Co się stanie, gdy banki zapłacą za grzechy? Czy potwór wyjdzie z morza i wszystkich zje?

Im dłużej trwa dyskusja o frankach, kredytobiorcach „ubranych” w szwajcarską walutę i o tłustych kotach-bankowcach, tym wszystko wydaje się… prostsze. W weekend rozczulił mnie Łukasz Warzecha, który poświęcił tłustym kotom felieton w „Super Expressie”. Lubię przejrzeć czasami ten tytuł, bo świat jest tam dużo prostszy, niż w rzeczywistości ;-). Pan Łukasz wyśmiewa się z opowieści jak to ściśnięte banki nie dadzą nam kredytów i pogrążą gospodarkę.

„Spadną dochody z CIT, ustanie akcja kredytowa… Sodoma i Gomora, kraj się zawali, a wielki potwór wyjdzie z morza i wszystkich zje (…) Zyski banków spadną? Trudno, jeden czy drugi prezes zarobi marne 50.000 zł miesięcznie zamiast 150.000 zł. Akcja kredytowa ustanie? Nie sądzę, Polska jest zbyt ważnym krajem, a konkurencja robi swoje”

– pisze, chyba tak trochę dla jaj ;-). Z drugiej mańki zaatakował mnie Krzysztof Pietraszkiewicz, prezes Związku Banków Polskich. W liście otwartym zaapelował o to, by nie tylko banki były obciążane odpowiedzialnością za wzrost obciążeń klientów mających kredyty we frankach (obowiązujący obecnie wariant ustawy antyfrankowej oznacza, że banki mają ponieść 90% kosztów różnic kursowych w kredytach frankowych, ale skorzysta tylko część kredytobiorców).

„Przestańmy udawać, że wszystko w obszarze kredytów walutowych są w stanie załatwić same banki i ich klienci. I że to wszystko wina banków (…) Apeluję do tych polityków, którzy napuszczają społeczeństwo na sektor bankowy i proponują, w gorszący sposób, rozwiązania nieodpowiedzialne, destabilizujące system finansowy i generujące wielomiliardowe straty, by odpuścili sobie drwienie z powagi sytuacji i igranie z ogniem. (…) Nie mogliśmy, nie możemy i nie weźmiemy odpowiedzialności za wywołanie kryzysu finansowego w Polsce, w sytuacji gdy można go, przy niewielkim wysiłku i woli porozumienia, z powodzeniem uniknąć”

– pisze Pietraszkiewicz. Według KNF straty banków wyniosą 22 mld zł. NBP szacuje, że budżet państwa straci na całej operacji 4 mld zł (mniej podatków od tłustych kotów). A ZBP pisze o ograniczeniu akcji kredytowej o 150 mld zł. A to wszystko po to, żeby pomóc stosunkowo nielicznej grupie konsumentów, których męczy wysokie zadłużenie wynikające z kursu franka szwajcarskiego. Kto ma rację? Wizja zwolenników strzyżenia tłustych kotów jest, nie ukrywam, kusząca. 22 mld zł to tyle, ile wynosi półtoraroczny zysk branży. Pikuś. W ciągu ostatnich pięciu lat zarobiła ona na czysto prawie 70 mld zł. A nigdzie nie jest napisane, że banki muszą rok w rok zarabiać 15-16 mld zł. Gdzie więc tkwi błąd w tym rozumowaniu? A może go po prostu nie ma i bankom można „bezkarnie” zabrać te kilkadziesiąt miliardów (pomijamy kwestię sprawiedliwości społecznej) i nic się nie stanie? 

