3 kwietnia 2017

Śpię spokojnie i wykręcam zyski trzy razy wyższe, niż na bankowej lokacie. Zdradzam jak to robię

Różnorodność w lokowaniu oszczędności nie musi oznaczać wysokiego ryzyka. Jak to wygląda na konkretnym przykładzie samcikowego portfela inwestycji? Jestem człowiekiem, który ryzykować bez sensu nie lubi i trzy razy się zastanowi zanim zabierze pieniądze z oazy bezpieczeństwa – czyli z banku.

Jednak mimo tego konserwatyzmu część swoich oszczędności trzymam w innych miejscach, niż bank. Uważam, że to zwiększa szansę na osiągnięcie długoterminowego celu, którym w moim przypadku jest święty spokój ;-)) rozumiany jako możliwość robienia tylko tego, na co rzeczywiście mam ochotę.

Wybierając wiele miejsc lokowania oszczędności wystawiam pieniądze na różne rodzaje ryzyka, nie tylko na jeden – co jest bezpieczniejsze, bo: a) wszystkie ryzyka naraz się nie zmaterializują, b) większość z nich nawzajem się znosi. Jeśli padnę ofiarą jednego z nich, to w innej części portfela z tego samego powodu zanotuję zyski.

Uważam też, że dzięki alternatywnym formom lokowania mój cel zrealizuję z większym naddatkiem, bo większość pozabankowych sposobów lokowania oszczędności dawała w przeszłości długoterminowo wyższe dochody, niż pożyczanie pieniędzy bankowi

CEL NUMER 1, CZYLI DEPOZYT RAZY TRZY

Nie mam szklanej kuli, więc nie wiem które z moich lokat kapitału przyniosą długoterminowo większy, a które mniejszy zysk. W banku teoretycznie zysk jest pewny, ale tylko pod warunkiem, że nie zje go (albo całego kapitału) inflacja lub dewaluacja (czyli spadek wartości krajowego pieniądza względem zagranicznych walut). Mogę mieć na koncie miliony, które nie będą nic warte. Wielokrotnie w naszej historii zdarzało się, że pieniądz okazywał się bezwartościowy.

Dlatego nie trzymam pieniędzy tylko w banku, lecz w różnych miejscach (w jakich – napiszę dalej). Staram się tak dobrać te miejsca, by łącznie stanowiły miks o niskim ryzyku, zapewniający mi przez większość lat dochód znacznie większy, niż w banku. Wektory ryzyka są bowiem różnie skierowane – jeśli w jednym miejscu tracę, w innym zwykle zyskuję.

Nie mam pewności, że tak będzie zawsze, ale dopóki moja długoterminowa, średnia stopa zysku jest znacznie wyższa od bankowego depozytu – strategii nie zmieniam. Mój długoterminowy cel w inwestowaniu oszczędności wynosi trzykrotność tego, co dostałbym w banku.

To wbrew pozorom ambitne zadanie, bo po pierwsze w ciągu ostatnich 10 lat średnie oprocentowanie depozytu rocznego w bankach wyniosło ok. 3%, a po drugie mój cel ma zostać osiągnięty przy zachowaniu bardzo niskiego ryzyka (jestem w stanie zaakceptować maksymalnie kilkuprocentową stratę w złym roku i nie zniosę bycia pod kreską dłużej, niż przez dwa lata z rzędu).

Przez przygniatającą większość mojej 25-letniej historii lokowania oszczędności udaje mi się osiągać ów długoterminowy cel (choć np. w 2015 r. się to nie udało). Jaki mam na to patent? O tym w dalszej części tekstu.

CEL NUMER 2: ZARABIAĆ I NIE RYZYKOWAĆ

Przez większość lat mojej „walki o święty spokój” zyski mojego portfela przeróżnych lokat i inwestycji są między 6% a 8%. Zaawansowani inwestorzy giełdowi zapewne uśmiechają się teraz z politowaniem, bo oni rocznie są w stanie wykręcać kilkanaście i kilkadziesiąt procent rocznego zysku.

