Dziwny pomysł na sprzedawanie złotych sztabek. Skojarzenia z… Amber Gold

Niektórzy sprzedawcy złota liczą chyba na to, że Naród nie pamięta już afery Amber Gold i kupi u prywatnego pośrednika papierowy certyfikat na złote-coś, które podobno jest schowane w jakimś skarbcu i kiedyś-tam można będzie je odebrać. Na ten ryzykowny pomysł sprzedawania złota wpadła Mennica Wrocławska, która – mimo nobliwej nazwy – bynajmniej nie jest żadną mennicą i nic nie bije. Jest najzwyklejszym w świecie prywatnym pośrednikiem, który kupuje złoto (albo za granicą, w formie sztabek i monet bulionowych, albo od ludzi, w formie biżuterii) i sprzedaje z marżą. W zeszłym tygodniu Mennica Wrocławska ogłosiła, że każdy inwestor zainteresowany zakupem złotego kruszcu może przyjść i nabyć sztabkę po cenie SPOT, czyli obecnej wartości rynkowej złota. Zwykle Mennica sprzedaje sztabki i monety po własnej cenie, uwzględniającej koszt wytworzenia, sprowadzenia, marżę. Czyli drożej, niż wynosi giełdowa cena kruszcu (pewnie o jakieś 5-15%). Nowy sposób ma pozwolić klientom kupić złoto po takiej cenie, jaka jest obecnie na giełdzie.

Czytaj też: Nowy gracz zagrozi lombardom? Skupują biżuterię 20% drożej!

Złoty biznes dla kupujących? „Mennica Wrocławska zdecydowała się wprowadzić na rynek produkt, którego dotychczas nie oferowały żadne inne instytucje zajmujące się sprzedażą złota na świecie” – czytam w komunikacie wystosowanym przez firmę. „Mennica Wrocławska chce być prekursorem w podejmowaniu odważnych i niekonwencjonalnych działań, na które rynek, a zwłaszcza inwestorzy zareagują z entuzjazmem” –  popłynęły chłopaki i dziewczęta z Mennicy Wrocławskiej marketingową śpiewką. Odsuwając marketing na bok mamy – przynajmniej do pewnego stopnia – dość zgrabną kopię modelu biznesowego, który już testował… Amber Gold. Jeśli chcę kupić deko złota, deklaruję wysokość transakcji, wpłacam pieniądze Mennicy i w zamian otrzymuję dokumenty potwierdzające prawo do zakupionego kruszcu. Zła wiadomość: odbiór złota w fizycznej postaci może nastąpić dopiero po sześciu miesiącach od zakupu. Klient nie ma więc żadnej pewności, że za jego pieniądze rzeczywiście zostało kupione złoto. Ma w ręku ostemplowany papierek, który o tym zaświadcza.

Po upływie pół roku klient może odebrać złoto lub trzymać je nadal w formie certyfikatu, bądź np. sprzedać. Mennica oczywiście obiecuje, że w tym ostatnim przypadku wypłaci cenę równą bieżącej wartości kruszcu na giełdzie. A w pierwszym – odda złoto w formie fizycznej. A teraz mały konkurs z cyklu „znajdź różnice”. Czym to się różni od sposobu, w jaki sprzedawał złoto Amber Gold? Tak, macie rację: tym, że Amber Gold dodatkowo obiecywał gwarantowane oprocentowanie inwestycji. Oczywiście, można powiedzieć, że to ogromna, fundamentalna różnica, bo tu nikt nie obiecuje pewnego zarobku, ale…  mimo wszystko otwiera się miejsce na dwa niebezpieczeństwa. Po pierwsze: firma (oczywiście zakładając czarny scenariusz, którego na razie nic nie zwiastuje, ale…) mogłaby za pieniądze klienta nie kupić złota, lecz zrobić z nimi coś innego (przykładowo: zagrać w kasynie) i – gdy klient przyjdzie po pieniądze – już nie mieć z czego mu ich oddać. Pokusy zagrania pieniędzmi klienta w ruletkę i np. spekulowania nimi na rynku kontraktów terminowych na złoto, nie można w 100% wykluczyć. Po drugie firma może w ogóle nie mieć w skarbcu żadnego złota, bo klient przez sześć miesięcy i tak nie jest w stanie tego sprawdzić. Jest i trzeci drobiazg – produkt ten mógłby być uznany za „obciążanie środków klienta ryzykiem„.

Czytaj też: Co nas czeka w 2013 r.? Rata kredytu -300 zł, lokata na 4,2%?

