Inny hotel, inne godziny wylotów, inny program, czyli wakacje z outletu. Znacie to?

Inny hotel, inne godziny wylotów, inny program, czyli wakacje z outletu. Znacie to?

Wielu urlopowiczów ma dylemat: skorzystać z usług dużego biura podróży, które nie zawsze jest najtańsze i nie zawsze podchodzi indywidualnie do potrzeb klienta, czy z małego, które obiecuje dopieszczenie i niższe ceny? Mniejsi touroperatorzy wciąż walczą o polskiego klienta głównie ceną, a to zawsze oznacza, że gdzieś muszą przyoszczędzić. Niekiedy kosztem wczasowicza.

Pan Wojciech, jeden z czytelników blogu, zachęcił mnie do podjęcia tematu wakacyjnych błędów biur podróży oraz naszych błędów w podejściu do kupowania wycieczek zagranicznych. Jakie są najczęściej stosowane triki biur podróży?

Zobacz również:

1. Zamiana hotelu na inny o rzekomo „tym samym standardzie”, o czym dowiadujemy się po przylocie na miejsce. I otrzymując wybór: albo zostajemy na lotnisku, albo przyjmujemy tę „ofertę nie od odrzucenia”. Hotel może i jest o podobnym standardzie, ale nie po to przez trzy dni ślęczeliśmy nad katalogiem biura podróży, żeby wybrać naj-naj-najlepsze miejsce na urlop, żeby pojechać do zupełnie innego hotelu, z innymi basenami, pokojami, widokiem, restauracjami.

2. Zmiana godzin wylotów oraz przylotów, dokonywana po zakupie imprezy. W ofercie często mamy wylot pierwszego dnia imprezy – obiecują lot o godzinie np. 7.00 rano (lub bezpieczniej – nic nie obiecują), który nagle w przeddzień wyjazdu zmienia się na godzinę 23.00. Tym samym tajemniczym sposobem powrót, planowany na ostatni dzień po południu lub wieczorem, nagle zmienia się na 7.00. Realnie turysta traci dwa dni pobytu, mimo że formalnie impreza rozpoczyna się i kończy w datach określonych w umowie.

3. Zmiana kolejności wydarzeń w imprezach „zwiedzanie plus pobyt” na mniej atrakcyjną dla niektórych opcję „pobyt plus zwiedzanie”. Co ciekawe, wciąż zdarzają się biura podróży, które stosują w swoich warunkach umów, podsuwanych klientom do podpisu, sformułowania typu: „Kolejność realizacji imprezy jest ruchoma i uzależniona od organizatora”. Zdaniem Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumenta tego typu zastrzeżenie jest bezprawne, bowiem przyznaje firmie organizującej wycieczkę prawo do jednostronnej zmiany ważnej cechy imprezy, przerzucając odpowiedzialność za skutki wyłącznie na klienta.

„Lądujemy na miejscu, a tam co? Przedstawiciel biura podróży informuje nas, że owszem, wszytko otrzymamy, tylko najpierw odbędzie się cześć pobytowa, a potem objazd. I podobno się na to zgodziliśmy, bo taka była oferta! Teoretycznie możemy zaprotestować i pozostać na lotnisku w Agadirze czy Hurghadzie, ale który desperat będzie miał na tyle motywacji aby koczować na lotnisku demonstrując postawę „liberum veto”? Turyści najpierw odpoczywają, a potem objeżdżają kraj efektem czego wracają zmęczeni i raczej niezadowoleni. Praktyka taka jest powszechna i stosowana przez wielu touroperatorów, więc pewien krzepki turysta poczęstowany taką praktyką przez touroperatora na wyjeździe po powrocie zainteresował tym zagadnieniem UOKiK. Urząd w 2013 r. wydał decyzję, która zakazuje takich praktyk”

– pisze do mnie pan Wojciech. Tutaj możecie obejrzeć treść tej decyzji. Pan Wojciech kilka miesięcy przesłał ją do biura podrózy, które zaproponowało mu wypoczynek w wariancie „kup kota w worku”, lecz touroperator się nie przejął i odpisał, że decyzja UOKiK go nie dotyczy, bo dotyczy innego biura ;-). Ale oczywiście ten medal ma dwie strony. każde dziecko wie, że umowa musi być precyzyjna i dokładnie określać co, gdzie i kiedy ma się dziać w ramach jej wykonywania przez strony.

Wystarczy więc krytycznym okiem spojrzeć na warunki umowy podsuniętej przez touroperatora, by nabrać wątpliwości. Oni naprawdę wpisują tam różne idiotyzmy! Bo wiedzą, że ich nie przeczytamy, albo przeczytamy, przyjmując jako prawdę objawioną. Z jednej strony jest więc sprytne postępowanie biur podróży, a z drugiej – beztroska klientów. Jeśli powszechnie wybieramy oferty „najtańsze”, to trudno oczekiwać, aby biura oferujące „fuszerkę turystyczną” znikły z rynku.