KREDYT A WZROST GOSPODARKI. To czy banki zarabiają pieniądze, czy nie, byłoby bez znaczenia, gdyby nie fakt, iż wzrost gospodarczy w dużej części „wisi” na kredycie. Janusz Jankowiak oszacował jakiś czas temu, że spadek akcji kredytowej o 10% przekłada się na spadek PKB (czyli wartości wszystkich wytworzonych w ciągu roku przez obywateli dóbr i usług) o 0,3 punktu procentowego. Jak się zachowuje gospodarka pozbawiona nowych kredytów? Obserwujemy to od kilku lat na Węgrzech, które pogrążają się w recesji m.in. z powodu polityki tamtejszych władz wobec banków. Węgry były pierwszym krajem, który wprowadził podatek bankowy (i to w najbardziej agresywnej formie, czyli od aktywów), a także pierwszym, który zaczął zmuszać banki do pomagania frankowiczom (aczkolwiek na dużo mniejszą skalę, niż zapowiada to polska ustawa). Efekt? Banki w ogóle przestały zarabiać pieniądze i zmniejszyły udzielanie kredytów. O ile w Polsce w latach 2010-2015 aktywa banków (w tym kredyty) wzrosły z 290 mld euro do 360 mld euro, o tyle na Węgrzech w tym samym czasie skurczyły się z 120 mld do 100 mld euro, a wartość portfeli kredytowych spadła o 30%. Od 2010 r. roczne zmiany PKB Węgier oscylują między plus 1,5% a minus 1,5%. W Polsce jest to między 1,7% a 4,8% na plusie. Jasne, że spadek gospodarki może mieć milion przyczyn, ale chyba brak kredytu bankowego ma w nich też jakiś udział.

BANKI I ICH „ZDOLNOŚĆ KREDYTOWA”. Polscy bankowcy od zawsze straszą kryzysem i pandemonium, kiedy politycy próbują dobrać się do ich biznesu. Spadkiem akcji kredytowej straszyli, gdy wprowadzano ustawę antylichwiarską, gdy podnoszono wymogi dla kredytów hipotecznych (obowiązkowy stał się wkład własny), a także gdy ścinano opłaty kartowe (tzw. interchange). Za każdym razem okazało się, że ściśnięte bankowe koty mogą być jeszcze bardziej tłuste. Dlaczego tym razem miałoby być inaczej? Przecież w latach 2009-2015 r. skumulowany zysk banków wyniósł aż 67 mld zł. Może jeśli teraz będą musiały oddać kilkadziesiąt miliardów, to nic wielkiego się nie stanie? Hmmm… Patrząc na bilanse banków widać, że te prawie 70-miliardowe zyski w dużej części zostały „zainwestowane” w budowanie zdolności banków do udzielania kredytów. Od 2009 r. do dziś kapitał własny zgromadzony w polskich bankach wzrósł z 90 do 140 mld zł. To m.in. dzięki niemu banki mogły zwiększyć portfele kredytów z 650 mld zł do 900 mld zł.

Banki nie mogą udzielić kredytu, dopóki nie przyjmą depozytu, nie wyemitują obligacji, albo nie dostaną pożyczki od innego banku (nie chcę wchodzić w mechanizm kreacji pieniądza kredytowego i rezerw obowiązkowych, więc pozostańmy w bardzo zgrubnym uproszczeniu, że banki po prostu handlują pieniędzmi – biorą depozyt i w ciężar tego depozytu udzielają kredytu). Ale jest i drugi warunek wzrostu akcji kredytowej – każdy bank musi mieć odpowiedni procent własnego kapitału, żeby prowadzić bezpieczną działalność. W Polsce minimalny wymóg ustawowy to 9% własnego kapitału w odniesieniu do skali działalności. Ale Komisja Nadzoru Finansowego domaga się od banków znacznie wyższego procentu własnego kapitału. Na koniec zeszłego roku średni współczynnik wypłacalności w polskich bankach wynosił 15,3%. Brak przyrostu kapitału własnego oznacza, iż ewentualny wzrost działalności kredytowej banków będzie oznaczał spadek wypłacalności. A pomoc dla frankowiczów i podatek bankowy oznaczałyby nie tylko zatrzymanie, ale solidny spadek kapitałów własnych – w pięciu-sześciu bankach nawet o 20%  i więcej.

