Nie rozumiem dlaczego nasz klientowski czas jest wciąż zajmowany sprawą trefnych ubezpieczeń niskiego wkładu własnego. Były one dołączane do kredytów hipotecznych (dzięki nim banki udzielały klientom kredytów “pod korek”), ale dziś już każde dziecko prawnicze wie, że były to ubezpieczenia nielegalne. Jest sporo wyroków sądów, które stwierdzają, że UNWW to nie jest żadne ubezpieczenie, bo klient – choć jest ubezpieczony – nic nie dostaje w zamian za zapłaconą składkę. A ten stan jest niezgodny z ideą umowy ubezpieczenia. Sam fakt, że dzięki tej składce otrzymał kredyt zgodnie ze swoim wnioskiem, się nie liczy.

Na zdrowy rozum banki powinny więc po prostu wysłać do wszystkich posiadaczy polis UNWW listy z przeprosinami oraz przelewy opiewające na kwotę zapłaconych od momentu zaciągnięcia kredytu składek. A były to zauważalne pieniądze, najczęściej “duże” kilka tysięcy złotych płatne co dwa lub trzy lata (taki był okres tego “ubezpieczenia”). Niektóre banki zamiast przeprosin i przelewów wysłały klientom propozycje zamiany ubezpieczenia na prowizję, ale… prowizja też bywa kwestionowana przez sądy jako zabezpieczenie niskiego wkładu własnego.

Strategia bankowców jest mniej więcej taka, że oddają pieniądze tylko tym klientom, którzy pójdą do sądu i wytrwają przez dwie instancje. W przypadku pozostałych klientów udają, że nic się nie stało. I to już samo w sobie jest frustrujące, bo dobitnie pokazuje, że “państwo działa teoretycznie”. Jest nielegalny produkt finansowy – co widać zarówno w indywidualnych wyrokach sądowych, jak i w orzecznictwie Sądu Ochrony Konkurencji i Konsumentów – a banki nie mają najmniejszej ochoty rozliczyć się z klientami. Żeby to chociaż kogoś obchodziło. Ale nie, ważniejsze są pomniki.

Czytaj też: Bank zamienił ubezpieczenie na prowizję. Ale się na tym przejechał

Bankowcy poczynają sobie coraz odważniej. Po przegranym procesie otrzepują marynarki i… zaczynają się dobierać do klientów, żądając rewanżu. Obiektem takiej właśnie ofensywy stała się ostatnio pani Lucyna, która walczyła jak lwica o delegalizację UNWW i zwyciężyła – sąd w pierwszej instancji uznał, że bank ma zwrócić składki, zaś sąd odwoławczy przyklepał ten wyrok. Bank w ciągu dwóch tygodni po uprawomocnieniu się wyroku zwrócił zasądzone pieniądze – w sumie 26.000 zł – ale równocześnie wysłał do klientki czułe pisemko.

A w nim czytamy, że aby “umowa mogła być kontynuowana na obecnych warunkach” klientka musi wpłacić brakujący wkład własny w gotówce – jakieś 250.000 zł, by wskaźnik LtV osiągnął 80% (w momencie udzielania kredytu był ów wkład zerowy i nadal jest niewielki ze względu na wzrost kursu franka szwajcarskiego, w którym wyrażony jest dług). Ewentualnie może ustanowić dodatkową hipotekę na innej nieruchomości albo zgodzić się na zastąpienie ubezpieczenia prowizją płatną w 36 ratach. Jako jeszcze jedno potencjalne rozwiązanie bank wskazał podwyższenie o 0,5 pkt. proc. marży kredytu do momentu, gdy jego saldo spadnie poniżej 80% wartości nieruchomości.

“Nie wiem czy bank ma prawo takie żądania stawiać. Czy spotkał się Pan z podobnym przypadkiem? Co w tej sytuacji robić? Najchętniej przeniosłabym kredyt do innego banku, ale to nemożliwe. Dodam, że na wezwanie sądu ubezpieczyciel pokazał swoją umowę z bankiem, z której wynikało że bank zostawiał sobie ok 40% składek na UNNW, które wpłacałam. Czyli coś, co w 40% stanowiło ukrytą prowizję banku teraz mam bankowi oddać w innej formie?”

– pyta pani Lucyna, która myślała, że po wygranym procesie o UNWW będzie miała już z górki. Bank Millennium, który jest drugą stroną tego sporu, nie widzi nic zdrożnego w żądaniu innej formy zabezpieczenia niskiego wkładu własnego, zarzucając klientce, że ta “odrzuciła” proponowaną przez bank formułę.

Klientka, piórem swojego pełnomocnika, odpisała bankowi, że niczego nie “odrzuciła”, a jedynie okazało się, że proponowana przez bank opcja jest niezgodna z prawem i nie wiąże konsumentów.

