Dane GUS zasmucają. Ilu Polaków nie może sobie pozwolić na godne życie? I dlaczego tak wielu z nas musi oszczędzać na wszystkim? Kto winien?

Dane GUS zasmucają. Ilu Polaków nie może sobie pozwolić na godne życie? I dlaczego tak wielu z nas musi oszczędzać na wszystkim? Kto winien?

Po ponad 30 latach od upadku komunizmu wydaje się, że jesteśmy krajem umiarkowanie zamożnym. Pod względem PKB plasujemy się niedaleko poza pierwszą dwudziestką, a analitycy coraz częściej zaliczają nas do grona państw rozwiniętych. A tymczasem wciąż 40% z nas żyje na poziomie minimum socjalnego. Niekoniecznie w biedzie, ale bez komfortu. Dlaczego tak się dzieje i godne życie jest w Polsce „towarem deficytowym”?

Polskie miasta wyglądają już prawie tak, jak te na Zachodzie, w galeriach handlowych sprzedają te same rzeczy, co w butikach w Paryżu, czy Londynie, po ulicach jeździ całkiem sporo wypasionych samochodów dobrych marek. A średnia płaca w Warszawie nie różni się bardzo od średniego wynagrodzenia w Hiszpanii, czy Włoszech.

Zobacz również:

I kiedy tak człowiek sobie myśli w jakim to dostatnim kraju żyje, to przychodzi GUS i wszystko psuje. A konkretnie – przychodzą dane Głównego Urzędu Statystycznego dotyczące naszego narodowego ubóstwa i niedostatku. Wynika z nich niezbicie, że 4% Polaków żyje na finansowej granicy egzystencji, zaś sytuację finansową prawie 40% obywateli należy określić mianem niedostatku.

Co dwudziesty z nas walczy codziennie o (prze)życie. Dosłownie

GUS regularnie, raz w roku oblicza i publikuje wskaźniki dotyczące zasięgu ubóstwa ekonomicznego w Polsce. Źródłem tych cyferek są wyniki badań budżetów gospodarstw domowych Polaków. I z tych wyliczeń wychodzi jak duża część społeczeństwa żyje w biedzie.

Oczywiście, biedowanie niejedno ma imię. Instytut Pracy i Spraw Socjalnych szacuje np. granicę skrajnego ubóstwa, czyli minimum egzystencji. Formalnie jest to kwota, poniżej której w zasadzie nie da się żyć – czyli może nie wystarczyć pieniędzy na opłacenie ciepłego kąta i jedzenia. Generalnie jest to od 507 zł do 616 zł na osobę w gospodarstwie domowym oraz 496 zł na osobę w gospodarstwie emeryckim (dwuosobowym).

Zastanawialiście się kiedyś jak przeżyć za 500 zł miesięcznie? Moje najgorsze zaciskanie pasa było wtedy, gdy musiałem żyć za 12 zł dziennie, ale już po opłaceniu mieszkania. A to było już jakiś czas temu, gdy ceny były pewnie ze 30% niższe od dzisiejszych.

Tymczasem w Polsce na progu skrajnego ubóstwa żyje 4,2% wszystkich obywateli, czyli prawie 1,6 mln ludzi. Kto najczęściej walczy o przeżycie? Osoby z najniższym wykształceniem (10%), rodzice z co najmniej trójką dzieci (7%), mieszkające na wsi (7,5%). Co prawda na przestrzeni lat widać, że skrajne ubóstwo w Polsce się kurczy (jeszcze w latach 2013-2014 wynosiło 7,4%, czyli prawie dwa razy tyle, co teraz), ale z coraz wolniejszym tempie.

Za granicę biedy można też uznać poziom dochodów, który uprawnia do skorzystanie z pomocy społecznej, czyli z zasiłków socjalnych. Dzisiaj jest to 700 zł na osobę (i 2000 zł na rodzinę czteroosobową). W 2019 r. do pomocy społecznej kwalifikowało się 9% Polaków (czyli prawie 3,5 mln ludzi).