ILE KAPITAŁU MOŻNA BANKOM „UKRAŚĆ”, ZANIM ZABOLI? Do pewnego momentu – o ile nadzór pozwoli – banki mogą zwiększać portfele kredytów mimo zastoju lub spadku własnego kapitału. Z bardzo nieprecyzyjnych szacunków wynika, że mogłyby udzielić jeszcze 150-200 mld zł kredytów bez zwiększania własnego kapitału, zanim dojdą do „ściany” (w sensie współczynnika wypłacalności). To zależy od tzw. wag ryzyka i innych rzeczy, w które wolę nie wnikać. A gdyby tak nie zabrać bankom w tym roku zyski i jeszcze 30 mld zł kapitału? Na chłopski rozum można przeprowadzić takie wyliczenie: jeśli dziś mamy 140 mld zł własnego kapitału banków i 900 mld zł kredytów, to kapitał stanowi 15% kredytów. Gdyby bankom „ukraść” 30 mld zł kapitału i kazać przez dwa lata zwiększać kredyty w takim tempie, jak dotychczas, to w 2017 r. kapitał własny stanowiłby mniej niż 10% skali działalności kredytowej. I to oznaczałoby koniec (kredytowego) balu. Dobra wiadomość: recesja byłaby dopiero za trzy lata 🙂

Ale tak naprawdę koniec balu nastąpiłby wcześniej. Koszty prezentów dla frankowiczów i podatku bankowego rozłożą się przecież nierównomiernie. Już przy poświęceniu 22 mld zł sześć banków – jak liczy KNF – będzie musiało wysupłać przynajmniej 3-letni zysk i poświęcić przynajmniej 20% funduszy własnych. To oznacza, że de facto stracą one zdolność do udzielania kredytów (gdyż KNF oczekuje, że banki będą miały przynajmniej 12% własnego kapitału w stosunku do skali prowadzonej działalności) i będą wymagały dokapitalizowania. Dobra, koniec płaczu. Jakkolwiek to głupio zabrzmi, to bankom można „ukraść” trochę kapitału, a być może przez jakiś czas nie zauważymy, by były jakieś problemy z kredytami. Ale nie da się tego zrobić „za darmo”, lecz kosztem bezpieczeństwa depozytów. Im mniej własnego kapitału ma bank, tym bardziej ryzykują jego deponenci lub ci, którzy gwarantują depozyty (państwo, czyli podatnicy). W przypadku kłopotów któregokolwiek banku kapitał własny szybciej się skończy i gwaranci będą musieli szybciej wejść „do gry” z własnymi pieniędzmi. 

CZY BANKI MUSZĄ MIEĆ ZYSKI? Banki de facto handlują nie swoimi pieniędzmi. Nie ma więc żadnego uzasadnienia, żeby zarabiały na nich 16 mld zł rocznie. Kreowanie pieniądza kredytowego i przekładanie kasy z jednej kieszeni w drugą oraz na odwrót nie musi oznaczać, że branża bankowa ma na nas aż tak żerować. Za bankami stoją ci cholerni, pazerni akcjonariusze, którzy – zamiast kupić jakieś obligacje i żyć z procentów – zainwestowali w bank i oczekują zysków większych, niż te, które mieliby bez ponoszenia żadnego ryzyka. Dochodowość banku dla właścicieli obrazuje wskaźnik ROE (zwrot z zainwestowanego przez nich kapitału). W polskich bankach przeciętny ROE wynosi 12%, w Europie Środkowej – 6%., a w Europie Zachodniej – 3% Na pierwszy rzut oka potencjał do strzyżenia jest duży, bo niby dlaczego w Polsce inwestor ma zarabiać 12%., gdy u siebie: we Włoszech, Francji, czy USA wystarcza mu 3%.? Sęk w tym, że część tego ROE idzie na zwiększenie zdolności do udzielania przez bank kredytów. Dlatego po potrąceniu dywidendy (żaden akcjonariusz dobrowolnie z niej nie zrezygnuje), powinno zostać jeszcze „trochę ROE” na zwiększenie skali działalności banku. 

Ile? Eksperci od strategii finansowych mówią, że aby utrzymać wzrost akcji kredytowej na poziomie z ostatnich lat bank musi zarabiać tyle pieniędzy, by jego ROE nie spadło poniżej 7,5%. Jeśli zysku ma „starczyć” i na wzrost kredytu i na dywidendę (przy założeniu, że stopa dywidendy wyniesie nie więcej, niż 2%, czyli tyle ile wynosi wskaźnik dywidendy w USA) – ROE musi być bliżej 9%. W Polskich warunkach oznacza to, że inwestorom zagranicznym „opłaci się” być w Polsce dopóki, dopóty zyski branży będą wynosiły ok. 10-11 mld zł rocznie (to odzwierciedlałoby – licząc bardzo nieprecyzyjnie – ROE dla branży na poziomie 9%). A jeśli zyski będą dużo mniejsze, albo nie będzie ich w ogóle? Albo inwestorzy sprzedadzą swoje banki, albo będą nadal je prowadzili, lecz bez zwiększania akcji kredytowej (jedynie po to, by brać dywidendy).

