300 zł prezentu za wzięcie pożyczki? Allianz Bank wpuszcza w maliny

Banki nie zwalniają tempa i w jesień wchodzą z nowymi promocjami. Nie mają łatwo, bo klienci są już rozpieszczeni i przyciągnięcie ich uwagi wymaga poświęceń. Dewaluacja ogarnęła zwłaszcza te akcje promocyjne, w których głównym wabikiem są prezenty w gotówce. Po stówce od Depardieu za założenie konta oraz po 600 zł od Aliora za przyciągnięcie nowych klientów, trzeba licytować jeszcze wyżej. Kilka dni temu bank BOŚ ogłosił, że będzie dopłacał klientom za to, że aktywnie korzystają z konta nawet 720 zł rocznie (tere-fere!). Allianz Bank z kolei rusza właśnie z promocją, która daje co prawda tylko trzy stówki, ale za to nie trzeba nic zakładać, wystarczy wziąć kasę.

Obie promocje mnie trochę drażnią, ale – wbrew pozorom – mniej cierpię czytając warunki tej, którą nęci klientów BOŚ. Co prawda kwota jest tu wyższa, więc i oszustwo powinno być pokaźniejsze, ale prawda jest nieco bardziej złożona. Oczywiście rację ma mój redakcyjny kolega Maciek Bednarek, który na stronach serwisu Wyborcza.biz/finanse demaskował kanty i pułapki BOŚ-owego „Konta bez Kantów”. Główny problem to fakt, że konto jest płatne i to niemało, kosztuje 10 zł miesięcznie. Drugi problem polega na tym, że bank wypłaci co prawda za każdy wykonany przelew z konta po 1 zł i tyle samo za zrealizowane zlecenie stałe, ale limit zarobku jest tu ograniczony do 10 zł.

Czyli w najlepszym wypadku – wykonując multum przelewów i zleceń stałych – klient „zasłuży” na prowadzenie konta za darmo. Żeby rzeczywiście zarobić na posiadaniu w BOŚ rachunku trzeba uruchamiać zamiast zwykłych przelewów polecenia zapłaty (za każde BOŚ zapłaci 3 zł, ale limit wynosi 15 zł miesięcznie) albo płacić wszędzie wydaną przez bank kartą. BOŚ zwraca bowiem 1 zł za każde 100 zł wydane za pomocą karty płatniczej (chodzi tylko o transakcje bezgotówkowe, nie wchodzą w grę wypłaty bankomatowe).

De facto bank płaci więc tylko za takie aktywności, które wymagają od klienta pewnego wysiłku. Samo robienie przelewów kokosów klientom BOŚ nie przyniesie. Teoretycznie w ciągu miesiąca w programie premiowym dołączonym do nowego konta w BOŚ można zyskać maksymalnie 60 zł (rocznie 720 zł), ale przecież w tym czasie 120 zł pochłonie prowadzenie konta. A żeby dojść do maksymalnej kwoty zarobku nie tylko trzeba zrobić dziesięć przelewów w miesiącu i pięć zleceń stałych, ale i zapłacić kartą za zakupy o wartości 3500 zł miesięcznie. Kantów może „Konto bez Kantów” nie ma, ale o niskie marketingowe chwyty z pewnością można byłoby się czepiać.

Tyle, że ja czepiać się będę umiarkowanie. Pamiętam bowiem czasy, kiedy korzystanie z kont osobistych kosztowało dużo, a banki nie dawały w zamian prawie nic. Nawet przelewy internetowe bywały w większości banków płatne. Każdy przykład zwracania klientom pieniędzy za płacenie kartą (czyli dzielenie się z klientami dochodem przekazywanym bankowi za płatności bezgotówkowe przez punkty handlowe) i każda inicjatywa, która powoduje, że bank oddaje klientowi część tego, co zarobi dzięki temu, że klient jest aktywny, wymaga pochwalenia. I będę je chwalił tak długo, jak długo nie będzie to standard rynkowy.

