Ależ wyrok! Bank zapłaci klientowi fortunę, bo… „niewłaściwie informował o ryzyku”!

Ależ wyrok! Bank zapłaci klientowi fortunę, bo… „niewłaściwie informował o ryzyku”!

Niedawno opisywałem w blogu dość sensacyjny – przynajmniej z „polskiego” punktu widzenia – wyrok hiszpańskiego sądu, który zasądził rozwiązanie umowy o hipoteczny kredyt walutowy w taki sposób, żeby klient nie poniósł z tego tytułu żadnych strat. Choć wyrok nie jest jeszcze prawomocny, to już jest mocny ;-), bo sędzia uznał, że klient został wmanewrowany w wysoko-złożony produkt, który łączy kredyt i inwestycję. A ponieważ klient nie miał pełnej świadomości w co się pakuje, zaś bank nie przeprowadził badania jego profilu inwestycyjnego, sąd uznał, że klient nie musi płacić. Wiem, że ten tekst z drżeniem serca czytali „szczęśliwcy” zaliczający się do grona 250.000 osób, które mają kredyty we frankach wyższe, niż wartość ich nieruchomości. No, ale to na razie tylko bardzo wątłe światełko w tunelu. Dziś trochę podobna sprawa, ale dotycząca… produktów strukturyzowanych. Nie jest ona bardzo świeża, bo media zamorskie pisały o niej już dobrych kilka tygodni temu, ale wydaje mi się, że warto się jej przyjrzeć. Sąd w Norwegii uznał bowiem, że bank DNB ma oddać klientowi pieniądze i pokryć jego straty w związku z nieudaną inwestycją w produkt strukturyzowany. Przypuszczam, że podobny do tych, które u nas są sprzedawane hurtowo przez bankowców. Większość ze „struktur” nie przynosi klientom zysków, ale ponieważ są oferowane pod hasłem „zysk bez ryzyka”, to chętnych nie brakuje.

Wróćmy jednak do sprawy przeciwko DNB. W odróżnieniu od „sprawy hiszpańskiej” tu mamy do czynienia z sądem nie pierwszej instancji, lecz Sądem Najwyższym. Człowiek, który wygrał z bankiem DNB – to ci drwale, którzy ostatnio sprzedali większość swojego polskiego biznesu, w tym cały detal – nazywa się Ivar Peter Roeggen, zaś wartość roszczenia to 235.000 koron norweskich, co przekłada się na 115.000 zł. Na taką kwotę sam Roeggen oszacował własne straty. DNB ma zresztą podobne spory z 2000 innych klientów, więc po wyroku w sprawie Roeggena postanowił sam zwrócić się do wszystkich, którzy kupili produkty strukturyzowane z propozycją zwrotu kasy. Miły gest, wielu naszym bankowcom coś takiego nawet nie przyszłoby do głowy. Pewnie dziwi Was jak to jest możliwe, że bank musiał pokrywać straty klienta z tytułu inwestycji w produkt strukturyzowany. U nas działa to w ten sposób, że klient ma ochronę kapitału i może co najwyżej nie zarobić ani grosza (co się całkiem często zdarza). Jakieś 80-90% pieniędzy inwestowanych w „strukturę” idzie bowiem na zakup obligacji, zaś pozostałe 10% na opcję, która albo pomnaża tę część kapitału wielokrotnie, albo kończy się stratą całej kwoty. W takim przypadku z 90% ulokowanych w obligacje robi się 100% i klient dostaje swoją kasę z powrotem. Dla banku interes jest tym lepszy, im więcej po cichu zabierze – w ramach ukrytej prowizji – z tej części kasy, która ma iść na zakup opcji dla klienta. A im tańszą i bardziej „śmieciową” opcję kupuje klientowi, tym mniejszą ma szansę na zysk.

