Ile w skali miesiąca będą nas kosztowały podatki od banków i sklepów? Policzyłem i…

Z dwóch proponowanych przez PiS podatków sektorowych, które mają zapewnić rządowi kasę na realizację obietnic wyborczych, bardziej ryzykowny – przynajmniej dla nas, wyborców 🙂 – jest podatek bankowy. Nigdzie indziej tak wysokiego podatku od kredytów nie ma, wiec my, klienci banków, na pewno dostaniemy po kieszeni. Bo nie zanosi się na to, by bankowcy chcieli wziąć całe obciążenie podatkowe na klatę (a jest to 4,4 mld zł, jedna trzecia prognozowanych zysków branży). Ustawa mówi, że nie wolno im z powodu podatku bankowego podwyższać marż i opłat, ale w umowach z nami jest wiele innych powodów do podwyżek, na które mogą się powołać. Mam nadzieję, że po kościach rozejdzie się ryzyko przykręcenia kredytów przez banki (liczyłem już w blogu, że być może dotknie to tylko niektóre banki). Ale to koniec dobrych wieści. Pojawiły się już obliczenia, z których wynika, że koszt kredytu mieszkaniowego (w wyniku podwyżek marż) wzrośnie średnio o 20.000 zł. Jednocześnie spadła już zdolność kredytowa przeciętnego kredytobiorcy (czyli może w banku pożyczyć mniej i stać go na mniejsze mieszkanie). Być może przynajmniej kredyty gotówkowe podrożeją w mniejszym stopniu, bo po pierwsze już teraz są horrendalnie drogie, a po drugie tu marże banków są na tyle wysokie, że nawet po odcięciu podatku zostanie sporo tłuszczyku.

Czytaj też: Państwo wydaje na ciebie… 18.000 zł rocznie. Na co idzie ta kasa?

Obawiam się natomiast, że w górę pójdą prowizje związane z kontami osobistymi i kartami. O ile statystycznie zapłacimy więcej? Przy założeniu, że na klientów zostanie przerzucona połowa podatku bankowego (czyli 2,2 mld zł, resztę banki wezmą na klatę) i że z tej połowy przerzuconej na klientów tylko połowa przypadnie na podwyżki prowizji (a druga – na wzrost marż kredytowych i spadek oprocentowania depozytów), to wychodzi, że za konto i kartę miesięcznie możemy zapłacić 1,5-2 zł więcej. Ot, taka mikroskładka po to, żeby rodziło się więcej dzieci :-). Ale jeśli banki postanowią właśnie na prowizjach odbić sobie podatek – to możemy zapłacić nawet o 80 zł rocznie więcej za konto z kartą. Jak to oszacowałem? Ano wszystkie banki zarabiają na prowizjach jakieś 12 mld zł rocznie. Jeśli miałyby je tak podwyższyć, żeby zgarnąć jeszcze dodatkowe 1,1 mld zł (połowę z połowy kwoty 4,4 mld zł, nadążacie? :-))), to wychodzi, że trzeba by z klientów ściągnąć jeszcze dodatkowe 10% dotychczasowego „urobku” na prowizjach. Ale tylko nieco mniej, niż połowa prowizji bankowych to te związane z kontami i kartami debetowymi (pozostałe są związane z kartami kredytowymi, debetami, kredytami, funduszami inwestycyjnymi, ubezpieczeniami, usługami maklerskimi itp.), więc z 10% koniecznego wzrostu opłat za konta robi się… 20%.

Z obliczeń NBP wynika natomiast, że przeciętne konto bankowe rocznie kosztuje niecałe 100 zł (licząc razem z kartą płatniczą). Wychodzi więc, że zrzutka na przeciętnego użytkownika przeciętnego konta w przeciętnym banku wynosi 16-18 zł w skali roku, czyli właśnie mniej, niż 2 zł miesięcznie. Ale jeśli przyjmiemy założenie, że banki przerzucają na klientów cały koszt podatku bankowego – prowizje będą musiały wzrosnąć o 40%, czyli o jakieś 36-38 zł w skali roku i 3 zł miesięcznie. Jeśli zaś zbudujemy model (mało realny, bo już widać, że banki realizują inny), że wskutek wprowadzenia podatku bankowego ani koszt kredytu się nie zwiększa, ani oprocentowanie depozytu nie spada, lecz 100% tego, co banki wpłacają do urzędu podatkowego, jest od razu wrzucane w prowizje za ROR-y i karty, otrzymamy liczbę 70-75 zł jako dodatkową opłatę za przeciętny ROR z kartą. W takiej sytuacji prowizje za konta i karty musiałyby wzrosnąć więcej, niż o połowę, a przeciętny ROR musiałby podrożeć o mniej więcej 6 zł miesięcznie. Osobiście obstawiam wariant środkowy, w którym banki przerzucają na klientów cały koszt podatku, ale dzielą go między wyższe odsetki, a wyższe prowizje.