Czytaj o nowym prawie turystycznym: Kiedy możesz zażądać obniżki ceny wycieczki?

Jak wygląda „historia choroby”? Otóż: szukam ofert wypoczynku, zafiksowany na hasło „najtaniej”. Znajduję naprawdę tanią ofertę, jestem zadowolony. Nie czytam w internecie recenzji na temat biura podróży, tylko podpisuję umowę i płacę. Ważne, że zaoszczędzę 300 zł. Co dzieje się dalej? Wylot. Okazuje się, że w ostatniej chwili godzina się zmienia na późno-nocną. Trudno. Lecę. Na miejscu okazuje się, że mam zmarnowane wakacje, bo nawet rezydenta, z którym chciałbym się pokłócić, nie ma. Trzy stówy, które zaoszczędziłem, przeznaczam na roaming, bo chcę dodzwonić się do działu reklamacji biura podróży, a wakacje uciekają.

Po powrocie piszę reklamacje, ostrzegam na forach innych i życzę temu biuru podróży, by upadło, bo nie powinno istnieć. Wakacje trwały tydzień-dwa, nerwami związanymi z nimi żyję przez następne pół roku. A jeśli wakacje kupiłem na kredyt – to i dłużej. Lekarstwem na to jest poświęcenie kilku godzin na przeszukanie internetu w poszukiwaniu opinii o biurze podróży i hotelu do którego się wybieram. Czytam, jeśli widzę sporo złych opinii, to zapala mi się w głowie żółta lampka. Albo czerwona. To nic, że pod tymi negatywnymi opiniami jest dużo pozytywnych. Internetowi marketingowcy czasem w ten sposób neutralizują zły wizerunek – po prostu kupują pozytywne komentarze.

„Pewne biuro podróży w popularnym portalu turystycznym jako jedyne ma blisko 3000 opinii, podczas gdy pozostałe biura mają o połowę mniej. Średnia ocen tego biura jest na porównywalnym poziomie do konkurencji. Ale możemy zauważyć bardzo dużo negatywnych wpisów. Nagle pojawia się dużo ocen maksymalnych (można się domyśleć, kto generuje takie „zrównoważenie”). Dzięki temu mamy największą liczbę wpisów i porównywalną średnią”

– opowiada jeden z czytelników. Negatywne opinie warto poczytać dokładnie, żeby ustalić, czy przypadkiem biuro, w którym chcemy kupić wycieczkę, nie jest rodzajem outletu turystycznego. Czyli firmy, która ma umowy z hotelami, że „jeśli będziecie mieć ostatnie wolne miejsca, to my je zapełnimy”. Jak miejsc nie ma, to turysta jest zawożony gdzieś indziej, a już o nagminnej zmianie terminów wylotów i przylotów nie ma co mówić.

„Kiedyś miałem przyjemność (a może nieprzyjemność?) wracać z Tunezji jednym samolotem wraz z turystami, którzy wykupili wakacje z biurem podróży, które jest takim outletem. Zapłacili 300 zł od osoby taniej, niż wynosiła cena z oferty biura podróży wybranego przeze mnie. Proszę sobie wyobrazić, że pół samolotu redagowało skargę z powodu jakości wakacji, a nieznajomi ludzie pełni emocji pokazywali mi zdjęcia, jakie to złe warunki mieli na miejscu”

– opowiada mój czytelnik. Oczywiście, trochę przesadzali, ale nie ulega wątpliwości, że dostali miejsca bez widoku na morze (lub wręcz z widokiem na śmietnik), przy ulicy, w najdalszym miejscu hotelu, o mniejszym metrażu. Na tym polega turystyczny outlet – bierzesz to, co jest w danym miejscu najtańsze, a jeśli jest najtańsze, to prawdopodobnie wynika to z jakiegoś powodu. Jakie są Wasze porady dotyczące udanego wypoczynku?

 

Subscribe
Powiadom o
1 Komentarz
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments
Juannita
1 rok temu

Jakość urlopu zależy tez od touroperatorów nie biur.

Subiektywny newsletter

Bądźmy w kontakcie! Zapisz się na newsletter, a raz na jakiś czas wyślę ci powiadomienie o najważniejszych tematach dla twojego portfela. Otrzymasz też zestaw pożytecznych e-booków. Dla subskrybentów newslettera przygotowuję też specjalne wydarzenia (np. webinaria) oraz rankingi. Nie pożałujesz!

social-facebook social-feed social-google social-twitter social-instagram social-youtube social-linkedin social-rss top-search top-menu