Na zagrożenia te zwrócił uwagę jeden z konkurentów Mennicy Wrocławskiej. Spółka Inwestycje Alternatywne Profit (IAP) dość odważnie wbiła szpilę Mennicy Wrocławskiej. W specjalnym komunikacie sugeruje wprost, że jeśli wszyscy klienci Mennicy, korzystający z opcji SPOT, będą chcieli na koniec inwestycji dostać do ręki złoto fizyczne, to firma będzie zmuszona dopłacać do interesu albo… spekulować pieniędzmi klientów na giełdzie. Bo inaczej biznes się nie zepnie. „Cena spot nie jest ceną ostateczną. Odzwierciedla tylko cenę kruszcu. Do niej doliczyć musimy koszty bicia, koszty dystrybucji i dostawy oraz marże dilerskie. Rodzi się więc słuszne pytanie – w jaki sposób Mennica Wrocławska może wywiązać sie z obowiązku dostawy złota poniżej jego ceny? (…) A może Mennica Wrocławska, wzorem Amber Gold, chce kupować złote sztabki, czekając na odpowiedni moment, gdy ceny chwilowo spadną? Bo jak inaczej miałaby wyjść na swoje? Zdaje się, że to niebezpieczna spekulacja (…) Ciekawe, że zarząd Mennicy Wrocławskiej jeszcze kilka miesięcy temu głośno zapewniał w mediach, że tylko fizyczne złoto w rękach inwestorów ma prawdziwą wartość. A co oferuje dziś?.

Zarzuty IAP odbija Piotr Wojda z Mennicy Wrocławskiej, który wyjaśnił mi, że wyjście z inwestycji (czyli sprzedaż złota) obarczone jest kosztami w wysokości od 4% do 8%, a jeśli klient decyduje się na odbiór fizycznej sztabki, obciążany jest dodatkowo kosztem produkcyjnym. A więc firma nie byłaby w takiej sytuacji – jak sugeruje IAP – zmuszona do jakichś gier na rynku złota, by wyjść na swoje. Wojda przy okazji wbija szpilę konkurentowi, który porównał nowy pomysł Mennicy do Amber Gold. „Porównanie jakiejkolwiek firmy handlującej złotem do Amber Gold, jest bezpośrednim zarzutem o oszustwo. Agresywna reakcja firmy IAP jest przykładem obłudy, ponieważ to ona była w Polsce prekursorem produktu, w którym występują dokładnie takie same ryzyka (tutaj szczegóły) – tzn. po wpłaceniu środków klient otrzymuje jedynie certyfikat własności do niealokowanego (a więc nieodseparowanego) oraz nieasortowanego złota. To przewrotne, że o podobieństwo do Amber Gold oskarża nas firma, na której regulaminie wzorowali się oszuści z gdańskiej spółki oraz której ci sami ludzie powierzyli swoje złoto” – napisał do mnie wiceszef Mennicy Wrocławskiej.

W zasadzie trudno byłoby stawiać Mennicy Wrocławskiej zarzut z tego, że uruchamia sposób sprzedaży złota, który wymaga od klienta dużego zaufania do firmy. Świadczy to co najwyżej, że szefowie Mennicy uważają, iż jej pozycja na rynku jest wystarczająco mocna, by klienci uwierzyli w moc wystawianych przez nią certyfikatów. Potwierdzających, że jeśli dziś klient zapłaci, to za pół roku zobaczy jakieś złoto. Nie wiem tylko czy szefowie Mennicy przemyśleli inny aspekt swojego nowego pomysłu. Czy przypadkiem nie będzie tak, że wspomniane wyżej zagrożenia – wynikające z odważnych pomysłów na sprzedawanie złota – nadwerężą zaufanie do firmy tych klientów, którzy np. kupili w jej punkcie sprzedaży sztabkę i przechowują ją w skarbcu Mennicy? Albo tych, którzy chcieliby kupić złoto w Mennicy i mieć otwartą opcję odsprzedaży go w tym samym miejscu? Co innego być klientem klasycznego pośrednika w sprzedaży złota, który taniej kupuje i drożej sprzedaje (albo: kupuje, przetapia i sprzedaje), a co innego firmy, która bawi się w emitowanie jakichś certyfikatów, obiecująca klientom, że jak dziś zapłacą, to kiedyś zobaczą swoje złoto.