Zobacz również:

Polacy nie lubią ryzykować, więc produkty strukturyzowane zebrały kilkanaście miliardów złotych naszych oszczędności. Większość z inwestorów pogodziła się z tym, że nie był to interes życia, ale nie słyszałem o żadnych ulicznych demonstracjach w tej sprawie. W Norwegii pan Roeggen się z tą sytuacją nie pogodził, ale nie dlatego, że nie zarobił, lecz dlatego, że stracił. A stracił dlatego, że sfinansował swoją inwestycję z kredytu, do którego namówili go bankowcy z DNB. Przyznam szczerze, że jak przeczytałem tę historię, to doznałem opadu szczęki. I to dość spektakularnego, bo przy całej krwiożerczości polskich bankowców, przy całej tej hucpie z polisami inwestycyjnymi, przy tym całym naciąganiu klientów na kredyty walutowe z LTV dochodzącym do 120% nie spotkałem się z sytuacją, by bank lewarował kredytem… produkt strukturyzowany. A tu proszę, Norwegowie potrafią. Facet zainwestował w 2000 r. nieco ponad pół miliona koron (czyli 280.000 zł) i w stu procentach zlewarował się kredytem. Produkt – jak większość takich „cudeniek” – okazał się do niczego, a do tego był aż sześcioletni i klient nie zarobił ani grosza, tracąc do tego na inflacji. Tak się składa, że kredyt darmowy nie był, więc bank zarobił podwójnie: na zachachmęceniu części kasy, która miała pójść na zakup opcji oraz na finansowaniu, które dostarczył klientowi. Tym sposobem nasz miły pan Roeggen znalazł się na małym debecie – 260.000 koron. Nie wiem co to był za kredyt „pod strukturę”, ale wygląda mi na jakąś szybką gotówkę 😉

Roeggen poprosił bank, żeby rozwiązać sprawę bez strat dla niego, ale został odesłany na drzewo lub raczej na jakiś szpiczasty fiord ;-). Poszedł więc do sądu i wygrał sprawę przeciwko DNB w Bankowej Komisji Odwoławczej (to chyba jakiś arbiter bankowy) oraz przed sądem rejonowym w Oslo, przegrał natomiast w drugiej instancji – w sądzie okręgowym. Jesienią 2012 r. sprawa została przyjęta do rozpoznania przez norweski Sąd Najwyższy, który podszedł do sprawy z pełną powagą, bo w poszerzonym składzie 11 sędziów. Chłopaki nie pokpili sprawy, bo wiedzieli, że w latach 1997–2008 Norwegowie, którzy przecież do biedaków nie należą, włożyli w badziewne produkty strukturyzowane ponad 90 mld koron, czyli równowartość niecałych 50 mld zł. Sąd uznał, że indywidualni klienci mogli nie mieć świadomości ryzyka inwestycyjnego związanego z zakupem tych produktów (zwłaszcza w ramach lewaru bankowego), a informacje udzielane klientom przez doradców nie były wystarczające. Wyszło na to, że takie „struktury” to jeden z bardziej skomplikowanych instrumentów finansowych, adresowany głównie do klientów profesjonalnych i funduszy emerytalnych. I nie powinien być w ogóle dostępny dla szarego obywatela.

W uzasadnieniu wyroku Sąd Najwyższy podkreślił m.in., iż ocena dowodów przemawia jednoznacznie za tym, ża Roeggen otrzymał mylną i niepełną informację ze strony banku i najprawdopodobniej nie zawarłby umowy z bankiem DNB, gdyby został dostatecznie poinformowany  o istniejącym ryzyku, tudzież, gdyby informacje ze strony banku zamieszczone były w załączniku do umowy wyraźnie, nie zaś małą czcionką i w niejasny sposób sformułowane” – napisała w liście opisującym sprawę, który trafił na moje biurko i jakimś cudem nie został przysypany kolejnymi listami, Anna Śmiałek–Grzyb, mieszkająca w Norwegii polska pani adwokat. I teraz uważajcie, bo będzie ważne zdanie: Bank, jako profesjonalna strona umowy, winien był dochować należytej staranności w zakresie informacji udzielonej klientowi zarówno co do istotnych postanowień umowy, jak i co do kosztów jej zawarcia, natomiast niektóre sformułowania umowy i prospektu nosiły znamiona wyraźnie wprowadzających w błąd. Element ryzyka nie został dostatecznie wykazany, zaś – co Sąd Najwyższy podkreślił – klient nie był inwestorem branżowym. Oczywistym jest, iż nie wszystkie sytuacje można było przewidzieć i opisać, jednakże – zdaniem Sądu – klient powinien był otrzymać rzetelną, przejrzystą informację ze strony banku, który – zawierając umowę z klientem – winien dostarczyć pełnych informacji, zapewniających klientowi należyte zrozumienie istoty tej umowy i ewentualnego ryzyka„.