Też kiedyś byłem takim spekulantem giełdowym, który zarabia i zamienia w pył fortuny (choć wtedy niestety nie było jeszcze foreksu, który pozwala czynić to jeszcze szybciej ;-)) i wiem, że wysoki zysk wiąże się zawsze z ryzykiem wysokiej straty.

A ja te moje procenty staram się osiągać w sposób bardzo mocno ograniczający ryzyko strat. Musiałby się wydarzyć nie lada kataklizm, bym przy mojej strategii lokowania kapitału osiągnął mocno ujemny wynik. I jednocześnie niewiele trzeba, bym zarobił więcej, niż w banku.

Jak to robię?

PO PIERWSZE: DEPOZYTY BANKOWE, CZYLI 1,4%

Podstawą jest oczywiście pakiet inwestycji o stałym bądź możliwym do przewidzenia dochodzie. Wśród nich oczywiście muszą być z konieczności depozyty bankowe – zysk najniższy z możliwych, lecz gwarantowany. Rentowność miksu lokat, które w zeszłym roku posiadałem w bankach wyniosła 1,4% i zdaję sobie sprawę z tego, że niejeden „wyjadacz wisienek” wykręcił więcej.

Przechodzenie z banku do banku, wyłapywanie promocji, zakładanie lokat „na nowe środki”, zmienianie kont oszczędnościowych jak rękawiczki… Gdybym się bardziej postarał, to pewnie wykręciłbym 2%. Ale jest jak jest. Byłem leniwy i nie zmieniłem banku kilka razy. Byłem też gapa i nie zorientowałem się, że jeden z banków zrolował mi promocyjny depozyt z 2,2% na 0,7%. Ziarnko do ziarnka i te pół punktu procentowego ekstra odeszło w siną dal (a w zasadzie do bankowego rachunku zysków ;-)).

PO DRUGIE: OBLIGACJE RZĄDU I FIRM, CZYLI 4,5%

Oprócz depozytów bankowych do w miarę „przewidywalnej” kategorii inwestycji zaliczam obligacje emitowane przez polski rząd oraz przez najbardziej wiarygodne firmy. To oczywiście nie jest już zysk bez ryzyka, bo każda firma może zbankrutować lub nie wypłacić odsetek od wyemitowanych przez siebie obligacji. Ale po pierwsze nie stawiam na jednego konia, a po drugie starannie dobieram obligacje, w które inwestuję.

Mój portfel obligacji – w którym zawierają się też dziesięcioletnie obligacje emitowane przez polski rząd – w zeszłym roku przyniósł mi 4,5% zysku z wypłacanych odsetek. To rentowność charakterystyczna dla portfela obligacji firm o naprawdę niskim ryzyku upadłości (miałem kiedyś obligacje oprocentowane na 10% rocznie, ale to była rosyjska ruletka i ja akurat nie wygrałem ;-)).

Mój cel dla portfela obligacji to dochód dwa razy wyższy, niż na depozycie w banku. Jak widać w zeszłym roku został ociągnięty. I to pomimo faktu, że średnią rentowność tej części portfela zaniżają obligacje rządowe, których oprocentowanie (jest liczone według wzoru inflacja plus 2,75%) jest znacznie niższe od procentów od obligacji korporacyjnych (od WIBOR plus 0,9% do WIBOR plus 4%)

PO TRZECIE: FUNDUSZE LOW-RISK, CZYLI 2%

Mam też portfel funduszy inwestycyjnych o niskim ryzyku. Są w nim fundusze inwestujące w światowe obligacje, fundusze rynku pieniężnego (będące ekwiwalentem depozytów bankowych) oraz fundusze tzw. absolutnej stopy zwrotu. A więc takie, które co prawda wystawiają część pieniędzy na rynek kapitałowy, ale ich celem jest przede wszystkim zabezpieczyć wypracowane zyski (jeśli coś zarobią, to natychmiast „uciekają w bezpieczeństwo”).

