Kolekcjonowanie monet trafi pod strzechy? NBP ma rewolucyjny pomysł. Za 5 zł

Zbieraliście kiedyś namiętnie znaczki pocztowe, kapsle, pocztówki? W NBP mają nowy pomysł na to, żebyście zaczęli zbierać też monety. Niekoniecznie złote, niekoniecznie srebrne, ale koniecznie nasze, polskie, biało-czerwone! Pewnie wśród czytelników blogu jest kilku kolekcjonerów (nawet nie „pewnie”, lecz „na pewno”, bo regularnie do mnie piszą), lecz mimo wszystko jest to rozrywka niszowa, zarezerwowana dla najwyżej 30.000 zapaleńców. Cóż to za pomysł, by kolekcjonowanie monet trafiło pod strzechy?  Nie, nie chodzi o zrównanie z ziemią systemu aukcyjnego „Kolekcjoner”, na który narzeka wielu zbieraczy monet (o tym za chwilę). Pomysł jest dużo prostszy. Otóż w przyszłym roku NBP przestanie bić okolicznościowe 2-złotówki, które do tej pory można było kupić tylko w oddziałach banku lub w sklepach. Bite są one w stopie nordic gold w kilkunastu odmianach tematycznych rocznie, w ogromnych nakładach – każdy nowy temat to 800.000 monet. Sęk w tym, że 2-złotówki, choć są prawnym środkiem płatniczym, nie mają tzw. standardu obiegowego – inna waga, stop i wielkość, niż w przypadku „zwykłych” monet sprawia, że nie wszędzie można nimi zapłacić, nie przyjmie ich też żaden wpłatomat, ani parkonetr.

2zł okolicznościowe NBP

Więc jak ktoś nie zbiera monet, to miał małe szanse, by się z taką „dziwną” 2-złotówką zetknąć. Teraz będzie inaczej. ma się zetknąć i zachwycić. Jak to zrobić? Zamiast 2-złotówek będą 5-złotówki wybite w tzw. standardzie obiegowym. Standard obiegowy oznacza, że będą to bardzo podobne monety do klasycznych 5-złotówek. Jedyna różnica polega na tym, że zarówno napis „5 zł” jak i orzełek będą wybite na jednej stronie – druga będzie zarezerwowana na okolicznościowy temat. Standard obiegowy oznacza, że nowe okolicznościowe 5-złotówki będzie można otrzymać w parkometrach, bankach, na poczcie. Choć z drugiej strony będą swego rodzaju „dobrem luksusowym” – będzie ich znacznie mniej, niż bije się obecnie okolicznościowych 2-złotówek. Emisje będą tylko dwa razy w roku i będą liczyły po 1,2 mln sztuk. Cała seria będzie liczyła 16 różnych monet, co oznacza, że uzbieranie całej kolekcji zajmie osiem lat. Temat całej serii brzmi „Odkryj Polskę”, co oznacza, że na kolejnych monetach będą przedstawione różne rejony Polski.

Czytaj też: Nieuczciwi sprzedawcy monet kontra NBP. Bolesna kontra

No i jak Wam się podoba? Według NBP ta zmiana daje szansę, że w Polsce przybędzie mnóstwo kolekcjonerów monet. Bo dziś, aby kupić monetę kolekcjonerską – czy to srebrną lub złotą, czy też np. 2-złotówkę okolicznościową – trzeba iść do fachowego sklepu albo do oddziału NBP. A okolicznościowe 5-złotówki będą wpadały nam do portfeli mimochodem. Jak wiadomo, okazja czyni… kolekcjonera. Więc jak ktoś już będzie miał w ręku jedną piękną 5-złotówkę, to może zachowa ją i za pół roku spróbuje znaleźć kolejną. I zacznie interesować się innymi „wyrobami” NBP. W banku doszli zresztą do wniosku, że tak, jak za dużo jest „udziwnionych” okolicznościowych 2-złotówek, tak też w przeszłości przesadzano z emisjami innych monet, srebrnych i złotych. Od tego roku emisji będzie mniej, tematów też, zamiast 12.700 złotych monet NBP wybije tylko 9.500, srebrnych będzie nie 390.000, jak w zeszłym roku, a tylko 345.000. Będzie więcej akcentów „narodowych”, jak np. zaczynająca się już w tym roku 24-monetowa seria „Historia monety polskiej”. Pierwsza moneta – denar Bolesława Chrobrego – już się ukazała. Wkrótce będzie wybita kolejna, na przyszły rok planowane są trzy następne.  Po raz pierwszy w historii zostanie wyemitowany, w nakładzie 30.000 egzemplarzy, banknot polimerowy. I komplet dwóch monet z okazji 600-lecia stosunków polsko-tureckich (jedną monetę wybije NBP, a drugą mennica turecka). Będzie też moneta z Janem Karskim, okraszona… mikrodrukiem