Oferta przygotowana przez BOŚ jest o niebo sensowniejsza z punktu widzenia banku i klienta, niż durne zasady obowiązujące np. w Multibanku, który też zwalnia część klientów z opłat za konto i kartę (chodzi o tych najzamożniejszych, mających pakiety Aquarius), ale uzależnia to zwolnienie od tego ile pieniędzy przepływa przez konto, a nie np. od wartości płatności kartą. Już słyszałem, jak jeden ze znajomych posiadaczy Aquariusa odgrażał się, że teraz będzie dwa razy przelewał te same pieniądze do Multibanku, żeby wygenerować wystarczające obroty na koncie. Czyli bank prowokuje klientów do tego, by przelewali pieniądze między jednym kontem a drugim, zamiast generować jakąś realną aktywność. Chyba wolę kreatywne podejście BOŚ-a, niż tępe, technokratyczne, które widzę w Multibanku.

BOŚ więc jest dziś u mnie pod ochroną, ale niestety bilans musi wyjść na zero, więc dostanie się Allianz Bankowi, który kiedyś bardzo mi imponował pomysłami marketingowymi, żeby wspomnieć tylko koncept, by rozbujać sprzedaż kont za pomocą agentów ubezpieczeniowych. A pamiętacie dyrektorów banku występujących w YouTube i nagą Patrycję w wannie, która chciała założyć mi konto? Mniam! Ostatnio jednak w Allianzu wpadają na mniej fajne pomysły. Już program rekomendacyjny mnie nie zachwycił, a gwarancja najniższego oprocentowania kredytu – lekko poirytowała. A najnowszy pomysł Allianza, by klient dostawał 300 zł za to, że weźmie pożyczkę, sprawił, że prawie wpadłem w furię.

Pamiętacie jak się wściekałem kiedy identyczne pomysły miał w zeszłym roku Citi Handlowy? Jak utyskiwałem, że Citi jedną ręką daje pieniądze klientom, a drugą wyciąga z ich kieszeni jeszcze większe kwoty? Ba, nawet nakręciliśmy – wspólnie z Andrzejem Chećko, moim ówczesnym alter-ego w dziedzinie produkowania klipów wideo – prześmiewczy filmik na ten temat w cyklu „Prześwietlamy reklamy”. Po kilku publikacjach w „Gazecie Wyborczej”, serwisie Wyborcza.biz oraz w blogu „Subiektywnie o finansach” szefowie Citi wycofali się z nierzetelnych reklam

Niestety dziś Allianz Bank idzie dokładnie tą samą drogą, z której zawrócił Citi Handlowy. „Warunkiem wzięcia udziału w promocji jest skorzystanie z kredytu na minimum 15.000 zł i nie większego niż 60.000 zł na okres do 5 lat wraz z wykupionym ubezpieczeniem „Bez zmartwień”, które gwarantuje bezpieczeństwo spłaty kredytu w przypadku zgonu, trwałego inwalidztwa, czasowej niezdolności do pracy, poważnej choroby lub utraty pracy” – piszą w komunikacie rzecznicy Allianz Banku.

Każdy, kto skorzysta z kredytu na powyższych warunkach, otrzyma premię pieniężną w wysokości 300 zł w formie kodu promocyjnego do wykorzystania na zakupy w sklepie internetowym Merlin.pl. W ten sposób każdy klient będzie mógł sam zdecydować na co przeznaczy premię i wybrać z szerokiej oferty sklepu najbardziej interesujące upominki”. Pięknie. Łzy wzruszenia zalewają mi oczy. Ale zawsze kiedy widzę, że bank da mi prezent pod warunkiem, że skorzystam z ubezpieczenia, natychmiast sprawdzam ile to ubezpieczenie kosztuje.