Można też liczyć tzw. relatywną granicę ubóstwa, czyli policzyć osoby, które mogą sobie pozwolić tylko na połowę tych wydatków, na które pozwalają sobie przeciętni obywatele. Życie „na pół gwizdka” dotyczy już 13% ludzi w Polsce, czyli 5 mln osób.

Jak wiele osób w Polsce żyje bez „wydatkowego komfortu”? Zawstydzająco dużo

Można się użalać, ale sfera skrajnego ubóstwa – mniejsza lub większa – jest w każdym kraju i trudno ją całkiem wyeliminować. Bardziej zmartwiła mnie inna liczba z najnowszego opracowania GUS – ta, z której wynika jak wiele osób żyje w niedostatku. Czyli nie balansuje na granicy egzystencji, ale na codzień odczuwa brak możliwości zaspokojenia swoich – nawet nieprzesadnie wyuzdanych – potrzeb.

Ten wskaźnik też oblicza Instytut Pracy i Spraw Społecznych. W portfelu dóbr i usług, zwanym koszykiem minimum socjalnego, uwzględnia nie tylko to, co służy zaspokojeniu potrzeb egzystencjalnych, ale także towary i usługi niezbędne do wykonywania pracy, kształcenia, utrzymywania więzi rodzinnych i kontaktów towarzyskich oraz skromnego uczestnictwa w kulturze i rekreacji.

Czyli mówimy o sytuacji, w której co prawda nie jest tak, że możemy sobie pozwolić na wszystko, czego duża zapragnie, ale przynajmniej raz na jakiś czas stać nas, żeby pójść do kina, restauracji, czy pojechać na nieprzesadnie wypasione wakacje.

Niektórzy nazywają to „progiem godnego życia”. I wyobraźcie sobie, że aż 40% Polaków jest poniżej tej granicy. Poziom dochodów, pod którym znajdujemy się w sferze niedostatku to mniej więcej 1000 zł na osobę w rodzinie, czyli dwa razy więcej, niż wynosi próg egzystencji.

Nie można powiedzieć, że te 40% to osoby „biedne”. Nie mogą sobie pozwolić na w miarę komfortowe życie, ale nie przymierają głodem.

Otóż singiel, który jest na granicy minimum socjalnego wydaje 300 zł miesięcznie na jedzenie, 420 zł na mieszkanie, 150 zł na kulturę i wypoczynek, 44 zł na leki i lekarzy oraz 56 zł na odzież i buty oraz 100 zł na bilety autobusowe oraz abonamenty telekomunikacyjne. Jak widzicie – szału nie ma.

W przypadku czteroosobowej rodziny minimum socjalne przewiduje niecałe 1200 zł wydatków na jedzenie, 1050 zł na mieszkanie, 220 zł na szkołę lub przedszkole albo opiekę nad dzieckiem, 290 zł na kino i wypoczynek, 210 zł na ubranie i 150 zł na leki oraz lekarzy oraz prawie 500 zł miesięcznie na transport. W sumie – prawie 4000 zł.

Czy można powiedzieć, że to wypas? Przy obecnych cenach raczej nie. 1200 zł na jedzenie można wydać w dużym mieście w tydzień, wystarczy pójść do supermarketu na większa zakupy i z portfela znika 100-150 zł. Jedno wyjście do kina w weekend (przed pandemią) to 200 zł na rodzinę. Pizzeria – 150 zł najmarniej. A kto ma dzieci, to wie, że 200 zł miesięcznie na ubrania to można na ciuchy, ale używane.

Czytaj też: Pieniądze szczęścia nie dają? Sprawdzili to na konkretnych liczbach. Co im wyszło?

Czytaj teżTak zmieni się świat, w którym żyjemy. Cztery potężne trendy

Trudno o komfortowe życie, gdy się tak mało zarabia

Odsetek ludzi, którzy żyją poniżej tego minimum socjalnego, czyli po prostu żyją niekomfortowo, jest zawstydzająco wysoki, biorąc pod uwagę, że od pięciu lat rządy sprawuje partia dążąca oficjalnie do wyrównywania różnic dochodowych i komfortu życia mieszkańców.

Owszem, sześć lat temu odsetek osób żyjących poniżej progu komfortu był nieco wyższy, wynosił 45%, ale od kilku lat już praktycznie nie spada.