CZY WARTO GŁODZIĆ TŁUSTEGO KOTA? Generalnie można byłoby tłustym kotom powiedzieć, żeby się goniły i żeby nas cmoknęły w… stopy. Tak zrobili Węgrzy: powiedzieli bankowcom, że konfiskują im całe zyski, a jak się komuś nie podoba, to won. Banki grzecznie siedzą cicho, generują ujemne ROE, płacą podatek bankowy, pomagają frankoiwczom i zwijają akcję kredytową. Nie twierdzę, że tak nie powinno być w Polsce. W końcu głodny kot to grzeczny kot ;-). Ale zanim zostaniemy wyznawcami świata prostych wartości, to ustalmy najpierw czy polska gospodarka potrzebuje szybkiego wzrostu kredytów, czy też nie. Bo może nie? Wtedy golenie banków nikomu nie zaszkodzi (poza bankami). Przedsiębiorcy mają duży bufor własnych pieniędzy i przy wzroście PKB rzędu 2-3% rocznie długo obędą się bez bankowych pieniędzy. Ale z drugiej strony potrzebujemy miliona nowych mieszkań i pieniędzy na wkład własny do projektów unijnych (to kilkaset miliardów złotych). To argumenty, by bankowców strzyc z głową – tak, by nie zagłodzić kota, który powinien jeszcze znieść kilka złotych jaj ;-).

TŁUSTY KOT, A KWESTIA FRANKA. Kilka dni temu napisałem w blogu, że bankowcy mają stan klęski żywiołowej w mózgach. Bo uważają, że rozwiązanie kwestii franków powinno mieć charakter działania charakterystyczny dla powodzi lub innego kataklizmu – czyli pomaga się najbardziej potrzebującym. Niestety, stan klęski żywiołowej mają w mózgach też szefowie KNF, który uważa, że pomysł umorzenia części kredytu mógłby mieć zastosowanie tylko wtedy, jeśli kredytobiorca nie może spłacać kredytu, a jego wartość przewyższyła obecną wartość mieszkania. KNF szczęśliwie nie wyklucza także potrzeby przygotowania specjalnych rozwiązań dla tych, którzy chcieliby sprzedać nieruchomości, a mają z tym kłopot właśnie z powodu zadłużenia przewyższającego wartość nieruchomości. Zdaniem KNF „analiza sytuacji kredytobiorców złotowych i frankowych wskazuje, że w obecnych warunkach rynkowych nie ma żadnego uzasadnienia dla udzielenia nadzwyczajnej pomocy kredytobiorcom frankowym”.

„Nie mogliśmy, nie możemy i nie weźmiemy odpowiedzialności za wywołanie kryzysu finansowego w Polsce, w sytuacji gdy można go, przy niewielkim wysiłku i woli porozumienia, z powodzeniem uniknąć. Dziś trzeba pomóc niektórym klientom – tym najuboższym, którzy sobie nie radzą”

– pisze z kolei prezes ZBP. Ja się z nimi wszystkimi fundamentalnie nie zgadzam. Tu nie chodzi o to kto potrzebuje pomocy, a kto nie. Chodzi o to, że banki-profesjonaliści, za przyzwoleniem i zachętą rządu (a sprawdźcie kto wtedy rządził) narażały klientów na ryzyko walutowe o ogromnej wartości, nie dając im żadnego instrumentu, który pozwalałby się przed tym ryzykiem zabezpieczyć lub je zmitygować. Oczywiście: klienci ochoczo weszli do tego kasyna i dlatego powinni ponieść dużą część odpowiedzialności. Zwłaszcza, że dzięki grze w ruletkę klienci frankowi kupili mieszkania większe, w lepszych miejscach. Ich jakość życia przez lata – wtedy, gdy wygrywali w grze walutowej – była wyższa, niż kredytobiorców złotowych. Teraz fortuna się odwróciła i kredytobiorcy twierdzą, że dopiero zauważyli, że to kasyno. Niech więc ponoszą konswkwencje (aha, ja też mam kredyt we frankach).