W Allianzu kosztuje słono. Jak czytam w tabeli opłat i prowizji: „0,2% od kwoty kredytu razy liczba miesięcy”. Załóżmy więc, że pożyczam 20.000 zł na rok. Ubezpieczenie będzie mnie kosztowało 2,4% wartości kredytu, czyli… 440 zł. Łaskawcy z Allianz Banku w zamian za to, że je wykupię, przekażą mi bon promocyjny do sklepu Merlin o wartości 300 zł. A jeśli te same 20.000 zł pożyczę na dwa lata, to ubezpieczenie będzie mnie kosztowało już 4,8% wartości kredytu, czyli 880 zł. Kant jest oczywisty. Bank kusi prezentem, za który klient sam ma sobie zapłacić. Dziękuję, nie skorzystam. I Wam też nie radzę, bo to wyjątkowo oszukańcza oferta. Nawet jeśli za składką, znacznie wyższą od prezentu, kryje się rzeczywista – a nie urojona – ochrona ubezpieczeniowa.

A gdybyście jeszcze mieli co do tego wątpliwości, bo polecam lekturę jednego z trzynastu warunków powodujących wyłączenie odpowiedzialności ubezpieczyciela. Allianz zadbał o to, by nie istniało zbyt wielkie ryzyko, że z tytułu ubezpieczenia będzie musiał wypłacać klientom liczne odszkodowania. „W przypadkach zgonu oraz całkowitego trwałego inwalidztwa, w okresie 12 miesięcy od dnia rozpoczęcia ochrony ubezpieczeniowej, Towarzystwo nie ponosi odpowiedzialności z tytułu zdarzeń, które są następstwem zachorowania lub wypadku, które nastąpiły w ciągu 24 miesięcy poprzedzających początek odpowiedzialności Towarzystwa”.

Mam nadzieję, że kolejne jesienne nowinki bankowe nie będą już tak bałamutne. Mam za to nadzieję, że będą dowcipnie reklamowane, bo ostatnie pomysły Polbanku na spoty z Justyną Kowalczyk, czy banku PKO BP na promowanie kredytu Mini-Ratka. A będzie się chyba jeszcze sporo działo, bo przecież do gry nie wszedł do tej pory z żadną nowością jeden z najbardziej aktywnych graczy na reklamowym rynku – ING Bank Śląski. W internecie pojawiły się już nowe reklamówki z Markiem Kondratem i aktorem Jackiem Braciakiem. W tym tygodniu okaże się co się za tymi internetowymi spotami kryje

Czytaj też: Piersi wracają do gry. W wersji skandynawskiej!

Zajrzyj też do Facebook’a, na stronę blogu „Subiektywnie o finansach”. Znajdziesz tam zapowiedzi kolejnych wpisów, spostrzeżenia na temat banków, które nie zmieściły się w blogu oraz dyskusje na tematy dotyczące pieniędzy. Jeśli chcesz napisać lub przeczytać coś na temat swojego banku – też zajrzyj na stronę blogu w Facebook’u!

Rekordowe lato w subiektywności. W czasie letniej flauty wypoczynkowej blog „Subiektywnie o Finansach” zanotował rekordową popularność. W lipcu odwiedziło go 97.337 osób, a w sierpniu aż 113.762 osoby! W sumie w wakacje kliknęliście strony blogu prawie 283.000 razy. Liczba osób, które zarejestrowały się na stronie blogu w serwisie Facebook zbliżyła się do 1.900 fanów! W tym czasie w blogu pojawiło się 80 notek, co oznacza prawie 1,3 notki dziennie, nie wyłączając sobót i niedziel. Niektóre były bardziej, a niektóre mniej popularne, ale statystycznie każdą z nich kliknęliście ponad 3.500 razy. Dziękuję i proszę o jeszcze!

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o

Subiektywny newsletter

Bądźmy w kontakcie! Zapisz się na newsletter, a raz na jakiś czas wyślę ci powiadomienie o najważniejszych tematach dla twojego portfela. Otrzymasz też zestaw pożytecznych e-booków. Dla subskrybentów newslettera przygotowuję też specjalne wydarzenia (np. webinaria) oraz rankingi. Nie pożałujesz!

Zamknij
social-facebook social-feed social-google social-twitter social-instagram social-youtube social-linkedin social-rss