„W 2019 r. najwyższe odsetki osób żyjących w sferze niedostatku odnotowano wśród gospodarstw domowych, których głowa miała wykształcenie co najwyżej gimnazjalne (60-62%). Wysoką wartość – ponad 55% – wskaźnika zasięgu sfery niedostatku odnotowano także wśród gospodarstw domowych z co najmniej trójką dzieci do lat 18. Zdecydowanie wyższy był zasięg sfery niedostatku na wsi (52%) niż w miastach (w zależności od klasy wielkości miast – od 18% do 40%)”

– czytam w komunikacie GUS. W zasadzie trudno się dziwić, że jest jak jest, skoro najczęściej wypłacane w Polsce wynagrodzenie wynosi 2400 zł brutto, czyli 1700 zł na rękę, pomimo, że tzw. średnia krajowa to aż 5300 zł brutto.

Z kolei mediana zarobków w gospodarstwie domowym – czyli środkowa pensja – wynosi niecałe 4100 zł miesięcznie, czyli 2900 zł na rękę. Połowa pracowników z grupy 8,4 mln osób osób zatrudnionych w firmach powyżej 9 osób zarabia więcej, a druga połowa – mniej. Z tym, że dane te nie dotyczą osób samozatrudnionych i pracujących w najmniejszych firmach. Tam dochody są statystycznie niższe.

Rodzina z dwójką dzieci nie jest w stanie wyjść poza minimum socjalne i prowadzić w miarę komfortowego życia, skoro jest całkiem prawdopodobne, że nawet jeśli oboje rodziców pracuje za „najczęstszą pensję”, to wyciskają najwyżej 3500 zł miesięcznie. Wspólnie.

Czytaj więcej: Pensja raz w tygodniu i czterodniowy tydzień pracy? Czy tak powinno wyglądać życie polskiego pracownika?

Czytaj też: Premier obiecuje, że za cztery lata najniższa pensja wyniesie… 4000 zł. Cieszyć się? Wyśmiać?

Dlaczego zarabiamy za mało, żeby żyć godnie?

Dlaczego zarabiamy tak mało i tak wielu z nas nie może sobie pozwolić choćby na umiarkowanie komfortowe życie? Przyczyny są trzy:

a) stosunkowo niewielka część wytwarzanej przez Polaków wartości trafia do nich w ramach pensji. Wysokie są też podatki, czyli zanim coś do nas trafi – pożywia się państwo i politycy. Więcej o tym zjawisku przeczytacie w tym tekście.

b) wytwarzamy dobra i towary stosunkowo mało innowacyjne. Dopóki będziemy produkować etui do smartfonów zamiast smartfonów – nie będziemy mogli sprzedawać ich na całym świecie drogo i lepiej zarabiać. Więcej o tym przeczytacie w niniejszym artykule.

c) polski system podatkowy raczej nie wyrównuje różnic w dochodach, tzn. osoby biedne przeważnie płacą nie tak znowu niższe podatki, niż bogate. Przepływ pieniędzy od jednych obywateli jest, ale raczej od wszystkich do dzieciatych (500+, 300+), czy od wszystkich do emerytów (13-ta emerytura), a nie od bogatych do biednych.

Czytaj też: Rozdawnictwo to nie grzech? Polityka to rozdawanie? Kogoś ostro pogięło

Czytaj więcej: W konsekwencji konwencji, czyli czym się różni polityk od pośrednika finansowego?

Najgorsze jest to, że w żadnej z tych spraw zbyt wiele się nie dzieje. Rzeczy turlają się same, więc ludzie – owszem – statystycznie więcej zarabiają, ale inflacja pożera istotną część tego wzrostu wynagrodzeń.