Wojda z Mennicy Wrocławskiej przekonuje, że na świecie funkcjonują podobne rozwiązania do „Złota za SPOT”, jak GoldMoney (www.goldmoney.com), założony Jamesa Turka czy BullionVault (www.bullionvault.com) stworzony przez Paula Tustaina, w której udziałowcem jest World Gold Council, największa na świecie organizacja skupiająca wydobywców złota. „Obie firmy posiadają depozyty na kwotę przekraczającą 4 miliardy dolarów. Schemat działania jest ten sam – powierzamy firmie środki nigdy nie otrzymując złota w fizycznej formie, bez żadnej pewności na co zostały przeznaczone. Jeśli taki produkt oznacza duże ryzyko to powinniśmy zamknąć możliwość handlu wszelkimi derywatami na złoto, a zacząć od funduszy inwestycyjnych, bo tam to już Amber Gold pełną parą idzie!” – narzeka szef Mennicy Wrocławskiej. Jeśli skupiamy się na produktach, to napiszmy, że na rynku prekursorem jest IAP i że nowy prezes Mennicy Polskiej [to potężny konkurent Mennicy Wrocławskiej – mój dopisek] też zapowiadał wejście tej firmy na rynek „papierowego” złota” – pisze Wojda. W porządku: wszyscy emitują papierki z różnymi obietnicami. Porównywanie Mennicy Wrocławskiej z firmami o kilkudziesięcioletnie tradycji nie ma sensu. Tam jest tradycja, tu firma na dorobku, która powinna być przygotowana do tego, że jeśli będzie chciała wyemitować obligacje w cenie niemieckich Bundów, to ktoś może jej zadać kłopotliwe pytania. A jak będzie chciała wystawić certyfikaty, czy jakiekolwiek inne papierki takie jak BullionVault, to będą oglądane przez większą lupę, niż papierki potężnego konkurenta.

Nieśmiało zauważam, że Mennica Polska z powodu afery Amber Gold nie zaczęła sprzedaży certyfikatów na złoto, a Mennica Wrocławska się na to szarpnęła. Prezes Wojda ma trochę racji oburzając się, że różnica między firmą dającą gwarantowane zyski, a tą, która jej nie daje, to różnica między piramidą finansową, a zwykłym biznesem. Nie do końca przekonuje mnie jednak argumentacja, że przy moim wątpiącym podejściu do tego czy złoto w ogóle istnieje, powinienem zaapelować o zamknięcie wszystkich funduszy inwestycyjnych, mających jakieś „złote papierki”. Tam jednak istnieje kilka systemowych bezpieczników: jest kontrola nadzoru finansowego, jest bank-depozytariusz, jest oddzielenie aktywów funduszu od majątku TFI… Choć oczywiście, jeśli weźmiemy pod uwagę, że być może większość handlowanego na giełdach złota może w ogóle nie istnieć (bo handluje się np. papierowymi zapiskami na to, że złoto zostanie wyprodukowane), można uznać, że pomysł realizowany przez Mennicę Polską nie jest niczym nadzwyczajnym. Ale – przypomnijmy – dopiero co była gigantyczna afera Amber Gold, firmy sprzedającej certyfikaty na nieistniejące, jak się okazało, złoto. A Mennica Wrocławska jest prywatną firmą, nie podlegającą żadnym regulacjom Komisji Nadzoru Finansowego.

No i na koniec jest jeszcze kwestia tego, czy taki produkt to depozyt towarowy, lokata, czy inwestycja? Działalność parabankowa, czy jeszcze nie? Zarząd Mennicy Wrocławskiej chyba też zaczął zadawać sobie to pytanie, bo w piśmie wysłanym do mnie zapowiedział… wycofanie kontrowersyjnego produktu ze swoich półek. „Poziom niezrozumienia produktu wśród dziennikarzy zmusił Zarząd do podjęcia dezycji o wycofaniu się z jego oferowania , mimo dużego zainteresowania ze strony klintów, co naraziło firmę na straty„. Powiem szczerze: dziwne to tłumaczenie. Z tego powodu, że dziennikarze nie kumają bazy od razu odstrzeliwać sobie możliwość zrobienia super-biznesu? Cóż, dziennikarze nie zrozumieli może dlatego, że firma nie dołożyła starań, żeby im wytłumaczyć… W tym tłumaczeniu musi być jakieś drugie dno, choć nie wiem jeszcze jakie :-). Mennica Wrocławska chce się też policzyć z firmą IAP, która rozesłała do mediów list sugerujący, że Mennica – przynajmniej w pewnych elementach – działa podobnie, do Amber Gold. „Nasz pełnomocnik wezwał już Zarząd IAP do zaniechania czynów nieuczciwej konkurencji, a obecnie rozważamy wystąpienie na drogę sądową o odszkodowanie„.  

