusze zbyt rzadko i ze zbyt dużym opóźnieniem (tylko raz na pół roku) publikują raporty ze swoich inwestycji, banki-depozytariusze nie weryfikują wystarczająco dokładnie wyceny wartości funduszy, zaś KNF skupia się na biurokracji, zamiast na monitorowaniu zagrożeń i prześwietlaniu funduszy pod kątem prowadzenia inwestycji zgodnej ze statutem, czyli zawartą z inwestorami umową.

Są już w Polsce przypadki, gdy firmy zarządzające płacą odszkodowania za swą nieudolność. Kilka lat temu sąd stanął po stronie klientów bardzo źle zarządzanego funduszu inwestycyjnego. Sprawa dotyczyła funduszu DWS Płynna Lokata, który zainwestował pieniądze w całkiem niepłynne obligacje oparte na kredytach hipotecznych. Obligacje okazały się być „śmieciem” wciśniętym funduszowi przez Deutsche Bank, a fundusz musiał drastycznie obniżyć wycenę swoich udziałów.

Po sześciu latach walki jeden z inwestorów, firma PERN Przyjaźń, wywalczył w sądzie 1,26 mln zł odszkodowania (plus odsetki). Podstawą był art 64 ustawy o TFI, który mówi o tym, że Towarzystwo odpowiada przed uczestnikami funduszy za wszelkie szkody spowodowane nienależytym wykonaniem obowiązków w zakresie zarządzania funduszami. Funduszowe nieloty wszelkiej maści nie tylko powinny płacić wysokie odszkodowania, ale i mieć zakaz zarządzania pieniędzmi, jeśli udowodni się im oszukiwanie inwestorów.

Przestroga: sprawdzajmy komu zanosimy pieniądze do zainwestowania

Posiadacze oszczędności z trudem odzyskują zaufanie do funduszy inwestycyjych po kryzysie sprzed dziesięciu lat. Wtedy, na fali giełdowej bessy, fundusze straciły nawet po 30-50% pieniędzy klientów. To był szok, bo wiele z nich w reklamach obiecywało zarobek liczony w setkach procentów i pewny jak w banku. Dziś tamte rany się powoli zabliźniają. W funduszach jest ponad 150 mld zł naszych pieniędzy. To dużo, ale warto pamiętać, że kwota oszczędności zwykłych Polaków ulokowanych w funduszach dopiero kilka miesięcy temu przekroczyła tę sprzed kryzysu.

Czytaj też: Mamy w funduszach „już” tyle pieniędzy, ile przed kryzysem. Śmiać się czy płakać?

Fundusze inwestycyjne najprawdopodobniej będą podstawą nowych programów emerytalnych proponowanych przez wicepremiera Mateusza Morawieckiego. A na pewno ją pierwszym etapem oswajania się Polaków z rynkiem kapitałowym. Jesteśmy społeczeństwem z wyjątkowo niską skłonnością do oszczędzania i inwestowania. Jeśli szybko jej nie zwiększymy – czekają nas emerytury w modelu „1000 zł dla każdego”. Afery dotyczące funduszy, wynikające po części z niewydolności systemu nadzoru i kontroli nad nimi, mogą nas więc wyjątkowo drogo kosztować.

Dla nas, zwykłych ciułaczy, opisane tu sytuacje powinny być przestrogą, by nie iść ślepo za obietnicami krociowych zysków i gwarancji oferowanych przez sprzedawców. Jeśli powierzamy komuś nasze pieniądze, to powinna to być znana, renomowana instytucja, która ma za sobą wiele lat doświadczeń w skutecznym zarządzaniu pieniędzmi innych klientów. Wybierając firmę-krzak zawsze narażamy się na dodatkowe ryzyko.

Czytaj też: Światowy gigant w zarządzaniu pieniędzmi otwiera w Polsce nietypowy plan oszczędzania

zdjęcie tytułowe: supertonna0/Pixabay.com

 

Share This

Zapisz się na mój newsletter

i otrzymaj prezenty

 

Zapisując się na mój newsletter otrzymasz kilka prezentów, a od czasu do czasu podeślę Ci najciekawsze wpisy na blogu.

Upewnij się, że nie przegapisz najciekawszym artykułów!

Gratulacje! Jesteś zapisany