—————————-

POSŁUCHAJ PODCASTU „FINANSOWE SENSACJE TYGODNIA” ŻYCIE PO WIRUSIE

W najnowszym odcinku podcastu „Finansowe sensacje tygodnia” naszym gościem jest jeden z najmądrzejszych i najbardziej doświadczonych w Polsce analityków rynku kapitałowego – Wojciech Białek. Jego analizy na co dzień możecie czytać na blogu „K(no)w future” pod adresem https://wojciechbialek.pl/. Pan Wojciech opowiada o tym jak widzi przyszłość naszych portfeli w najbliższych latach, miesiącach, a nawet dziesięcioleciach.  Przepraszamy za niską jakość nagrania, z przyczyn „społeczno-dystansowych” nagrywaliśmy przez internet i niestety akurat z łączami nie było w tym czasie najlepiej.

Aby posłuchać, kliknij powyższy baner lub wejdź w ten link

—————————-

Subscribe
Powiadom o
21 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
Wacek
4 miesięcy temu

Nie wygląda to optymistycznie. Dziwnym trafem, te osoby o najniższych dochodach to wyborcy PISu, a ten tyle już lat rządzi i wielkiej poprawy dla tych ludzi nie widać po tych statystykach.

„Otóż singiel, który jest na granicy minimum socjalnego wydaje 300 zł miesięcznie na jedzenie, 420 zł na mieszkanie”
Rozumiem, że te 420 zł uwzględnia ewentualny koszt najmu lub ratę kredytu, czynsz oraz rachunki?

4 miesięcy temu
Reply to  Wacek

Tyle lat rządzi ?!!~A ile lat rządził poprzedni rząd i co zrobił ?? Posprzedawał prawie wszystko co polskie, i zagranica zarabia !! Minimalna pensja w tamtym rządzie wzrastała co pies napłakał.Nie widać poprawy ?? Ano widać, ” chwilówki ” zbankrutowały, zniknęły zakupy na zeszyt, emerytury ciągle podnoszą, tylko jeszcze pomoc dla rodzin jest prawie zerowa, nie taka jaka jest w Unii, ale ten rząd dojdzie pomalutku do ich wysokości.Ahoj.

Leszek
3 miesięcy temu
Reply to  krystian

bzdury. Chwilówki dalej działają. Zakupy na zeszyt bez zmian. Emerytury nie podnoszą tylko używają kasy jako kiełbasy wyborczej. Kasy naszej, nie ich. Jakim cudem dojdzie do wysokości w Unii jak w czasach prosperity wszystko przejedliśmy – co gorzej dalej się zadłużaliśmy. Za parę lat zobaczysz efekty. Po kryzysie możemy być poza unią.

jjj
4 miesięcy temu

3) polski system podatkowy raczej nie wyrównuje różnic w dochodach, tzn. osoby biedne przeważnie płacą nie tak znowu niższe podatki, niż bogate. Przepływ pieniędzy od jednych obywateli jest, ale raczej od wszystkich do dzieciatych (500+, 300+), czy od wszystkich do emerytów (13-ta emerytura), a nie od bogatych do biednych.

Uważa Pan, że jakby zmniejszyć progi podatkowe i zwiększyć opodatkowania na wyższych progach, to byłoby więcej innowacji i ludzi przedsiębiorczych? Moim zdaniem byłoby całkowicie odwrotnie, jakby jeszcze bardziej karano ze efektywną pracę.

Przemek
4 miesięcy temu
Reply to  Maciej Samcik

A od kiedy kontrakty opodatkowane są 19% podatkiem? Prezes płaci według normalnej skali podatkowej a dodatkowo jak dużo zarabia to zapłaci jeszcze daninę solidarnościową.

Przemek
4 miesięcy temu
Reply to  Maciej Samcik

Czytałem już wcześniej ten artykuł i moim zdaniem nie wynika z niego ze można płacić podatek liniowy od takiego kontraktu. Tutaj inny link: https://michalstawinski.pl/kontrakt-menedzerski-a-podatek-dochodowy-pit/ ktory wskazuje ze jednak trzeba rozliczać się według PIT.