To teoretycznie bezpieczniejszy miks, niż samodzielnie kupowane obligacje, bo fundusz inwestycyjny sam w sobie jest instrumentem rozpraszającym ryzyko. Nie jestem zbyt zadowolony z wyników funduszy o niskim ryzyku w zeszłym roku. W sumie były 2% na plusie (choć spodziewałem się 4-5% zarobku). „Zawalił” jeden z funduszy absolutnej stopy zwrotu i jeden z globalnych funduszy obligacyjnych. Ale najważniejsze, że nie były poniżej dochodów z depozytu bankowego.

PO CZWARTE: NIERUCHOMOŚCI, CZYLI 4,5%

Osobną kategorią lokat kapitału są nieruchomości. To oczywiście już jest „zabawa” nie dla każdego, lecz dla osób, które już zarządzają dość dużym kapitałem. Ale to się zmieni, bo w tym roku rząd chce wprowadzić do obrotu tzw. REIT-y, czyli możliwość uczestniczenia w wynajmie np. centrów handlowych (będzie można kupić „cegiełkę” udziałów w dochodach z wynajmu) Wbrew pozorom wynajem nie jest z definicji lokatą kapitału skazaną na krociowe zyski.

W moim przypadku – po odliczeniu kosztów remontów, zdarzających się okresów „bezkrólewia” (nie korzystam z pośredników, więc bywają one dość długie), kosztów finansowania oraz kosztów wynikających z przyjmowania najemców o ponadprzeciętnie wysokiej „reputacji” (kosztem niższego przychodu) – wychodzi ok. 4,5-5% w skali roku (nie liczę tu zmian wartości samej nieruchomości – rentowność odnoszę wyłącznie do kosztów zakupu nieruchomości pomniejszonych o obciążenia).

Oczywiście nieruchomość to też nie jest lokata kapitału bez ryzyka. W przypadku wojen, najazdu kosmitów, albo innych „przyjemności” tego typu nie odzyskamy pieniędzy ze zniszczonej nieruchomości, nawet jeśli ją ubezpieczyliśmy. Dlatego, w odróżnieniu od wielu inwestorów, nie trzymam w nieruchomościach większości aktywów – uważam, że niska płynność i niemożność przesunięcia w inne miejsce w kryzysowej sytuacji to duża

PODSUMOWANIE CZĘŚCI BEZPIECZNEJ…

To ciułanie procentów z inwestycji, które przynoszą przewidywalny dochód (różnią się co najwyżej płynnością oraz rodzajem ryzyka, na które są wystawione pieniądze) służy w moim przypadku wypracowaniu „premii”, czyli poduszki bezpieczeństwa pozwalającej w miarę bezpiecznie lokować pozostałe pieniądze na rynku kapitałowym.

Zakładam, że w długim terminie lokowanie na rynku kapitałowym przyniesie mi dochody wyższe, niż którakolwiek z inwestycji, o których pisałem powyżej. Ale w poszczególnych latach może być różnie. Nie lubię tracić pieniędzy, dlatego staram się „wykręcić” z inwestycji o przewidywalnym dochodzie nadwyżkę w porównaniu do „gołego” oprocentowania depozytów na tyle wysoką, by powetowała mi ewentualne straty na rynku kapitałowym.

W zeszłym roku wszystkie pozabankowe lokaty kapitału o przewidywalnym dochodzie wypracowały mi „premie”. Na szczęście ta „poduszka finansowa” tym razem w ogóle nie była mi potrzebna, bo na rynku kapitałowym też poszło mi dobrze (o czym piszę niżej). Ale nie zawsze tak bywało (o tym też za chwilę).

PO PIĄTE: FUNDUSZE INWESTYCYJNE. AMBICJE ROSNĄ

Lokowanie na rynku kapitałowym prowadzę przede wszystkim za pośrednictwem funduszy inwestycyjnych (choć mam też ETF-y i inne cudeńka, o których będę pisał przy innej okazji). Dzielę je na dwie kategorie: na inwestycje krajowe i zagraniczne. Te krajowe nie przekraczają 50% wszystkich inwestycji w akcje (zwykle jest to ok. 30-35%). Zagranicznych jest więcej, bo i świat jest większy, niż nasza Polska, dając więcej możliwości.