Ufff… zrobiło się ciężko. Odbijmy się od naszego bagienka i odetchnijmy świeżym powietrzem ze świata. Ale czy na pewno świeżym? 🙂 U nas marketingowcy zastanawiają się jak wcisnąć klientom jeszcze więcej złota, nawet jeśli w zeszłym roku nie dało się na nim zarobić. A tymczasem na świecie atmosfera wokół złota się zagęszcza. Im lepsze są nastroje dotyczące przyszłości strefy euro, im więcej wskazuje na to, że inwestorom na całym świecie wraca ochota do ryzykowania (pisałem ostatnio o sensacyjnym, choć być może krótkim, osłabieniu franka szwajcarskiego), im bardziej analitycy zagrzewają do zakupów akcji,  tym więcej pojawia się czarnych prognoz dla złota – najpopularniejszej inwestycji wśród pesymistów. Pisałem niedawno, że w Polsce sprzedaż sztabek i monet idzie najlepiej w krótkiej historii tego rynku (kupiliśmy w 2012 r. dwa razy więcej złota, niż rok wcześniej), a sprzedawcy stale podgrzewają nastroje. Tymczasem Goldman Sachs (czyli bank inwestycyjny, w którym do niedawna najcenniejszym aktywem był chyba Kazimierz Marcinkiewicz, wart zapewne co najmniej tyle złota, ile Jurek Owsiak, niestety z usług pana Kazimierza haniebnie zrezygnowano) ogłosił pod koniec zeszłego tygodnia, iż złoto czeka pięć lat bessy, a cena uncji może spaść nawet do 1200 dolarów, czyli o 25% od obecnego poziomu.

Czytaj też: Renomowani zarządzający obiecywali Polakom, że złoto…

W Goldmanie uważają, że gospodarka amerykańska w tym roku ruszy z kopyta, a przeprowadzimy dodruk pieniędzy nie wywoła wysokiej inflacji (m.in. dlatego, że banki centralne przestaną „pompować” pieniądze, realne stopy procentowe zwiększą się do 2% i dzięki temu kreacja pieniędzy emitowanych przez banki pod kredyty będzie limitowana). A wzrost gospodarczy w powiązaniu z niską inflacją to byłaby bardzo zła koincydencja wydarzeń z punktu widzenia fanów złota. Oczywiście na prognozy Goldmana trzeba patrzeć przez palce i dość łatwo je podważyć. W maju 2012 r. te same przyjemniaczki z Goldmana zapowiadały, że jeśli będzie trzecia faza poluzowania monetarnego w USA (a jak wiadomo – była), to złoto dojdzie do 1840 dolarów za uncję. Z kolei w grudniu 2011 r. chłopaki wymyślili, że za trzy miesiące euro będzie kosztowało 4,8 zł. Choć – trzeba im oddać sprawiedliwość – przewidzieli też, że frank będzie na początku 2012 r. po 3,3 zł.

Prognozy analityków mają to do siebie, że są podporządkowane koniunkturze. Jeszcze kilka miesięcy temu bank Standard Chartered wyrzucił z siebie prognozę ceny złota na poziomie 5000 dolarów za uncję, powołując się m.in. na wzrost popytu ze strony inwestorów z Azji i banków centralnych oraz brak możliwości zwiększenia produkcji złota przez kopalnie (a powstaje tylko kilka nowych). Teraz jest moda na kreowanie prognoz zakładających potężne spadki złota, więc analityczne wahadło wychyla się w drugą stronę. Moja opinia jest wciąż taka sama: nie ma sensu traktować złota jako inwestycji, która będzie lekiem na całe zło, ale każdy, kto ma kilkadziesiąt tysięcy złotych oszczędności, powinien 10-15% swoich pieniędzy trzymać w złocie – czy to fizycznym, czy też w formie papierów wartościowych (pesymistom i prof. Krzysztofowi Rybińskiemu, razem z jego funduszem, zalecamy oczywiście zakup złota fizycznego i zakopanie w ogródku).

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o

Subiektywny newsletter

Bądźmy w kontakcie! Zapisz się na newsletter, a raz na jakiś czas wyślę ci powiadomienie o najważniejszych tematach dla twojego portfela. Otrzymasz też zestaw pożytecznych e-booków. Dla subskrybentów newslettera przygotowuję też specjalne wydarzenia (np. webinaria) oraz rankingi. Nie pożałujesz!

Zamknij
social-facebook social-feed social-google social-twitter social-instagram social-youtube social-linkedin social-rss