Grzegorz
4 miesięcy temu
Reply to  Maciej Samcik

Panie Macieju, prezes na kontrakcie płaci podatek według skali podatkowej 17%/32%, bo to przychód z działalności wykonywanej osobiście (tak samo są opodatkowane przykładowo dochody z umów cywilnoprawnych, jak umowy zlecenie, o dzieło). W artykule, który Pan podlinkował, jest informacja o (często) stosowanej optymalizacji podatkowej, w ramach której część obowiązków jest przenoszona do działalności gospodarczej, z której dochód może być opodatkowany podatkiem liniowym 19%. Nie zawsze takie rozwiązanie jest bezpieczne podatkowo, bo trzeba to zrobić z głową i bezpiecznie. Przemek ma rację w swoim komentarzu

Radek
4 miesięcy temu
Reply to  Maciej Samcik

Tylko są dwie szkoły:
– prawica mówi żeby obniżyć podatek temu na etacie
– lewica w tym np. PIS mówi żeby przywalić wyższym podatkiem wszystkim.

Dlatego czasem cieszę się ze nic nie robią, bo podniesienie podatku komuś innemu przecież mi nie pomoże.

Radek
4 miesięcy temu
Reply to  Maciej Samcik

Ale to jest lewica, panie redaktorze, choć mówi że pobożna 😉

Stefan
4 miesięcy temu
Reply to  jjj

Cała masa ludzi ucieka na pseudo b2b, bo umówmy się, jedna faktura w miesiącu i realizacja szczegółowych zadań zleconych przez kontrahenta to nie jest zadna relacja biznesowa. To praca najemna i tak powinna być rozliczana podatkowo, włącznie z ZUS, flat rate w tym przypadku to śmiech na sali.

To jest patologia, która trzeba ogarnąć

Łukasz
4 miesięcy temu

Panie Macieju,
poniższy cytat trochę trąca artykułami pisanymi przez niezbyt doświadczonych ludzi a dodatkowo nakierowanych tylko na kliki, dodatkowo zawiera literówkę.

„1200 zł na jedzenie można wydać w dużym mieście w tydzień, wystarczy pójść do supermarketu na większa zakupy i z portfela znika 100-150 zł”

Żeby te wyliczenia się spięły to trzeba codziennie przez 6 dni (siódmego zamknięte ;)) robić duże zakupy za 150zł a dodatkowo codziennie robić jeszcze pomniejsze zakupy za ~50zł powiedzmy w innych miejscach niż supermarket.

Łukasz
4 miesięcy temu
Reply to  Maciej Samcik

Zapewne dużo, ale Pan tutaj trochę relatywizuje rzeczywistość w tej kwestii. Przedstawił Pan sytuację jakoby 1200 zł na jedzenie to nie jest wypas bo przecież ponad 5000zł nie jest niczym nadzwyczajnym. Dodatkowo umiejscowił Pan to ‚w mieście’ jakby zakupy żywności w supermarkecie z definicji były droższe niż gdziekolwiek indziej. Tymczasem często spotykane w supermarkety w miastach (Carrefour, Auchan) potrafią być jednymi z tańszych.

Alicja
9 dni temu

Panie Macieju, dwie kwestie: 1. cytując artykuł „W zasadzie trudno się dziwić, że jest jak jest, skoro najczęściej wypłacane w Polsce wynagrodzenie wynosi 2400 zł brutto, czyli 1700 zł na rękę,” – jakim cudem najczęściej wypłacane wynagrodzenie jest niższe niż minimalna krajowa? 2. uważam, że nie wziął Pan jeszcze pod uwagę jednej kwestii: osób, które część swojego wynagrodzenia otrzymują „pod stołem”. Takie osoby będą figurować w oficjalnych statystykach jako zarabiające najniższą krajową lub niewiele więcej (co w przeliczeniu na osobę w rodzinie – w zależności od liczebności domowników- może wynosić mniej niż „progowe” 1000 zł, nie będzie to jednak oznaczać,… Czytaj więcej »

Subiektywny newsletter

Bądźmy w kontakcie! Zapisz się na newsletter, a raz na jakiś czas wyślę ci powiadomienie o najważniejszych tematach dla twojego portfela. Otrzymasz też zestaw pożytecznych e-booków. Dla subskrybentów newslettera przygotowuję też specjalne wydarzenia (np. webinaria) oraz rankingi. Nie pożałujesz!

social-facebook social-feed social-google social-twitter social-instagram social-youtube social-linkedin social-rss top-search top-menu