No dobra, załóżmy, że składamy się po te „parę” złotych w skali roku na dodatkowe prowizje dla banków i m.in. z tych pieniędzy fundujemy niektórym z nas 500 zł zasiłku na dziecko. A po ile złożymy się w ramach drugiego podatku sektorowego, czyli podatku od handlu? Sprawa jest taka, że podstawowa stawka podatku to 1,3% od przychodów dużego sklepu, 0,7% przychodów małego i 1,9% przychodów każdego sklepu. Jeśli założymy, że uśredniona wartość podatku (w zależności od tego gdzie kto robi zakupy i kiedy może ona wyglądać różnie) wynosi 1,5%, można szacować, że miesięcznie zapłacimy w sklepach od 7 do 20 zł więcej. A w skali roku – od 85 do 250 zł więcej.  Bo z danych GUS wynika, że przeciętna polska rodzina (taka, która nie istnieje, ale na czymś się trzeba oprzeć :-)) wydaje na konsumpcję jakieś 3000 zł miesięcznie. Ale część tej kwoty idzie na opłacenie kosztów związanych z mieszkaniem (czynsz, prąd, gaz – ponad 650 zl) oraz comiesięczne rachunki (np. za kablówkę, telefon), część idzie na edukację dzieci (40 zł), restauracje i hotele (70-80 zł), kino, teatr i uprawianie sportu (260-270 zł) oraz na inne wydatki.

W sklepach – a to jest obszar mojego dzisiejszego „śledztwa” – wydajemy tak naprawdę ponad 800 zł na żywność i napoje oraz 170 zł na odzież i obuwie. No i jeszcze na dokładkę stówkę na alkohol i używki (jak ktoś nie pije i nie pali, to niech się wstydzi, bo zaniża GUS-owi średnią :-)) Aha, średnio 350 zł wydajemy na transport – jeśli jest to paliwo do samochodu, to również podpada pod podatek od handlu. W sumie przeciętna (czyli nieistniejąca) polska rodzina miesięcznie w sklepie przepuszcza między 1000 a 1500 zł. Przy założeniu, że ceny w tych sklepach pójdą w górę o 1,5%, mamy 15-22 zł miesięcznej podwyżki rachunków ze sklepów. Jeśli sklepy przerzucą na klientów tylko połowę podatku – to dodatkowy rachunek wyniesie 7-11 zł. Finalny wynik tego rachunku jest więc taki, że przeciętna polska rodzina po realizacji podatkowych pomysłów rządu w sklepie i banku co miesiąc zapłaci od 9 zł do prawie 30 zł. W tym ostatnim wariancie zakładamy pełne przerzucenie podatków na konsumenta i – w części „bankowej” – koncentrację podwyżek na prowizjach za karty i ROR-y. 

Na to jednak trzeba nałożyć jeszcze tzw. elastyczność cenową popytu. Bo ceny w sklepach nie urosną symetrycznie. Jeśli sklepy będą podnosić ceny, to głównie na te towary, na które popyt przez to istotnie nie spadnie. No bo tak: chleb i bułki każdy musi kupić, a kawior – niekoniecznie. Do czego zmierzam? Otóż podatek bardziej uderzy – pożerając relatywnie większą część domowego budżetu – osoby, które mają niskie dochody i największą część pieniędzy wydają na jedzenie, kupując je w dodatku w najtańszych sklepach (a więc w tych mających najniższą marżę i które będą miały większy przymus przerzucenia podatku na kupujących). I o to mam największą pretensję do rządu. Pisałem już zresztą o tym w blogu, w „poradniku początkującego Robin Hooda” – że zabiera biednym, żeby oddać wszystkim. Zresztą podobnie to będzie działało w przypadku podatku bankowego. Owszem, średni miesięczny wzrost prowizji może wynieść 1-4 zł, czyli niewiele, ale jest pewne jak w banku, że finansiści nie podniosą prowizji proporcjonalnie wszystkim klientom, lecz najbardziej tym, na których mniej zarabiają – czyli niezamożnych (choć tu akurat jeden z banków, PKO BP, poszedł właśnie pod prąd). Spodziewam się, że koszty podatku bankowego poniosą głónie posiadacze najtańszych odmian kont, nie zaś ci, którzy mają konta złote i platynowe. I znów rząd zabierze biednym, żeby rozdać wszystkim.

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o

Subiektywny newsletter

Bądźmy w kontakcie! Zapisz się na newsletter, a raz na jakiś czas wyślę ci powiadomienie o najważniejszych tematach dla twojego portfela. Otrzymasz też zestaw pożytecznych e-booków. Dla subskrybentów newslettera przygotowuję też specjalne wydarzenia (np. webinaria) oraz rankingi. Nie pożałujesz!

Zamknij
social-facebook social-feed social-google social-twitter social-instagram social-youtube social-linkedin social-rss