To, że NBP stawia na jakość i chce zachęcić do kolekcjonowania monet tych Polaków, którzy nigdy nawet nie widzieli okolicznościowej monety, to świetnie. Pytanie brzmi: czy ci zachęceni Polacy za chwilę się nie zniechęcą, kiedy – chcąc kupić kolejne monety do kolekcji – będą musieli skorzystać z aukcyjnego systemu „Kolekcjoner”. Polega on na tym, że na każdą monetę trzeba się „zapisać” przez internet, a ostateczna cena zależy od zainteresowania. Zapisując się nigdy nie wiesz po ile daną monetę kupisz i czy się w ogóle załapiesz. Wygląda to na pierwszy rzut oka tak, jak powinno wyglądać w gospodarce rynkowej, kłopot w tym, że kolekcjonerzy oskarżają NBP o to, że za pomocą „Kolekcjonera” winduje ceny monet do niebotycznych granic i żeruje na kieszeniach miłośników numizmatyki.  A kiedy popytu brakuje – po prostu ustala cenę tak wysoko, że… sam ma problemy ze sprzedaniem wybitych przez siebie monet. Przykłady? Niedawno (w maju) NBP wyemitował drugą monetę z serii „Skarby Stanisława Augusta” pt. Wacław II Czeski. NBP podał w komunikacie, że złota moneta osiągnęła cenę 12.600 zł., a srebrna 515 zł. O ile w przypadku monety srebrnej rzeczywiście nastąpiło podbicie ceny (bo wywoławcza wynosiła 400 zł), o tyle cena wyjściowa złotej monety była dokładnie taka, jak emisyjna. Zdaniem moich czytelników: zawyżona. Wacław II Czeski zawyżony wygląda tak: 

Wacław II Czeski NBP

Skandal numizmatyczny? Wielka awantura o kangura. „NBP jak sepkulant”

Cena za dwie uncje złota zawarte w tej monecie to 12.600 zł.,gdy cena  jednej uncji złota wynosiła wtedy 1.372 dol., co dawało przy ówczesnym kursie „zielonego” wartość złota w tej monecie na poziomie ok. 8.870 zł. Bank zastosował cenę zaporową, w której ustalił wartość jednej uncji złota na ponad 2.000 dol. Kto kupi monetę, w której wartość kruszcu jest wyższa o ponad 42% od ceny rynkowej? W okienkach numizmatycznych w oddziałach NBP zalega coraz więcej monet srebrnych jak i złotych” – pisał do mnie niedawno rozgoryczony kolekcjoner, pan Andrzej. I podaje przykład pazerności banku centralnego. „W kwietniu 2011 r. NBP wypuścił trzyuncjową monetę pt. Jan Paweł II o nominale 1.000 zł., którą wybito w nakładzie 500 sztuk. Cena wyjściowa tej monety była o 15% wyższa, niż wartość złota w niej zawartego. Dodatkowo warto zauważyć, że moneta pt. Wacław II Czeski, której cena wyjściowa przekraczała wartość zawartego w monecie złota o 42%, była bita stemplem zwykłym, a Jan Paweł II –  lustrzanym, o wiele bardziej technologiczne skomplikowanym i ok. o 30 % droższym)„. Zdaniem mojego czytelnika, to wygląda na politykę „dojenia” kolekcjonerów.

Według NBP tu nie chodzi o żadną spekulację: „Cena złota jest tylko jednym z elementów kosztów produkcji monet, oprócz nich kalkulując cenę wywoławczą NBP uwzględnia koszty produkcji krążków oraz bicia monet, a także koszty własne sprzedaży. Są one w przypadku tak rekordowo niskiego nakładu, przypomnę że wyniósł on 750 szt. oraz tak wymagającej technologicznie monety jak Wacław II Czeski znacznie wyższe od przeciętnych kosztów emisji monet. W przypadku tej monety wyniki sprzedaży są zadowalające. Na popyt miała wpływ ogólna sytuacja na rynku złota –  spadek ceny kruszcu schłodził zapewne zapały drobnych i średnich inwestorów. Z naszego punktu widzenia jest to raczej inwestycja typu art banking i tak należy do niej podchodzić” – tłumaczą w NBP. Nie da się jednak ukryć, że drożyzna „monetowa” może nie przysporzyć narodowemu bankowi fanów i jeśli nic w sferze polityki sprzedażowej się nie zmieni, to będzie trudno sprawić, by numizmatyka trafiła pod strzechy. Tym bardziej, że takich wpadek było w ostatnim czasie więcej – w blogu opisywałem wielką awanturę o NBP-owskiego kangura, który w Polsce był znacznie droższy, niż w Australii, a przez jakiś czas bardziej opłacało się tę monetę sprowadzać z drugiego końca świata, niż kupować w NBP.

