30 października 2015

Kandydat na ministra i pomysł na obniżenie prowizji bankowych. Wstrząsająco ciekawy :-)

Wszyscy wsłuchują się teraz w głosy ważnych osób w partii, która za chwilę przejmie rządy w Polsce. Ja trafiłem na wywiad z Pawłem Szałamachą, jednym z głównych rozgrywających w PiS jeśli chodzi o gospodarkę. Znam go jeszcze z czasów, gdy był ministrem w rządzie Kazimierza Marcinkiewicza, miałem okazję z nim rozmawiać i wiem, że na gospodarce się zna. A że ma do niej patriotyczne podejście? To nic złego. Publicznie wyrażałem przekonanie, że gdyby w nowym rządzie PiS znaleźli się ludzie pokroju Stanisława Kluzy (były szef nadzoru bankowego), Mateusza Morawieckiego (obecny prezes BZ WBK), czy właśnie Pawła Szałamachy, to może sprawy pójdą w dobrym kierunku. Ale kopara opadła mi bardzo nisko, gdy kandydat na ministra zaprezentował swój sposób na obniżenie bankowych prowizji w sytuacji, gdyby banki – np. na skutek wprowadzenia podatku bankowego, albo dowolnej innej okoliczności – chciały sobie poczynać zbyt odważnie:

„Wyobrażam sobie sytuację, w której prezes banku PKO BP, który jest bankiem kontrolowanym przez Skarb Państwa, złoży oświadczenie publiczne, w którym zaprasza klientelę konkurencji w przypadku, kiedy tamte banki próbowałyby podwyższyć swoje opłaty. I wówczas tamte banki po prostu stracą biznes. Po to Skarb Państwa ma narzędzia, którymi są jego aktywa, ażeby osiągać rozsądne cele gospodarcze”

– powiedział Szałamacha. No, przyznacie, ciekawe spojrzenie. W ogłoszeniu „u nas konta są najtańsze i prowizje najniższe” nie ma jeszcze nic złego. Ale idźmy krok dalej. Gdyby giełdowy bank, w którym Skarb Państwa bezpośrednio ma raptem 29,4% udziałów, a większość akcji należy do prywatnych udziałowców, miał na zlecenie rządu ustalać prowizje, oprocentowanie kredytów i lokat tak, żeby realizować politykę gospodarczą państwa (w tym przypadku – ochronę konsumenta przez lichwą)… No, nie wiem. Czy prezes tego banku miałby się przestać kierować dobrem akcjonariuszy i banku, a zacząć się kierować dobrem ministra lub premiera? Takie wizje mogłoby dotyczyć banku w 100% należącego do państwa, a nie giełdowej spółki akcyjnej, instytucji finansowej, która ma dziesiątki tysięcy prywatnych akcjonariuszy (w tym ludzi, którzy w ten sposób gromadzą pieniądze na dodatkową emeryturę), słusznie żądających od zarządu banku możliwie wysokich zysków i wypłaty dywidendy, nie zaś realizowania polityki gospodarczej państwa. A zresztą nie jestem pewien czy nawet gdyby na rynku był taki w 100% państwowy, polski bank detaliczny (taki BGK „dla ludu”), który miałby niekomercyjną misję, to czy nie oznaczałoby to nieuczciwej konkurencji? Państwo nie powinno chyba wychodzić z roli regulatora i włączać się do gry jako jeden z rynkowych podmiotów.  

Jeśli przyjmiemy, że giełdowe spółki Skarbu Państwa mają się kierować inną logiką, niż te, w których państwo nie ma udziałów, to szybko zobaczymy efekty w wycenie rynkowej tych spółek (przedsiębiorstwo, które nie ma w celach tylko zarabiać pieniądze, a również wypełniać cele strategiczne państwa, nie może być wyceniane tak samo wysoko, jak firma nastawiona na zysk). Do tej pory wydawało mi się, że w spółkach giełdowych rola Skarbu Państwa to być akcjonariuszem finansowym, który monitoruje rozwój spółki (wpływając na obsadę rady nadzorczej i zarządu) i raz w roku zgarnia dywidendę. Czyżby nadchodziły nowe czasy? Czy w siedzibach polskich i zagranicznych firm zarządzających aktywami nie odbywają się już narady poświęcone temu jak się do tych czasów przygotować? :-). Być może lepszym – a na pewno uczciwszym – pomysłem na realizację ambicji Pawła Szałamachy, by PKO BP w większym stopniu przejmował się celami gospodarczymi państwa, byłaby jego nacjonalizacja?  Niech Skarb Państwa ogłosi wezwanie na pozostałe akcje (największe pakiety posiadają OFE NN i OFE Aviva – w sumie 13% akcji) i przejmie bank. Wtedy minister nie będzie się musiał przejmować żadnymi akcjonariuszami, tylko używać banku tak, jak by chciał. Nie będzie drogo, na wykupienie całego PKO wystarczyłoby jakieś 20-25 mld zł :-). 