Mam fundusze akcji środkowoeuropejskich, fundusze „tematyczne” (czyli lokujące na całym świecie, ale tylko w określone branże), fundusze globalne oraz takie, które inwestują tylko na światowych rynkach wschodzących. Mam też fundusze o bezpiecznym profilu, ale za to denominowane w euro lub w dolarach (dzięki temu uniezależniam się częściowo od od ryzyka „zniszczenia” wartości złotego, co byłoby niekorzystne dla wartości moich pieniędzy w banku.

Tak jak wcześniej wspomniałem – uważam, że w terminie 20-30 lat inwestycje w akcje – głównie spółek dywidendowych – przyniosą mi o kilka punktów procentowych wyższy zysk, liczony w skali roku, niż obligacje, nieruchomości, czy fundusze niskiego ryzyka. Nie mówiąc już o depozytach bankowych.

POLSKIE AKCJE – PLUS 14%. ZAGRANICZNE – PLUS 6%.

W zeszłym roku znacznie więcej, niż na inwestycjach globalnych zarobiłem na funduszach inwestujących w akcje polskich spółek. Wydawało się, że w czasach „dobrej zmiany” nie da się w Polsce zarobić pieniędzy (byli tacy, którzy namawiali mnie do przerzucenia całości kapitału za granicę), ale ostatecznie wynik wyniósł plus 14%. Może to dlatego, że postawiłem – za radą innych mądrych ludzi – głównie na akcje średnich spółek.

Na funduszach inwestujących za granicą miałem 6% zarobku, co jest wynikiem dość wstydliwym, biorąc pod uwagę hossę panującą w USA. Przyznam, że zbyt mało pieniędzy ulokowałem w spółki amerykańskie, a zbyt wiele w fundusze działające na rynkach wschodzących (m.in. w Azji). Ale w perspektywie wielu lat uważam, że moja strategia się opłaci. W taki sposób inwestuję pieniądze już od dobrych kilku lat i cały czas czekam na to, aż rynki wschodzące „odpalą”. A że odpalą pokazuje ten wykres zachowania wszystkich rynków tego typu:

W zeszłym roku nie musiałem „użyć” bufora bezpieczeństwa. Do zysków przekraczających oprocentowanie lokat, które otrzymałem z relatywnie bezpiecznych inwestycji, doszły zyski z bardziej wahliwych inwestycji na rynku kapitałowym. Ale nie zawsze tak było.

W 2015 r. w funduszach polskich akcji miałem 7% strat (to i tak był świetny wynik, biorąc pod uwagę kilkunastoprocentowe straty indeksów), zaś na inwestycjach w fundusze zagraniczne miałem 4% „w plecy” (było słabo w Azji, a w Europie i USA ledwo wyszedłem na zero). W tamtym roku część „poduszki finansowej” wypracowanej z inwestycji o przewidywalnym dochodzie „zjadły” straty z funduszy inwestycyjnych, ale… i tak cały portfel był na plusie i to wyraźnym.

PODSUMOWANIE CZĘŚCI FUNDUSZOWEJ: MOJE INWESTYCJE MAJĄ… SIĘ „SZACHOWAĆ”

Moje inwestycje na rynku kapitałowym – m.in. w funduszach, w akcjach spółek dywidendowych, w ETF-ach, a także alternatywne (o nich będzie za chwilę) nie mają przynosić gigantycznych, najwyższych z możliwych zysków, bo to musiałoby się odbywać kosztem wysokiego ryzyka. One w dużej części wzajemnie mają się „pilnować”, szachować.

Jeśli rynki rozwijające słabo sobie radzą, to lepiej jest na tych rozwiniętych. Jeśli tracę pieniądze w polskich funduszach, to zwykle lepiej radzą sobie te zagraniczne (zwłaszcza denominowane w euro). Jeśli dobrze jest na polskim rynku – to w tyłek dostaną inwestycje denominowane w euro. Nigdy nie osiągnę takiego wyniku, jaki mają najlepsze fundusze „monotematyczne” (np. fundusze akcji amerykańskich w ciągu pięciu lat zarobiły 70%). Bo też nigdy nie jadę na jednym (ani nawet na dwóch) koniu. Nie będę pierwszy na mecie. Ale nigdy nie będę też ostatni.