Być może do wymiany jest nie tylko polityka cenowa NBP na rynku numizmatycznym, ale i sam system aukcyjny „Kolekcjoner”. Nie dość, że chodzi to-to jak traktor i bynajmniej nie jest user-friendly, to jeszcze NBP, sprzedając monety na aukcjach, naraża się na zarzuty, że ma za duży wpływ na ceny. Gdyby „wypuścił” dystrybucję do innych sieci, to pewnie ceny najbardziej atrakcyjnych monet nie byłyby niższe, ale przynajmniej nie byłoby monopolu na rynku pierwotnym. Jakiś czas temu w sprawie „Kolekcjonera” napisał do mnie pan Marcin. „Skuszony ofertą NBP, który inaugurował nową serię srebrnych monet „Historia Polskiej Monety” założyłem konto w serwisie. Zrobiłem to na dzień przed rozpoczęciem sprzedaży. I już od rana czekałem niecierpliwie na rozpoczęcie sprzedaży. Dokładnie o godzinie 8:00 rzeczona moneta – Denar Bolesława Chrobrego – pojawiła się jako dostępna. Dodałem ją do koszyka, przeszedłem dalej do finalizowania transakcji i od tego momentu się zaczęło. Otóż najpierw system wyświetlił błąd, który skutkował tym, że musiałem rozpocząć operacje od nowa. O godzinie 8:03 znalazłem się znów w sklepie (strona działała, ale wolno) i znów  spróbowałem dodać wymarzoną monetę do koszyka. Tym razem błąd nastąpił już na etapie koszyka.

Do godziny 8:28 próbowałem dodać monetę do koszyka jeszcze cztery razy – za każdym razem kończyło się to błędem, po którym musiałem logować się do systemu ponownie. Po każdorazowym kolejnym zalogowaniu widziałem zmniejszający się poziom dostępności mojej monety. O godzinie 8:33 moneta nie była już dostępna. Z ciekawości o godzinie 8:41 wszedłem na znany polski portal aukcyjny, w którym rzeczona moneta oczywiście była dostępna, tyle że… dwa razy drożej. Dlaczego strona bądź co bądź poważnej publicznej instytucji jest kompletnie nieprzygotowana do zwiększonego ruchu użytkowników? Dlaczego po otrzymaniu błędu systemu za pierwszym razem przedmiot został usunięty z koszyka? Szczerze mówiąc robiłem już zakupy w kilku sklepach internetowych w swoim życiu i opróżnienie koszyka przy błędzie systemu widziałem pierwszy raz. Podejrzewam, że skoro u mnie system wyświetlał błąd to działo się tak też u innych użytkowników – jeśli tak to kto kupował monety (no bo ktoś kupować musiał skoro cały zapas skończył się po pół godziny)? Jaki jest sens reklamowania przez NBP serwisu Kolekcjoner jako remedium na kolejki pod oddziałami w sytuacji, kiedy ten serwis jest kompletnie bezużyteczny dokładnie wtedy kiedy powinien być najbardziej użyteczny?” – pyta pan Marcin.

Apeluję do NBP – zróbcie coś z tym „Kolekcjonerem”, bo to nie wygląda dobrze. I zróbcie to zanim jeszcze piękne 5-złotówki trafią pod strzechy, bo inaczej będziecie mieli na sumieniu wielu Polaków zniechęconych do kolekcjonowania monet. Pan Marcin już się zniechęcił. „Po powyższych perypetiach jestem całkowicie zniechęcony do korzystania w „cudownego serwisu” zaoferowanego przez NBP. Zastanawiam się też za co informatycy (bądź jakaś zewnętrzna firma) w tej firmie biorą pieniądze (podejrzewam, że niemałe)? Sam jestem informatykiem zajmującym się systemami sprzedażowymi i za taką historię zostałbym najzwyczajniej w świecie zwolniony z pracy. No chyba, że ta cała sytuacja jest celowa – w co też jestem skłonny uwierzyć. Jestem w stanie uwierzyć choćby po porównaniu ilości sztuk tej monety oferowanych na aukcjach (tak przez gabinety numizmatyczne jak i osoby prywatne). Około godziny 9:30 na wspomnianym wcześniej serwisie aukcyjnym było dostępnych 200 sztuk tej monety. W 99,9% były to aukcje rozpoczęte jeszcze przed godziną, w której NBP wypuściło monetę na sprzedaż. Oferowanie dużych ilości monety przez osoby prywatne przed rozpoczęciem jej faktycznej sprzedaży jest co najmniej zastanawiające. Może więc tak naprawdę tej monety w serwisie „Kolekcjoner” po prostu miał nikt (bądź prawie nikt) nie kupić?” – pisze pan Marcin.