No to teraz się zastanówmy, czy przypadkiem – hipotetycznie – podobnym zdaniem nie dałoby się uzasadnić unieważnienia umowy kredytu hipotecznego we frankach, udzielonego w 2008 r. przy LTV rzędu 120%? Czy aby na pewno przy tych kredytach bankowcy z należną starannością przekazywali klientom informacje dotyczące ryzyka, możliwych konsekwencji zmian na rynku walutowym, a także ryzyka wynikającego z wcześniejszej spłaty kredytu przy określonym kursie? Tu oczywiście sytuacja jest zupełnie inna, bo mamy do czynienia nie z produktem strukturyzowanym (czyli inwestycją) finansowanym z kredytu, lecz z kredytem „spakietowanym” de facto z inwestycją na rynku walutowym. Oczywiście jestem przekonany, że większość osób zaciągających kredyty we frankach zdawała sobie sprawę, że to ryzykowna zabawa, ale mimo wszystko postanowiły one zagrać w tym kasynie. Daleki jestem od budowania nastroju buntu wśród osób, które mają kredyt we frankach i ledwie dyszą. Ale dostrzegam pewne podobieństwa w sytuacji 250.000 Polaków mających wyższe kredyty, niż wynosi wartość ich mieszkań oraz pana Roeggena z kraju drwali, fiordów i ropy naftowej. W obu przypadkach bank budował taki, a nie inny produkt w merkantylnych celach – żeby sprzedać więcej i zarobić więcej. Sądzę, że prędzej czy później będziemy mieli w Polsce sprawy o rozwiązanie umów o kredyty hipoteczne we frankach. A w pozwach będzie argumentacja dokładnie taka sama, jak w sprawie Roeggena.

W ŚRODĘ BĘDZIE SUBIEKTYWNIE O BIG DATA. Autor blogu „Subiektywnie o finansach” odwiedzi organizowane przez Fundację Panoptykon spotkanie pt. „Anonimowi, wolni użytkownicy sieci czy sprofilowani odbiorcy usług internetowych?”. To dyskusja o tym czy firmy oferujące nam swoje usługi lepiej od nas wiedzą czego potrzebujemy; a jeśli tak, czy jest to problem (dla nich lub dla nas ;-))? Ideał jest taki, że dzięki profilowaniu klientów każdy dostanie to, czego chce: klient – produkt, którego potrzebował, firma – klienta, który chce płacić za jej usługi. A co z tymi, którzy nie chcą być “idealnymi klientami” i dzielić się informacjami o swoim stylu życia z agencją reklamową? Co z sytuacją, w której nasz profil konsumencki okaże się niezbyt atrakcyjny i np. bank nie zaproponuje nam kredytu; albo na tyle atrakcyjny, że linie lotnicze zaproponują nam droższy bilet? Spotkanie odbędzie się w środę 26 czerwca o godz. 18:00. Wystąpią Piotr Prajsnar (prezes Cloud Technologies), Jacek Wójcik (badacz zastosowania nowych technologii w marketingu, wykładowca Szkoły Głównej Handlowej), Michał „rysiek” Woźniak (prezes Fundacji Wolnego i Otwartego Oprogramowania, członek-założyciel Warszawskiego Hackerspace’a) oraz Wasz ulubiony blogger. Spotkanie poprowadzi Katarzyna Szymielewicz, szefowa Fundacji Panoptykon. Zapraszam: „PaństwoMiasto” (ul. Andersa 29, Warszawa).

Panoptykon zaproszenie

Subscribe
Powiadom o
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze

Subiektywny newsletter

Bądźmy w kontakcie! Zapisz się na newsletter, a raz na jakiś czas wyślę ci powiadomienie o najważniejszych tematach dla twojego portfela. Otrzymasz też zestaw pożytecznych e-booków. Dla subskrybentów newslettera przygotowuję też specjalne wydarzenia (np. webinaria) oraz rankingi. Nie pożałujesz!