PO SZÓSTE: ZŁOTO I INNE INWESTYCJE ALTERNATYWNE, CZYLI 10,5% Z HEDGINGU

Ostatnim elementem układanki są inwestycje alternatywne. To alkohole inwestycyjne, złoto i srebro, ewentulalnie inne metale szlachetne (zdarzyło mi się też mieć opcje na wieprzowinę lub kontrakty terminowe na ropę naftową, ale to egzotyka). Podstawowym elementem inwestycji w każdym dobrze zrobionym portfelu powinno być złoto – w monetach, sztabkach lub udziałach w funduszach inwestycyjnych (mogą kupować złoto w sztabkach, kontrakty terminowe bądź akcje kopalń złota).

Teoretycznie inwestycje alternatywne powinny „działać” przeciwnie do rynków kapitałowych – jeśli zyskuję na akcjach, to powinienem tracić na inwestycjach alternatywnych. I na odwrót. W praktyce różnie bywa. W zeszłym roku na inwestycjach alternatywnych „wykręciłem” 10,5% zysku (w górę ruszyło złoto oraz notowania wina na londyńskiej giełdzie). Wyjątkowo zdarzyło się tak, że zarobiłem i na funduszach i na inwestycjach alternatywnych, ale nie jest to zasadą.

JAK SIĘ ZA TO WSZYSTKO ZABRAĆ?

To już koniec pogadanki o moich inwestycjach w zeszłym roku i nie tylko ;-)). Mam nadzieję, że choć trochę przekonałem Was do tego, że warto patrzeć na oszczędności szerzej, niż tylko przez pryzmat bankowego depozytu. Nawet nie chodzi o to, żeby mieć więcej zysku, niż te 2% w banku. Chodzi o to, że każdy procencik dodatkowego średniorocznego zysku w perspektywie kilkudziesięciu lat oznacza ogromne różnice w uzyskanym kapitale.

Jeśli położę kwotę 50.000 zł na 2%-ową lokatę na 30 lat, to po tym czasie wyjmę 90.500 zł. Jeśli to będzie 4%-owa lokata, to wyjmę… 162.000 zł. A jeśli 6%-owa, to już… 290.000 zł. A to chyba jest różnica czy się ma 90.000 zł czy 290.000 zł, prawda? Zwłaszcza jeśli te 6% nie byłoby wynikiem hazardowego ryzyka, tylko bardzo bezpiecznej strategii lokowania oszczędności.

Dlatego moim celem nie jest długoterminowy zysk na poziomie oprocentowania bankowego depozytu, tylko jego trzykrotności. Oczywiście: najpierw trzeba te 50.000 zł mieć. Ale już jedna czwarta Polaków jest w stanie odkładać dość sensowne pieniądze na bliższą lub dalszą przyszłość. Rzecz w tym, żeby – jeśli już mamy podstawową poduszkę finansową złożoną z 6-12 krotności miesięcznych zarobków – zacząć budować finansową niezależność i zamożność nie tylko w banku.

Inwestowanie pieniędzy – w szczególności w akcje dużych, prywatnych spółek, corocznie wypłacających dywidendę – nie jest żadną wiedzą tajemną. W jaki sposób krok po kroku się za to zabrać, opowiem w kolejnych tekstach z cyklu „Dywidenda jak w banku”. Nikt nie musi mieć od razu takiego portfela inwestycji jak ja – budowałem go przez ćwierć wieku. Ale cierpliwie, krok po kroku…

CZY LOKOWANIE W AKCJE MOŻE BYĆ BEZPIECZNE?