Wygląda na to, że nie umarła też sprawa frankowiczów. Z słów Pawła Szałamachy wynika, że ewentualne rozwiązanie ustawowe skierowane do tej grupy kredytobiorców wciąż jest na horyzoncie i za punkt wyjścia miałoby przyjmować założenie, że skoro klienci dostali złote, to kredyty od początku były złotowe. Szałamacha powiedział, że początkowa wartość umowy wynosiłaby tyle, ile klient dostał złotówek do ręki i od tej kwoty byłoby naliczane oprocentowanie i opłaty według stawek takich, jakie obowiązywały dla podobnych kredytów złotowych. Co z tego by wynikało? Po pierwsze w większości przypadków konieczność dopłacenia przez klientów iluś-tam tysięcy złotych (gdy suma zapłaconych rat we frankach była niższa od tego, co klient by zapłacił, gdyby miał kredyt w złotych). Po drugie wzrost miesięcznej raty (w większości przypadków kredyt złotowy jest droższy, bo wyzej oprocentowany). Po trzecie – zmniejszenie zadłużenia klienta do poziomu znacznie mniejszego, niż pierwotny (anulowanie wzrostu zadłużenia wynikającego ze wzrostu kursu franka).

Z słów Szałamachy wynika, że cała operacja miałaby być dobrowolna, a więc to klient decydowałby czy chce nadal „mieszkać z frankiem”, czy też oddłuża się kosztem wyższych rat. Mam pytania. Po pierwsze: co z ludźmi, którzy chcieliby się odfrankowić, ale nie stać ich na pokrycie różnicy pomiędzy dotychczas zapłaconymi ratami, a tymi, które kredytobiorca by wniósł, gdyby miał kredyt złotowy. Czy brak oszczędności dyskryminowałby frankowicza? Po drugie: kto i w jaki sposób ustaliłby „sprawiedliwe” oprocentowanie kredytu w wersji alternatywnej, czyli złotowej? Ile by wynosiła marża tego drugiego kredytu? Po trzecie: czy banki nie zostałyby zmasakrowane koniecznością przeliczenia kredytów i wzięcia na klatę różnic kursowych (i jak uniknąć sytuacji, w której trzeba taki bank ratować z kieszeni podatnika)? Po trzecie i pół: jak pomoc dla frankowiczów widzi się z podatkiem bankowym? Po czwarte: czy operacja odfrankowienia części kredytów nie oznaczałaby automatycznie pokrzywdzenia tych, którzy nie chcieli się odfrankowić? Prawdopodobnie banki musiałyby kupić na rynku walutowym mnóstwo franków (by spłacić dostarczycieli finansowania), co mogłoby spowodować wzrost kursu franka. Po piąte wreszcie: czy możliwość przewalutowania kredytów frankowych nie oznaczałaby pokrzywdzenia kredytobiorców złotowych? Oni często kupili mniejsze mieszkania, niż frankowicze (dość długo praktyka banków była taka, że przy określonych zarobkach zdolność kredytowa była wyższa dla kredytu frankowego), a teraz sytuacja obu grup pod względem finansowym miałaby się zrównać. Zobaczymy czy, kiedy i jaki będzie projekt ustawy.

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o

Subiektywny newsletter

Bądźmy w kontakcie! Zapisz się na newsletter, a raz na jakiś czas wyślę ci powiadomienie o najważniejszych tematach dla twojego portfela. Otrzymasz też zestaw pożytecznych e-booków. Dla subskrybentów newslettera przygotowuję też specjalne wydarzenia (np. webinaria) oraz rankingi. Nie pożałujesz!

Zamknij
social-facebook social-feed social-google social-twitter social-instagram social-youtube social-linkedin social-rss