Ale banki też niech się dołożą, np. przejmując odpowiedzialność za wzrost kursu franka powyżej jakiejś wartości.  Bo mają na sumieniu narażenie klienta-amatora na konieczność gry na foreksie oraz zarobek na spreadzie, który był niesprawiedliwy, nieadekwatny do czynności, które banki musiały wykonać przyjmując od klientów złote i spłacając swoje zobowiązania we frankach. Partycypacja banków powinna mieć wsparcie NBP (który dziś mówi, że to nie jego sprawa), powinna dotyczyć wszystkich klientów „walutowych”, powinna być rozłożona w czasie, a jej skala powinna być taka, by nie powodowała ryzyka wielomiliardowych strat innych kredytobiorców, posiadaczy kont bankowych oraz podatników. 

W TELEWIZJI SUBIEKTYWNIE O FRANKACH. Dawno temu namawiałem do przygotowania jakiegoś rozwiązania kwestii frankowej zanim zmusi nas do tego kryzys lub wybory. Nadeszło i jedno (drastyczny wzrost kursu franka) i drugie (politycy zaczęli się licytować). Co z tym wszystkim teraz zrobić? Mówiłem o tym we wtorek wieczorem w „Wiadomościach” TVP.

wiadomoscifranki1808

Miałem też przyjemność uczestniczyć wraz z Januszem Jankowiakiem i Małgorzatą Starczewską-Krzysztoszek w programie „Minęła dwudziesta” w TVP Info. I poużalać się trochę nad bankowcami.  Zapraszam do kliknięcia w ten link, obejrzenia i posłuchania.

tvpminela20franki1tvpminela20franki2

Ustawę o ratowaniu frankowiczów miałem przyjemność komentować również w TVN24 BiŚ wspólnie z Jackiem Kseniem, byłym szefem banku BZ WBK (który nigdy nie pozwolił na wprowadzenie do sprzedaży w swojej instytucji takich kredytów), a także w TV Republika wspólnie z Jackiem Pochłopniem z „Wprost” .

tvnbis1a

tvrepsierp1a

SAMCIK I FINANSOWE ABSURDY. Jak uprzykrzyć życie klientowi-frankowiczowi, który chce walczyć w sądzie o przewalutowanie pożyczki? Oj, jest kilka sposobów. Obejrzyjcie ten krótki klip, w którym o nich opowiadam. I pędzę z odsieczą 😉 

SAMCIK PRZEŚWIETLA. Jak nie dać się latem naciągnąć na dodatkowe prowizje i spready? O tym mówiłem na nadwiślańskiej plaży w ostatnim odcinku wideoporadnika „Samcik prześwietla”. Obejrzyjcie!

Obejrzyjcie też o tym czy warto mieć własne mieszkanie…

Obejrzyjcie też listę pięciu rzeczy, które warto zrobić przed urlopowym wyjazdem. Lub po nim 😉

SUBIEKTYWNOŚĆ JEST MULTIMEDIALNA! Blog „Subiektywnie o finansach” ma grubo ponad 200.000 czytelników na www.samcik.blox.pl oraz dziesiątki tysięcy w serwisach społecznościowych. Dołącz do 29.000 fanów blogu na Facebooku, podyskutuj ze mną i z 6.000 followersów na Twitterze, znajdź mnie na Google+, zobacz co wrzuciłem na Instagram). Subiektywność znajdziesz też w YouTube. Tam możesz zobaczyć i polubić wideofelietony i komentarze o twoich pieniądzach oraz zasubskrybować mój kanał. W tym kinie siedzi już 1.300 osób.

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o

Subiektywny newsletter

Bądźmy w kontakcie! Zapisz się na newsletter, a raz na jakiś czas wyślę ci powiadomienie o najważniejszych tematach dla twojego portfela. Otrzymasz też zestaw pożytecznych e-booków. Dla subskrybentów newslettera przygotowuję też specjalne wydarzenia (np. webinaria) oraz rankingi. Nie pożałujesz!

Zamknij
social-facebook social-feed social-google social-twitter social-instagram social-youtube social-linkedin social-rss