Czytaj też: Najdroższa polska moneta w historii okazją inwestycyjną

I jeszcze pan Andrzej, który przypomina jak to drzewiej bywało: „W PRL kupno monety kolekcjonerskiej bezpośrednio z NBP było niemożliwe jeżeli nie „należało się” do przeróżnych organizacji. W sklepie, który otwarto w Mennicy Polskiej można było kupić niektóre, raczej mało chodliwe egzemplarze i to po cenie rynkowej, a nie po cenie, którą stosował NBP. W latach osiemdziesiątych za średnią krajową pensję w sklepie Mennicy można było kupić 2-3 monety. Były więc drogie dla człowieka z ulicy. W latach dziewięćdziesiątych w wojewódzkich oddziałach NBP zaczęto otwierać okienka numizmatyczne, gdzie można było kupić monety nowo emitowane, jak i część monet starych, zalegających w skarbcu NBP. W końcu lat dziewięćdziesiątych NBP wprowadził plan emisji monet z konkretnym dniem wprowadzenia do obiegu. Każdy więc mógł w konkretnym dniu udać się do banku i bez problemu kupić monety.  Pierwsze monety 10-złotowe kosztowały 22 zł., a monety  20-złotowe – 33 zł.  W 2005 r. zaczął się run na monety i przed bankami zaczęły się tworzyć kolejki. NBP zaczął emitować wariackie nakłady monet, czym rozregulował rynek numizmatyczny. Znacznie wzrosły ceny emisyjne jak i nakłady. Jakieś 5-6 lat temu wprowadzono system „Kolekcjoner”, nazywając to w dodatku aukcją.

Niejeden z nas wolałby stać w kolejce całą noc i kupić np. Monetę Bolesław Chrobry za 400 zł.,(taka była cena wyjściowa ustalona przez NBP), a nie za 1.100 zł., tj. cenę jakoby ustaloną w wyniku aukcji. Co to za aukcja, gdzie nie można znać ceny na konkretny moment i podjąć decyzję o zmianie ceny. Cena ustalana jest w ciemno, nie wiadomo przez kogo, o cenie dowiadujesz się po zakończeniu tej zabawy co NBP nazywa aukcją. Oczywiście NBP nikogo do tego nie zmusza, można więc zmienić swoje zainteresowania i zbierać znaczki. Kupno monet kolekcjonerskich w sytuacji, gdy po kilku latach okazuje się, ich ceny emisyjne były wyższe od bieżącej ceny rynkowej jest bezsensowne. Klasycznym przegrzaniem ceny jest sprzedaż jednogramowej złotej monety o nominale 25 zł – Polska droga do wolności – wyemitowanej w czerwcu 2009 r. Czy  NBP może w racjonalny sposób wyjaśnić, jakie czynniki uzasadniały ustalenie ceny monety na kwotę 220 zł  przy emisji 40.000 szt?  Przeliczając taką cenę na wartość uncji złota, wyjdzie jej wartość  2.323 dolary. Cena rynkowa uncji złota w czerwcu 2009 r. wynosiła 975 dol. Opierając się na katalogu monet Fischera za 2013 r., należy stwierdzić, że 22 monety 10-złotowe wyceniane są poniżej ceny emisyjnej. Jest to 13% wszystkich monet 10-złotowych wyemitowanych po 1995 r. 

Rekord bije moneta pt. 400 lat Osadnictwa w Ameryce Północnej, której wartość katalogowa to 60 zł., przy cenie emisyjnej 106 zł. z 2008 r. Pozostałe monety niewiele przekraczają cenę emisyjną, szczególnie te wybite po 2005 r.” – kończy pan Andrzej.  Ludzi, którzy w NBP odpowiadają za politykę emisyjną i system „Kolekcjoner” bardzo proszę o wyciągnięcie wniosków z uwag moich czytelników. A Was zapraszam do dyskusji – czy nowy pomysł NBP z okolicznościowymi 5-złotówkami wypadającymi z parkomatów, może sprawić, że numizmatyka trafi pod strzechy?

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o

Subiektywny newsletter

Bądźmy w kontakcie! Zapisz się na newsletter, a raz na jakiś czas wyślę ci powiadomienie o najważniejszych tematach dla twojego portfela. Otrzymasz też zestaw pożytecznych e-booków. Dla subskrybentów newslettera przygotowuję też specjalne wydarzenia (np. webinaria) oraz rankingi. Nie pożałujesz!

Zamknij
social-facebook social-feed social-google social-twitter social-instagram social-youtube social-linkedin social-rss