Najważniejsze jest zrozumienie, że akcje spółek to nie jest nic strasznego. Że to „cegiełki” własności firm, które coś produkują, zatrudniają ludzi, osiągają zyski i dzielą się nimi z właścicielami (czyli posiadaczami tych „cegiełek”). Owszem, wartość rynkowa akcji zmienia się – czasem bardzo gwałtownie – ale w długim terminie dobrze zarządzana firma raczej zyskuje na wartości, niż bankrutuje. CCC, LPP, CD Projekt, Wawel, Dębica, Żywiec… to przykłady firm, które przez ostatnich kilkanaście lat przyniosły swoim akcjonariuszom krociowe zyski.

Mając udziały w spółce giełdowej – czy to bezpośrednio, czy przez fundusz inwestycyjny – ponoszę ryzyko, że ona zbankrutuje, ale z drugiej strony, jeśli jednak nie zbankrutuje, mam pewność, że moje akcje nigdy padną ofiarą inflacji, ani dewaluacji. Kawałek majątku dobrze zarządzanej firmy łatwiej utrzymuje realną wartość, niż zapis w bankowym systemie informatycznym, że mam tyle a tyle pieniędzy na depozycie w takim a takim banku. Nie mówiąc już o zapisach w ZUS-owskim systemie a propos mojej emerytury ;-)).

A fundusz inwestycyjny lub ETF? To też nie jest żadne czary-mary. To pośrednik, który w zamian za kilka procent prowizji rocznie zwalnia mnie z obowiązku wybierania najbardziej perspektywicznych spółek i selekcjonuje je sam (lub – jeśli to ETF – inwestuje we wszystkie jak leci). Czy to zawsze jest gwarancja sukcesu? Jasne, że nie! Wiadomo: są fundusze lepsze i gorsze. Są zarządzający-nieudacznicy i są geniusze (choć ja wolę solidnych rzemieślników). Dlatego nie „strzelam” na oślep i nie idę do pierwszego lepszego funduszu.

Selekcja zajmuje mi jednak niewiele czasu: godzinę, może dwie. Jeśli straciliście kiedyś dużo pieniędzy w funduszach (znam osobiście ludzi, którzy w ciągu kilku lat stracili połowę kapitału), to znaczy, że źle się za to zabraliście albo ktoś Was źle pokierował. Że postawiliście wszystko na jedną kartę. Ja inwestuję w funduszach od 20 lat i ani razu nie zbankrutowałem. Dzielę pieniądze pomiędzy różne rodzaje funduszy, różne rodziny, różne rejony świata i różne waluty inwestycji, dzięki czemu ograniczam ryzyko. Więcej o moich funduszach inwestycyjnych – w kolejnym odcinku.

 

  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
trackback

[…] Czytaj też: Śpię spokojnie i wykręcam trzy razy więcej, niż na bankowej lokacie. Jak to robię? […]

trackback

[…] Czytaj też: Śpię spokojnie i wyciskam z pieniędzy trzy razy więcej, niż w banku. Jak to robię? Tu przeczyt… […]

trackback

[…] w obligacjach (polecam dziesięcioletnie obligacje rządowe) albo w funduszach inwestycyjnych (tutaj piszę o tym jak ja oszczędzam na prywatną emeryturę) to polecam specjalne „opakowania” emerytalne dla oszczędności – konta IKE i IKZE. O co w […]

Subiektywny newsletter

Bądźmy w kontakcie! Zapisz się na newsletter, a raz na jakiś czas wyślę ci powiadomienie o najważniejszych tematach dla twojego portfela. Otrzymasz też zestaw pożytecznych e-booków. Dla subskrybentów newslettera przygotowuję też specjalne wydarzenia (np. webinaria) oraz rankingi. Nie pożałujesz!

Subiektywny newsletter

Bądźmy w kontakcie! Zapisz się na newsletter, a raz na jakiś czas wyślę ci powiadomienie o najważniejszych tematach dla twojego portfela. Otrzymasz też zestaw pożytecznych e-booków. Dla subskrybentów newslettera przygotowuję też specjalne wydarzenia (np. webinaria) oraz rankingi. Nie pożałujesz!

Zamknij

Gratulacje! Jesteś zapisany