“Nie można zatem mówić o „odrzuceniu” postanowienia umownego – nie mogłoby ono bowiem być dokonane w sposób skuteczny jednostronnie – a jedynie o zakwestionowaniu w przepisanym prawem trybie jednego z postanowień umownych, które jednakowoż nie rzutują na możliwość wykonywania umowy kredytowej w sposób wynikający z jej brzmienia i celu”

– odpisali pełnomocnicy klientki. Zauważyli też, że ani podwyższenie marży banku, ani wprowadzenie prowizji za zwiększone ryzyko banku nie stanowią zabezpieczenia w rozumieniu przepisów ani utrwalonych zwyczajów. Stanowią natomiast dodatkowe źródło dochodów banku, który dąży do zrekompensowania ubytku spowodowanego zakwestionowaniem UNWW.

“Potwierdza to w sposób jednoznaczny fakt, że od początku składka na UNWW nie stanowiła świadczenia kredytobiorców nakierowanego na zabezpieczenie kredytu w związku z brakiem wkładu własnego, ale właśnie dodatkowe źródło dochodów banku”

– piszą prawnicy klientki. Dodają, że postanowienia umowy kredytowej nie dają podstawy żądania przez bank ani uzupełnienia wkładu własnego (ponieważ bank zgodził się na kredytowanie zakupu nieruchomości w 100%), ani ustanowienia dodatkowego zabezpieczenia. A na etapie starania się o kredyt oprócz typowych zabezpieczeń (hipoteka, cesja polisy) bank otrzymał dodatkowe zabezpieczenia w postaci dołączenia dwojga dodatkowych kredytobiorców (ich dochody też stanowią zabezpieczenie spłaty kredytu).

Czytaj: Bank prawomocnie przegrał proces z klientem. I… Nie do wiary!

Przyznacie, że z kredytobiorczyni jest ostra zawodniczka. I, powiem szczerze, w dużym stopniu ją rozumiem. Bank ma z nią umowę, z której sąd wyrzucił jeden z zapisów. Zamiast wykonywać umowę bez tych zapisów, bank próbuje wymusić na klientce dodatkowe rzeczy, nie przewidziane – jak sądzę – w tej umowie. Co prawda nie widziałem tejże umowy, ale zakładam, że gdyby istniała w niej jakakolwiek podstawa do żądania dodatkowych zabezpieczeń, to bank nie omieszkałby się powołać na stosowne paragrafy. Skoro tego nie zrobił, to chyba stąpa po dość grząskim gruncie.

Grunt jest tym bardziej grząski, że w procesie wyszło, iż poprzenio wymuszone przez bank zabezpieczenie niskiego wkładu – to, które ostatecznie okazało się nielegalne – nie było zabezpieczeniem, tylko ukrytą prowizją. Sytuacja jest więc podwójnie paradoksalna. Nie dość, że bank domaga się dodatkowych trybutów od klientki, to jeszcze powołuje się na kontrowersyjną podstawę faktyczną – czyli niski wkład własny, który musi być zabezpieczony. Poprzednio bank nie widział potrzeby, by go zabezpieczać, bo prawie połowę kasy płaconej przez klientów przeznaczał na swój zysk.

Czytaj też: Płacisz ubezpieczenie niskiego wkładu? Rośnie szansa na odzyskanie pieniędzy w sądzie! 

Jak wiecie, jestem skłonny w wielu przypadkach zrozumieć bankowców i ich potrzebę dobrego zabezpieczania spłaty kredytów – pamiętam bowiem, że po drugiej stronie tego bilansu są depozyty klientów, których bezpieczeństwo jest równie godne zabezpieczania. W tym jednak przypadku wydaje mi się, że bank mógłby skorzystać z okazji, żeby siedzieć cicho. Zwłaszcza, że trudno sobie wyobrazić, by mógł kredytobiorcę ukarać.

Groźby związane z ewentualnością wypowiedzenia umowy brzmią dość słabo, biorąc pod uwagę, że sądy bardzo często oddalają prośby banków o klauzule wykonalności do tytułów egzekucyjnych (argumentują to nieprezycyjnymi klauzulami w umowach, które sprawiają, że nie wiadomo ile klient jest winny i na jaką kwotę – w polskich złotych – powinno opiewać roszczenie banku). A zresztą wypowiadać umowę komuś, kto od dziewięciu lat wzorowo spłaca raty? To byłoby postępowanie na kształt zasady “na złość mamie odmrożę sobie uszy”. Na miejscu bankowców odpuściłbym sobie tę atrapę zemsty. Choć być może chodzi tu raczej o rodzaj “dupokrytki” dla Komisji Nadzoru Finansowego, która nie lubi, gdy bank ma w portfelu kredyty hipoteczne o wartości większej, niż zabezpieczenie.

Zapisz się na mój newsletter!

 

W prezencie otrzymasz:

- Wstęp na e-spotkania, na których odpowiem na Twoje pytania

- Pakiet e-booków z praktycznymi poradami finansowymi

- Dostęp do dokumentów ułatwiających walkę o Twoje prawa (wkrótce)

Gratulacje! Jesteś zapisany!

Share This